Reklama

Reklama

Recenzja Satyricon "Deep Calleth Upon Deep": Surowa głębia wyrazu

Przy całym szacunku dla autora słynnego "Krzyku", wybór akurat tego rysunku Edvarda Muncha na okładkę "Deep Calleth Upon Deep" należałoby chyba uznać za urzeczywistnienie się zamysłu norweskiego malarza co do istoty (komercyjnego) pocałunku śmierci. Inne artystyczne wybory Satyricon były już jednak znacznie lepsze.

Okładka płyty "Deep Calleth Upon Deep" grupy Satyricon

Gdy dwa lata po premierze poprzedniego albumu "Satyricon" (2013 r.) u Sigurda "Satyra" Wongravena wykryto wczesne stadium guza mózgu, przyszłość zespołu zawisła na włosku. Jak sygnalizował po wyjściu ze szpitala frontman Satyricon (którego obecny stan zdrowia wydaje się stabilny, choć nadal obarczony jest poważnym ryzykiem), sytuacja ta nie pozostała bez wpływu na podejście do komponowania nowych utworów.

Wobec zaistniałych okoliczności, norweski duet współtworzony przez Kjetila-Vidara Haraldstada alias Frost zrezygnował ponoć z gwałtowności, którą charakteryzował się dotychczas opracowywany materiał, na rzecz większej głębi i różnorodności. Przyjęty wówczas modus operandi wydaje się znajdować swoje odzwierciedlenie na dziewiątej płycie Satyricon.

Reklama

Dobrym przykładem wspomnianej głębi wyrazu jest bez wątpienia elegijnie brzmiący singel "To Your Brethren In The Dark", posępnie krocząca, wybitnie nastrojowa - i dość jednostajna w konstrukcji - kompozycja, w której subtelnie zaznaczone dźwięki waltorni podkreślają klimat przywodzący na myśl brytyjski doom metal z lat 90. lub to, czym obecnie zajmują się zespoły pokroju Pallbearer.

Znacznie większego skupienia, tak odbiorcy, jak i samego wykonawcy, wymaga bez wątpienia na wyraz perkusyjne zorientowany "Blood Cracks Open The Ground", bodaj najbardziej technicznie zaawansowany spośród wszystkich utworów, które znalazły się na "Deep Calleth Upon Deep". Firmowe power chords idą w nim w parze z gitarową melodyką o proweniencjach, jak przekonuje sam Satyr, skandynawskiej muzyki ludowej, inkrustowanej do tego brzmieniem czegoś, co przypomina melotron, zaś pojawiające się gdzieniegdzie iście progresywne elementy nadają całości wielowymiarowy, innowacyjny charakter.

Opatentowana black'n'rollowa żywiołowość "Now, Diabolical" (2006 r.), której nie sposób pomylić z niczym innym, powraca w rozpoczynającym album "Midnight Serpent", lecz tylko po to, by przygotować grunt pod duszną, gęstniejącą z każdą sekundą atmosferę drugiej części utworu, będącą swoistym signum temporis odciśniętym w ostatnich latach przez francuską scenę czy - nie szukając daleko - krakowską Mgłę. Słychać tu bowiem, że Satyr i Frost nie pozostają głusi na zmiany zachodzące we współczesnym black metalu.

Choć niedorzeczna wręcz prostota riffu w tytułowym "Deep Calleth Upon Deep" przypomina budową konstrukcję cepa, z takąż samą prymitywne młócącą skutecznością wbija się do głowy na wieki wieków. Gdy dodamy do tego przemożnie chwytliwy, melodyjny refren, w którym nad tle głosu Satyra słyszymy zawodzący tenor uznanego norweskiego jazzmana Håkona Kornstada, powstaje numer mający sporą szansę zaistnienia jako obowiązkowy punkt koncertowego programu Satyricon.

Wspomnianego Kornstada usłyszymy także w "The Ghost Of Rome" i "Dissonant", dwu kompozycjach, które różni właściwie wszystko. Pierwszy to nieco wyrwany z kontekstu całej płyty, przebojowy patchwork punkowo-glamowego sztubactwa Turbonegro, gotycko-rockowej melodii i teatralnych jęków z arsenału Arcturus - tak, z black metalem nie ma to absolutnie nic wspólnego. Utwór ten ma tu najwyraźniej przypisaną rolę, którą na poprzednim albumie spełniał awangardowy inaczej "Phoenix"; większego sensu w tym nie widzę, choć "The Ghost Of Rome" nie ma przynajmniej tamtego pokracznego smęcenia - dobre i to!

Co innego "Dissonant", obok "Blood Cracks Open The Ground", najciekawszy aranżacyjnie numer na "Deep Calleth...". Ta dynamiczna, wielowątkowa kompozycja o potężnej dawce energii to prawdziwa perła w całym zestawieniu, wzbogacona przy okazji (co prawda dość zachowawczo, ale jednak!) saksofonowymi erupcjami Kornstada. Nie żeby od razu zrobić z tego Manes czy inny Ephel Duath, szkoda jednak, że nie zdecydowali się jeszcze bardziej zaryzykować.

Polotu "Dissonant" zabrakło trochę w "Burial Rite", choć przyznam, że po kilku przesłuchaniach zyskuje on nieco jako - powiedzmy - bardziej melodyjny krewniak "Delirium" bądź "The Sign Of The Trident" z ery po "Volcano" (2002 r.).

Gitarowe tremola obite podwójną stopą Frosta zainteresują zapewne zwolenników kanonicznej "Nemesis Divina" (1996 r.), a nawet wcześniejszych dokonań Satyricon, klasycznie blackmetalowo robi się bowiem w najdłuższym na płycie, ponadsiedmiominutowy "Black Wings And Withering Gloom", przełamanym w połowie monumentalnym zwolnieniem z udziałem chóralnego śpiewu i instrumentów smyczkowych, aczkolwiek wielokrotnie powtarzane pod koniec, krótkie partie gitary prowadzącej sprawiają wrażenie sztafażowych zabiegów w obliczu wyczerpania się pomysłów.

Aranżacyjna asceza i surowość formy z jednej strony, z drugiej - udane, bo brzmiące naturalnie, próby wprowadzenia czegoś może nie rewolucyjnego, ale z pewnością odświeżającego formułę, czynią z "Deep Calleth Upon Deep" materiał znacznie bardziej zwarty niż miejscami nieznośnie wyszukany album "Satyricon" sprzed czterech lat. W tym znaczeniu jest to więc płyta dalece bardziej spójna, choć nie aż tak przekonująca jak "Now, Diabolical" czy "The Age Of Nero" (2008 r.).

W najmniejszym stopniu nie zmienia to jednak faktu, że Satyricon od dawna grają już we własnej lidze, a automatyczna wręcz rozpoznawalność brzmienia stawia ich w pozycji niekwestionowanego fenomenu w ramach szeroko rozumianego black metalu. "Deep Calleth Upon Deep" potwierdził to po raz kolejny.

Satyricon "Deep Calleth Upon Deep", Mystic Production

8/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Satyricon | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje