Reklama

Reklama

Royal Blood "Typhoons": Z garażu na dysko [RECENZJA]

Niecałą dekadę temu wszyscy chłopcy z gitarami chcieli udawać Jacka White'a albo Josha Hommego (produkował tu trzy numery, swoją drogą). Dzisiaj ci sami próbują brylować na dyskotekach. Efekt? No, wcale nie taki zły.

Okładka płyty "Typhoons" grupy Royal Blood

Wiem, że Covid, wiem że pandemia. Wiem, że większości z nas marzy się spotniała, wypełniona do granic dyskoteka. Nawet z tych najspokojniejszych, wobec dystansu społecznego, zaczął wyłazić frotteuryzm. Wszystko to rozumiem. Rozumiem nawet, że były w dziejach ludzkości takie momenty, że do muzyki rockowej dawało się tańczyć. Czy jednak droga wprost z siermięgi garażu w krainę stroboskopu, toaletowych węgorzy i barmanów udających głuchego ma jakiś sens? Jak się okazuje, nie trzeba być Turbonegro, żeby taki sens miało.

Bo nawet jeśli "Typhoons" to płyta raczej ciepła, niż gorąca, na potupaję nadaje się, a owszem. Nie będzie to może katowane w niezal-klubach jak swego czasu Justice, ale przy takich przelotach jak "Oblivion" albo numer tytułowy, ciężko opanować kolanko. Czy kopytko. I może w tym kopytku sedno problemu, jaki można mieć z "Typhoons".

Reklama

Że w sumie cała płyta jest na jeden kopyt, jedzie właściwie jednym patentem. Powiecie: "ale przecież garażowy rock, szczególnie w zredukowanym do duetu składzie też ma ograniczony zasób klocków do przestawiania". I będziecie mieć rację. Z tym, że konwencja garażowa zwie się garażową dlatego że ma być tania, kompaktowa w sensie rozmiaru, zorganizowana jakby od niechcenia, bo mamy wolne niedzielne popołudnie to sobie pogramy.

Kiedy wchodzimy w entourage klubu pełnego świateł i z karkiem na bramce, na wizytę w którym musimy się stroić, bo inaczej odpadniemy na selekcie, warunki gry są jednak odrobinę inne. I owszem, Royal Blood próbują nadrabiać swój minimalizm (jak to już napisane, to strasznie absurdalnie brzmi, c'nie?) wszelkiej maści elektronicznymi przeszkadzajkami. Czyli trochę jakby najpierw sami ucięli sobie rękę, a potem jakby najadłszy się szaleju szukali sprawnej protezy.

Takie szukanie oczywiście oznacza mielizny i patrzenie wstecz choćby ku niekoniecznie chlubnej fali retro dance-punka sprzed piętnastu laty. Jak choćby w "Limbo", które wiedzie nas gdzieś w odmęty co drugiego wielkomiejskiego niezal-klubu, gdzie jakiś niekoniecznie zdolny, ale cieszący się środowiskową estymą młodociany zespół supportował cieszącego się podobną estymą didżeja grającego do tańca Yeah Yeah Yeahs przetykane Talking Heads. A nietrzeźwe fanki ryczały fałszywie "Loooove will tear us apart... again".

Royal Blood broni się jednak faktyczną przebojowością, groovem rodem z zeppelinów (posłuchajcie riffów w "Boilermaker", toż to Page nawalony piwem kraftowym) i tym, że nikt wam nie każe słuchać tego w całości. Prędzej album aż prosi się o wykrojenie sobie kilku numerów na chodzeniową-po-mieście playlistę. I przy takim podejściu robi dokładnie to, co miał robić. Daje niezobowiązująca rozrywkę, na bardzo przyzwoitym poziomie, tworząc jednocześnie zagrożenie, że przy wczuwce zdarzy nam się w komunikacji miejskiej zawyć jakiś refrenik. Tylko tyle i aż tyle. Ale przecież nie mieć pretensji do wielkiej sztuki, to nic złego, prawda?

Royal Blood "Typhoons", Warner

7/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Royal Blood | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje