Recenzja Monster Magnet "Mindfucker": A mój stary tak nie umie

No, nie umie tak, jak Wyndorf, choć starszy od niego jest nieznacznie. Ba! I młodszych niewielu tak potrafi.

Okładka płyty "Mindfuck" Monster Magnet

Trupa z New Jersey nazwę biorąca od zabawki, którą Wyndorf bawił się w dzieciństwie, jest z nami już niemal trzydzieści lat [powstali w 1989 - red.]. I odrobinę mnie (tu brzydkie słowo, które wymienicie sobie na "irytuje"), że jakoś niespecjalnie zakosztowali oddania polskich fanów.

Reklama

W rodzimej Ameryce owszem, mieli swoje trzy płyty sławy ("Superjudge", "Dopes to Infinity" i, przede wszystkim, "Powertrip"), ale u nas... Jasne, że ci z nas, co już łysieją, przewijają dziatwę z pieluch albo właśnie zaczęli regularnie chadzać na kolonoskopię, zapewne zawyją refren "Space Lorda", jak im z Youtube'a puścić. Szczególnie, że to raptem dwa słowa, w tym jedno brzydkie. Bardziej ortodoksyjne kudłoszczury zanucą może również "I'm never gonna work another day in my life". Ale... zważywszy na przetaczającą się 3-4 lata temu przez nasz kraj falę stonerowego revivalu, o Monster Magnet było podejrzanie i, moim zdaniem, niesłusznie zbyt cicho.

Wyndorf oczywiście wizualnie nie umywa się do takiego Homme'ego, za którym, ku przerażeniu matki i babki, w zarośla poszłaby niejedna abiturientka stonera, który to mój kolega, znawca gatunku (pozdro Dedmen!) zdefiniował ongiś trzema słowami: "Riffy, blanty, Szatan".

Przeciwnie, Wyndorf to nie piękny rudowłosy wiecznie młody heros rocka, a raczej postać z bandy Lemmy'ego. Tłuste pióra, okazjonalny wąsik stylizowany na alfonsa, rocznik już pewnie damsko-męsko nieużytkowy, wódczany dech i perfumy marki Marlboro. A te atrybuty w rockowym świecie oznaczają "atest". "Mindfucker" to na tym ateście odnowiona pieczątka.

Na jedenastym już studyjnym albumie nikt nie poddaje w wątpliwość stonerowych, czy wręcz rockowych w ogóle, prawd wiary. Dużo jak na MM słuchać punka, czy raczej protopunka spod znaku MC5 czy nawet Death (nie tego Death Schuldinera, ale czarnoskórego tercetu z Detroit). Słychać to choćby w takim "Ejection". Są też wielkie przestrzenne refreny ("Drowning"), które mają w sobie tyle bluesa, że na okoliczne rozstaje dróg schodzą się wszystkie lokalne czarne koguty. A panowie z zespołu zbierają ich odchody, żeby później z zawartej w nich saletry robić proch do kolejnych armatnich salw.

Bo MM nie bawi się na "Mindfuckerze" w psychodeliczne jamy, jak się im czasem zdarzało. Nie. Numery to proste strzały z hookami najwyższej próby, a na ciasnych skórzanych spodniach muzyków odznacza się wyraźny kształt wielkich kul. "Want Some" jedzie stoogesowsko, podobnie "All Day Midnight". Jest prosto, w sam raz dla prostego rockowego chama, który drzemie w każdym z nas. Panowie nie uniknęli wprawdzie wpadzioch. Choćby takie "Brainwashed". Gdzie tu sens, gdzie tu pomysł? Ale szczęśliwie wysilone momenty to zdecydowana mniejszość zawartości płyty.

Wyndorf jest dla mnie gościem. Jak starego od wieków już nie bardzo słucham, tak Wyndorfa mogę słuchać zawsze. Czas wyciągnąć naftalinę z kielni ramony, odpicować MZ-kę, odgrzebać w pieleszach stylizowany na pikielhaubę kask i z Wyndorfem na sztandarach udać, że jeszcze trochę tego naiwnego, ale pięknego rockowego etosu w nas zostało. Tylko szybko. Zanim dzieci wstaną, szef zadzwoni z op******, żona wręczy listę sprawunków, a Szatan powie, że z wapnem się nie zadaje.

Monster Magnet "Mindfucker", Mystic

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Monster Magnet | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje