​Recenzja The Dumplings "Raj": Prawie jak w raju

"Raj" - nawet jeżeli nie jest pozycją wybitną - sprawia, że o przyszłość polskiej muzyki można być spokojnym.

The Dumplings to kolejny dowód na to, że ci, którzy narzekają na współczesną polską scenę muzyczną, niezbyt się w niej orientują

The Dumplings są chyba najlepszym potwierdzeniem krążącej w obiegu muzycznym od kilku lat opinii, że oto powoli alternatywa staje się głównym nurtem w muzyce. Dobra, przyznaję: to hiperbola, bo prawdziwym rajem byłoby faktycznie zaistnienie takiej sytuacji. Jednak sukcesy - nie tylko artystyczne - kolejnych projektów Kuby Ziołka (ze Starą Rzeką na czele) oraz Księżyca z jednej strony oraz Kamp! czy The Dumplings z drugiej świadczą o tym, że muzycy nie muszą koniecznie zgadzać się na kompromisy, aby nie przymierać głodem. Ktoś tu pewnie się oburzy, że przecież "artysta głodny to artysta płodny". Ale kto poczułby się nasycony, grając w zespole o nazwie "Pierożki"?

Reklama

Tym bardziej cieszy kierunek zmian w muzyce The Dumplings. Pierwszą rzecz każdy słuchacz zauważy od razu: to pierwszy album grupy zaśpiewany w całości po polsku. Owszem, mogło to rodzić obawy, bo chociaż to utwory w rodzimym języku cieszyły się największą popularnością, o tyle już samo pióro Justyny Święs bywało nierówne. Tym, którym do teraz śnią się koszmarki w postaci "Możliwość wyspy", uspokajam: tego tu nie doświadczycie.

Być może konwencja częstszego obcowania z mową ojczystą doprowadziła do chęci eksperymentowania w materii lirycznej. W każdym razie na wersy w rodzaju "Gdy jestem szczęśliwa/Próbuję cię spotkać znów pierwszy raz" albo "Podkradam mężczyznom słowa/Więcej znają tych brzydkich" serce się raduje, a uszy chcą same trzepotać, jakby biły brawo. Owszem, można się czepiać o obecność rymów gramatycznych, popadających miejscami wręcz w częstochowskie, które zdominowały rozpoczynające krążek "Kino" (rymowanie "pozytorium" do "audytorium", "oburzeni" do "niewzruszeni" albo "przegryzania do przeżywania" - poważnie?!), ale to drobne zgrzyty. Szczególnie że tak osobistych wersów, wchodzących w nieco mroczniejsze meandry osobowości, na koncie zabrzańskiej artystki jeszcze nie było.

No właśnie: mrok. Kompozycje też zmieniły nieco charakter. Stały się mniej rozmarzone, nabrały na wyrazistości oraz sile. Na "Raju" zabrakło lekkich, łatwo przyswajalnych i organicznych melodii, które zadecydowały chociażby o popularności "Nie gotujemy" - singla z poprzedniego krążka. Tym razem dostajemy sporą dawkę cięższych, syntetycznych brzmień nawiązujących do estetyki lat osiemdziesiątych. Jest dużo pogłosów, wyraźnych, mocno skompresowanych bębnów oraz przesłodzonych klawiszy przygrywających w molowych tonacjach, a do tego tempa bywają znacznie szybsze.

Już "Kino" po dawce syntetycznych dźwięków w wejściu potrafi nas zaatakować perkusją wyrwaną wprost z berlińskich klubów techno, by pod koniec romansować już z nieco bardziej skomplikowaną rytmiką brytyjskiej elektroniki. Tytułowy utwór oraz "Frank" to już przebojowe synth-popy z lat osiemdziesiątych pełną gębą, łącznie z obróbką wokalu. I tylko klarowniejsze, uwspółcześnione brzmienie zdradza współczesny rodowód. Z kolei powolnemu "Deszczowi" znacznie bliżej do poetyckiej estetyki nowej fali. 

Zgrzytać można za to na elementy "Nieszczęśliwej". Trudno wraca się dziś do tych popularnych jeszcze dekadę temu utworów, w których charakter instrumentów dętych miały odgrywać plastikowe, agresywne w brzmieniu syntezatory. Choć trudno zaprzeczyć przebojowości numeru, tu ten zabieg nie sprawdza się wcale lepiej - skontrowanie go orientalnym instrumentarium tylko potęguje wrażenie źle dobranych środków wyrazu.

Średnio sprawdza się też dostępne tylko w wersji fizycznej "Jestem kobietą" (gościnnie Mary Komasa), pochodzące z repertuaru Edyty Górniak. Ta post-dubstepowa stylistyka wygląda dobrze na papierze, ale całemu numerowi brakuje płynności, chemii, a przede wszystkim wydaje się okrutnie przekombinowany od strony wokalnej. Nie tędy droga - szczególnie że Justyna Święs na "Raju" odchodzi od efekciarstwa, które zdarzało jej się jeszcze na poprzednich albumach, a które to niekiedy wręcz utrudniało odbiór warstwy lirycznej.

Co do drugiego bonus tracka: doskonale znana już z kompilacji "nowOsiecka" oraz występów na żywo "Ach nie mnie jednej", oryginalnie odgrywane przez Łucję Prus oraz Skaldów, stawia na prosty, acz silny refren oraz orkiestralne elementy (sekcja smyczkowa!), czyniąc całość o wiele silniejszą w wymowie aniżeli oryginał. Za takie rzeczy należą się brawa.

The Dumplings to kolejny dowód na to, że ci, którzy narzekają na współczesną polską scenę muzyczną, niezbyt się w niej orientują. Jasne, "Rajowi" daleko do pozycji wybitnej, którą będzie się wspominać po latach z rozrzewnieniem. To bardziej zgrabnie zrealizowany, solidny electropop nagrany przez zespół, który nadal ma - mam taką nadzieję - najlepsze dopiero przed sobą.

The Dumplings, "Raj", Warner Music Poland

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje