Reklama

Rufuz "Design": Stylówka osiedlowa [RECENZJA]

Małach i Rufuz od lat udowadniają, że podwórkowy rap ciągle ma sens i to nie tylko dla wszystkich dobrych osiedlowych mordeczek. Czas na kolejne od nich solo, niekoniecznie za garażami.

Rufuz na okładce płyty "Design"

"Bartek" Małacha, jedna z bardziej solidnych produkcji tego roku, był dobrą kontynuacją ostatniego wspólnego dzieła duetu. Trochę inną drogą podążył Rufuz, który pozwolił sobie na więcej eksperymentów. Oczywiście w umiarze. "Design" jest bardziej zróżnicowany, nie ogranicza się do warszawskich trzepaków i śmiało spogląda w rejony, które raper jeszcze nieśmiało odkrywa.

Reklama

Rufuz nie zawodzi, mimo że pod żadnym pozorem nie ma zamiaru wyjść ze swojej osiedlowej strefy komfortu. Proste wersy pokroju tych z "Tylko mi pomóż składać klocki Lego / Bo posypały się tu z życia mego / Nie powiem nic kolego" z "Tematu rzeki" czy "Ja dokańczam płytę / Wydam ją na jesień / Mam nadzieje dobrze ją poniesie" z "Kryzysu" - są tu wszechobecne, ale są podane w tak charakterystycznym stylu, że nie mogą się nie podobać.

Nuta nostalgii po starych warszawskich składach robi swoje, ale napisać takie linijki też trzeba umieć. Flow też jest przecież z dala od standardów 2020 roku, ale czy to źle? Nie każdy musi być elastyczny, melorecytować pod 150 BPM-ów, sztucznie silić się na oryginalność i podpierać się auto tunem. Plus też za to, że nie boi się refrenów, mimo że nad kilkoma z nich mógłby jeszcze posiedzieć. O pomstę do nieba woła ten ze "Szczerości" - zwyczajnie słabo zaakcentowany, wręcz odpychający.

Rufuz wygrywa przede wszystkim czymś innym - szczerością i umiejętnością tego mitycznego przekazu, na który tak mocno niektórzy wciąż zwracają uwagę. Są tu obskurne ulice, okoliczne elementy, niechciane dzieci, konfidenci i zasady wpajane od małolata. Podwórkowa klasyka w opozycji której stoją alkantary z drogich samochodów, modnisie i kobiety lekkich obyczajów. Świetny jest koncept "Sitodruku", zanudza za to kolejny numer - "Intro" - o pokonywaniu życiowych przeszkód i wychodzeniu z bloków. Wszystko to spaja Warszawa i stołeczne opowieści w wykonaniu gospodarza robią tu największą robotę.

Różnie bywa za to z ziomeczkami wpadającymi zbić pionę na zwrotkach. Kabe, czyli "od winkla na blokach do la vida loca", znowu udziela skromnych lekcji francuskiego, a jak rzuca  "Albo kupujesz albo gonisz towar, ja chodzę w dresie Lacoste" to rzeczywiście rozważam jakiś zakup. Białas w tym roku dość nierówny - po świetnych solówkach na featuringach nudzi, chociaż wpisuje się w nastroje społeczne z "Wyłącz TV, nie daj się zmanipulować / Na ulice wyjdź i co się dzieje zobacz".

Onara i Pezeta słuchali wszyscy na wiosnę przy okazji powrotu pod szyldem Płomień 81, natomiast tutaj w "Tam skąd pochodzę" jest już któraś z kolei powtórka z rozrywki i bijąca, ursynowska monotematyczność. Zwracam uwagę na kontrast w "Hipokrytach" - Kacper HTA z każdym projektem notuje progres, czego nie można napisać o Lipie, który powoli znika z radaru. Kuj żelazo, a nie. Za TPS-a i Jongmena na "Designie" akurat podziękuję, bo ta najntisowa, hiphopowa duchologia jest z tu nimi zbyt przesadzona i wolę wrócić do "Ewenementu", ale plus za to, że potrafią przywołać takie wspomnienia.

"Design" może podobać się pod względem produkcji. Nie ma tu typowych schematów, masy tandetnych pianin czy wątpliwej jakości gitarowych riffów, nawet w przypadku "Tam skąd pochodzę". Rufuz wybierając podkłady nie bawił się w półśrodki, nie szedł na łatwiznę i postanowił się próbować w kilku nowych dla siebie formach. Świetny jest klubowy "Skit typiary" i następujący po nim afro trapowy "Dres z krokodylem", czyli chwilowa wycieczka na zachód Europy.

"Kryzys" to jeden z ładniejszych beatów tego roku i mokry sen wszystkich truskuli akceptujących tylko jazzowe próbki. Klasyczne dla nich powinny być również "Temat rzeka" i "Szpontek" (skrecze!). Proste zabiegi też się tutaj bronią - świetnie klepią bębny w "Czekam na przelewu", a "Rehab" cierpi tylko na dość nijaki refren Grizzlee'go - Paluch czy KęKę dużo by zapłacili za te podkłady. Dobra, są mroczne, uliczne "Medalu 2 strony" i "Złe żądze", ale kto wychował się na Hemp Gru ten doceni.

Klasyczny, warszawski rap bez udziwnień, plastikowych zabiegów i koszulek za tysiaka. Drogie są tu inne rzeczy: przyjaźń, szczerość i prawda. Żaden rap o rapie, bo to hip hop o życiu z wszystkimi jego zaletami i wadami, czasami zbyt monotematyczny i oprowadzający po tych samych rewirach.

Rufuz "Design", Step Records

6/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Rufuz | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje