Reklama

Reklama

Recenzja Richard Ashcroft "These People": Fajna dziś pogoda, co?

Wieść gminna niesie, że w 2010 roku, na australijskim festiwalu Splendour in the Grass, Richard Ashcroft zszedł ze sceny po wykonaniu zaledwie jednego numeru.

Wieść gminna niesie, że w 2010 roku, na australijskim festiwalu Splendour in the Grass, Richard Ashcroft zszedł ze sceny po wykonaniu zaledwie jednego numeru.
Ego było i jest, "These People" dowodzi natomiast, że niespecjalnie dużo jest na owego ego podparcie /

Ponoć poirytował go fakt, że publikę pod sceną można było policzyć na palcach jednej ręki niezbornego stolarza, podczas gdy grający w tym samym czasie Pixies mieli pełną widownię. Więcej - równe tłumy zebrały się tam, gdzie grali Empire of the Sun. Później Ashcroft nieudacznie tłumaczył się awarią aparatu wokalnego. Wszyscy jednak wiedzieli, że tak naprawdę chodziło o przerośnięte ego artysty.

Ego było i jest, "These People" dowodzi natomiast, że niespecjalnie dużo jest na owego ego podparcie. Więcej: słuchając tego, człowiek minę ma zdobną w wyraz jakiegoś politowania i zażenowania. Bo kompletnie nie wiadomo o co chodzi. A powstaje też wrażenie, że sam Ashcroft nie bardzo wiedział quo vadere. Zaczynamy jakimś electropopem z okolic wspomnianego wcześniej EotS ("Out of My Body"), z przebojowością godną wyfiokowanej Karyny z dyskoteki w Świebodzicach. Potem słabo napisana, rozwlekła balladka "This Is How It Feels", oczywiście podrasowana parapetami brzmiącymi jak smyki, żeby zdyskontować sukces "Bitter Sweet Symphony", zajumanej od Stonesów ("The Last Time"), czego Jagger i Richards musieli dowodzić później w sądzie, bo Ashcroft nie przyznawał się, że "pożyczył" aż tyle, ile faktycznie "pożyczył".

Reklama

"They Don't Own Me" zaczyna się, jak numer Destroyera napisany na morderczym kacu, co i tak w kontekście płyty jest ashcroftowską zwyżką formy, choć znów odcina kupony (pewnie, że znowu smyki!) nawet nie od samego dorobku The Verve, ale całego brit popu. Smyki w tłach są zresztą tak słyszalnym elementem wszystkich praktycznie aranżacji, że kontekstowo jest to tragifarsa i groteska. Trzeba było je wsadzić nawet do tępego elektronicznego "Hold on". Inna rzecz, że taki numer mógłby całkiem nieźle działać... jako wypełniacz na płycie Kylie Minogue. Co miał w głowie Ashcroft nagrywając go? Pewnie to samo co na wspomnianym we wstępie festiwalu. Mile za to rozczarowuje numer tytułowy toczka w toczkę brzmiący, jak Tom Petty and the Heartbreakers. Ale to bodaj jedyne pozytywne zaskoczenie na tej nieudanej płycie.

Nad całym albumem unosi się atmosfera napiętej siermięgi. Zupełnie jakby w studiu nagraniowym Ashcroft notorycznie walczył z biegunką. Nadęcie i wzdęcie słyszalne jest w co drugiej nutce. Numery polotu mają tyle, co Paweł Waliński w tej recenzji, a egzekucja kompozycji to feeria działań pogrobowych i epigońskich. The Verve było dla mnie zawsze jednak one-hit wonderem [ponad 220 mln odsłon "Bitter Sweet Symphony"] i Ashcroft wydaje się robić na "These People" wszystko, żeby tejże opinii nie zmienić. Archaiczne pomysły, archaiczny sound... Pewnie nawet kot Ashcrofta jest archaiczny i na połowie ciała nie ma już futra.

Ale jednak... napisawszy powyższe trochę się zdziwiłem. Pomyślałem, że przecież nie może być aż tak źle, że może czegoś nie zrozumiałem, że coś mi umknęło, odpaliłem sobie więc kilka recenzji "These People" na zagranicznych portalach muzycznych. Pozytywnie płytę oceniło tylko NME. A jeśli NME ocenia nowego Ashcrofta pozytywnie, to moja negatywna recenzja kompletnie nie potrzebuje dalszych uprawomocnień. Moja dziewczyna, prywatnie fanka brit-popu, która pracowała w sąsiednim pokoju przybiegła właśnie i - nie wiedząc co to gra - zapytała dlaczego słucham takiego paździerza. Zupełnie szczerze i zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że rozumiem reakcję, ale niestety to praca...

Richard Ashcroft "These People", Mystic

3/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL