Reklama

Reklama

Recenzja Swans "The Glowing Man": Misja zakończona sukcesem

Ostatnia płyta w takim składzie i z takim brzmieniem. Swans z klasą zamykają kolejny wybitnie artystycznie udany epizod w przeszło trzydziestoletniej karierze.

Ostatnia płyta w takim składzie i z takim brzmieniem. Swans z klasą zamykają kolejny wybitnie artystycznie udany epizod w przeszło trzydziestoletniej karierze.
Kto słyszał poprzednie płyty Swans, wie czego po "The Glowing Man" może się spodziewać /

W niejednym wywiadzie poprzedzającym wydanie "The Glowing Man", Michael Gira zarzekał się że tym nagraniem kończy pewien etap swojej (czyli i Swans) twórczości. Nie pierwszy to raz, bo muzyka grupy przechodziła już zmiany i przeobrażenia. Od chropawego, hałaśliwego nihilizmu pierwszych, no-wave'owych nagrań, przez okres lżejszych, bardziej lirycznych eksperymentów z Jarboe, po monumentalizm trzech ostatnich płyt. Monumentalizm to zresztą słowo w ich kontekście zupełnie zasłużone.

Pewien kolega z innej redakcji zupełnie słusznie zauważył, że o ile drzewiej człowiek zachwycał się nad tymi wielkimi epickimi, rozwijającymi się - zdawałoby się - miesiącami kompozycjami, o tyle teraz na produkcjach Giry i reszty ekipy z nadzieją upatrujemy czegokolwiek na kształt zwyczajnej piosenki. To dowód na raz: konsekwencję i skuteczność obranej formy. Dwa: to że owa już się jednak wyczerpuje. Decyzja Giry więc bardzo w punkt. Doskonale zresztą zobrazowana zamykającym "The Glowing Man" utworem "Finally, Peace".

Reklama

Choć nie oznacza to, że nowa płyta Swans jest strawniejsza od dwóch poprzednich. To nadal album na wielu płaszczyznach: dźwiękowej i tekstowej obrzydliwy. Mamy no-wave, industrial, drone, folk, doom. Ale gdzie kiedyś, w pierwszej inkarnacji zespołu, Gira bił obuchem w ryj, dziś każdy cios cyzeluje, co wcale jednak nie odbiera owemu siły. "The Glowing Man" to nadal dwie godziny narcystyczno-masochistycznego wglądu we własną psyche, drapanie po otwartych ranach, sypanie weń soli, dłubanie brudnym gwoździem. Poprzednim razem wydawało się, że jeśli crescenda i sposób kumulacji hałasu będą jeszcze bardziej brutalne i bezkompromisowe, Gira - niemłody w końcu - wreszcie się na scenie posypie. Nic z tych rzeczy. Tak lider, jak i reszta grupy funkcjonują nadal doskonale i w ramach obranej formy mówią "szach-mat". W tej muzycznej szufladce nie da się już lepiej, ani więcej. Misja zakończona sukcesem.

I tu właściwie można by skończyć. Muzycznie niewiele jest do dodania. Kto słyszał poprzednie płyty formacji, wie czego może się spodziewać. Prędzej warto zwrócić uwagę na to dziwnym zrządzeniem losu z wielu kapel, które powstały na nowojorskiej scenie w tym samym czasie, co Swans, przemożna większość nie istnieje, a jeśli istnieje, nie ma kompletnie żadnego znaczenia dla współczesnej kultury. Tymczasem Gira ze swoją bandą nigdy nie mieli się lepiej, nigdy nie zbierali na koncertach takich tłumów, nigdy nie byli tak modni, nigdy tak skutecznie i z taką łatwością nie skakali po wszystkich możliwych odcinkach ekstremalnego muzycznego frontu. A jeśli w jednym zdaniu stoi "Swans" i "modni", to - cytując księdza Natanka - wiedz, że coś się z kulturą dzieje.

Swans "The Glowing Man", Mystic

8/10


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL