Reklama

RTN "2020": Relaks całodobowo [RECENZJA]

Centralne ogrzewanie dźwiękiem? Powiew wakacji końcem stycznia? Odprężająca muzyka tworzona w duchu tego, co unieśmiertelniło m.in. Snoopa i Dr. Dre. Nazywajcie płytę RTN-a jak chcecie, byle byście ją sobie puścili. W tej decyzji nie będzie najmniejszego ryzyka.

Okładka płyty "2020" RTN-a

Choć kalifornijskiego, gangsterskiego funku próbowali u nas z powodzeniem producenci tacy jak L.A. (z tworzonego razem z Magierą, superważnego w kontekście całego polskiego hip hopu duetu White House), Brahu, Eten czy Głośny, to za jego rodzimą wizytówkę uchodzi RTN. Trochę dlatego, że u innych g-funk to był jeden z kolorów w palecie, zaś on skoncentrował się na podgatunku, który swoje największe sukcesy święcił dawno, bo w latach 1992-1996, kiedy ukazywały się debiuty Dr. Dre, Snoop Dogga i Warrena G, a także kluczowe krążki DJ-a Quika czy Above The Law. I zrozumiał go dogłębnie.

Reklama

Ambitnemu i cierpliwemu lubelakowi bez wątpienia pomogły lata przecierania szlaków i kontakty z amerykańskimi legendami na sławę nurtu pracującymi. Został po nich imponujący ślad w postaci kooperacyjnej płyty "Funktion". Snoopa i Quika na niej nie było, ale np. zasłużony Foesum już tak, przez co pomogła ona zdecydowanie w stabilizowaniu pozycji na niepozbawionym kompleksów lokalnym rynku.

Równolegle Artur kontynuował zaoceniczną przygodę (np. współpraca z synem nieżyjącego już, dysponującego aksamitnym głosem Nate Dogga). Podejrzewam jednak, że jeżeli popytać słuchaczy, to RTN będzie raczej rozpoznawany jako ten, który wsparł producencko Ero JWP, Peję, WCK, Wiśnię Bakajoko i Rafiego.

Naturalnym ruchem byłaby w takiej sytuacji nadwiślańska płyta producencka - długa, pełna złotych funkowych sampli, którymi wczesna twórczość Dr. Dre stała, bogata w tak znane gościnne występy, jak tylko się da, puszczona przed wakacjami poprzez dużą wytwórnię. To jednak nie biznes pchnął RTN-a do muzyki, toteż postąpił zupełnie inaczej. Nagrał rzecz krótką, w całości zagraną na instrumentach i pozbawioną featuringów. Wydał ją sam, w pandemię, martwą fonograficznie zimą.

"2020" zapowiadane było jako autorskie połączenie muzyki (g) funk, soul, jazz, chillhop, lofi. "Żywe, organiczne kompozycje muzyczne. Każdy utwór opowiada odrębną historię. Jest nostalgicznie, wspominkowo, emocjonalnie i tajemniczo" - obiecywał producent i słowa dotrzymał. Same tytuły wskazują na próbę zaklęcia czasu w dźwiękach, a wydawnictwa w klamry. Pierwsza kompozycja nazywa się "2020", ostatnia "Tomorrow". Z kolei druga i przedostatnia to odpowiednio "Morning" i "Midnight".

Ranek przynosi nagrane za oknem odgłosy śpiewających ptaków, twardy werbel i urozmaiconą, mocno zaznaczoną linię basu, tak w sam raz na obudzenie. Takie niezbyt gwałtowne, jest bowiem trochę momentów, żeby złapać oddech przed zmierzeniem się z resztą dnia. Noc zawiera późnojesienny szum osiedlowej fabryki, miękkie clapy, hi-haty brzmiące jak świerszcze i gitarę łkającą spokojnie do księżyca. Ale budowanie opozycji wydaje się tu akurat bez sensu - "2020" jest spójne, może aż nazbyt, do poziomu zacierania granic pomiędzy kompozycjami. Wszystko się leje, płynie, tkwi w kojącej uszy zawiesinie i trzymane jest w ryzach sprężystym, funkującym groove.

Gitary elektrycznej jest bardzo dużo. Pasjonat RTN opowiada, że to zmodyfikowany Squier Affinity Stratocaster z przetwornikami Fender Custom 69 - na takich samych grali Jimi Hendrix czy Neil Rodgers. Instrument nadaje lirycznego charakteru. W "Time" z prostą rytmicznie, mocno osadzoną perkusją jest aż za słodko, no bardziej Robert Miles niż DJ Quik.

Do moich faworytów należy zatem "Maintain", gdzie bębny są zbite, uderzają rzęsiście i słyszymy charakterystyczną kalifornijską "piszczałę". Za najlepsze na płycie uważam zaś "Tomorrow" - tam króluje kolejny z g-funkowych znaków rozpoznawczych, "kwaczący", bounce'ujący, analogowy bas, uzyskany tu z Rolanda SE-02. Gra na gitarze jest koronkowa, rozbita na kanały. Wciąż więcej tu dymu niż deszczu.

"2020" jest dopracowane brzmieniowo, przemyślane i choć na polu opowiadania samymi dźwiękami bądź umożliwienia słuchaczowi wyjęcia tych emocji, które autor włożył nagrywając, trzeba chyba jeszcze więcej doświadczenia, to prosto czerpać z niego oddech, przyjemność. Nie da się tego wydawnictwa nie lubić. Złośliwi powiedzą, że to dlatego, że jest tak bezpieczne i obłe, ale naprawdę nie ma powodu, żeby być złośliwym.

Właśnie ukazała się "Nebula" kolektywu Himalaya Collective, Steez z PRO8L3Mu wydał swoje "Lost tapes 01", a pionier DJ 600V "12bit Jazzed Grooves". Przystępny, efektowny i nieinwazyjny RTN dorzuca do tego samego ognia, pozwalając szeroko rozumianej muzyce miejskiej bez słów wywalczyć więcej uwagi, na którą bez wątpienia zasługuje. Ja tam jestem cały za.

RTN "2020", RTNProductonz

7/10

PS Album trafi na serwisy streamingowe 20 lutego, wersja fizyczna właśnie kończy się wyprzedawać.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: RTN (producent) | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje