Reklama

Reklama

Recenzja Eris Is My Homegirl "For The Most Beautiful One": Z precyzją maszyn

Niektórzy nazywają Eris Is My Homegirl najbardziej kontrowersyjną kapelą związaną z cięższym graniem. Jeżeli zespół nagrywa takie albumy jak "For The Most Beautiful One" to ludzie mogliby właściwie mówić cokolwiek, bo i tak nie miałoby to żadnego znaczenia.

"For The Most Beautiful One" to debiut Eris Is My Homegirl

W 2012 r. Eris Is My Homegirl, zdobywcy drugiego miejsca drugiej edycji "Must Be The Music" (w której "zszokowali" jurorów swoim występem. "Czekałam na was całe życie" - mówiła wówczas Kora), opublikowali single "Crab This Way" i "Skyless" z mającej wówczas nadejść płyty. Podzieliły one fanów, oj, podzieliły. Trudno się dziwić: muzycy postanowili odciążyć swój repertuar, więcej miejsca przeznaczyli na motywy elektroniczne czy czysty śpiew, podczas gdy to w najmocniejszych momentach tkwiła ich główna siła. A przecież EDM był ostatnim, czego oczekiwali słuchacze po zespole, który zupełnie wywrócił podejście do ciężkiej muzyki wśród wielu telewidzów. Gwoździem do trumny był wokal Ernesta Kozłowskiego w chwilach, kiedy gitary się wyciszały. Co prawda muzyk bardzo dobrze radził sobie przy screamie, growlach i pig squealu, ale czysty śpiew musiał być ewidentnie potraktowany auto-tune'em, żeby podróżował na granicy tolerancji.

Reklama

Muzycy widocznie wyciągnęli wnioski z tamtego okresu i postanowili schować do szafy nagrany wtedy album. Słusznie, bo wypuszczony na początku 2014 r. singel "The End is Beginning" zwiastował sporą zmianę na plus - było melodyjniej niż kiedyś, ale z siłą, której brakowało poprzednim singlom. Ernest ewidentnie poświęcił dużo czasu na ćwiczenia, bo w lżejszych momentach radził sobie świetnie nawet bez żadnych wspomagaczy, aranżacja budziła podziw, a poszczególne segmenty kompozycji płynnie przechodziły między sobą. Numer ten znalazł się na debiutanckim albumie grupy, "For The Most Beautiful One", i jest jej idealnym przedstawicielem. Trudno nie mieć bowiem wrażenia, że przez te kilka lat od występów na "Must Be The Music" muzycy z Eris Is My Homegirl dość mocno nam dojrzeli.

Nie oznacza to, że motywy elektroniczne zniknęły, a wręcz przeciwnie - zaznaczają się mocno i wyraźnie. Jednak to, co odróżnia je od tych obecnych na "Crab This Way" i "Skyless" to fakt, że nie wydają się zupełnie oderwane tak brzmieniowo, jak i koncepcyjnie od pozostałych elementów kompozycji. Nawet jeżeli zdarza się, że zwiastują katastrofę jak w przypadku samego początku "Light and Air", ostatecznie zostają stosownie wcielone w całość i stanowią wyłącznie dopełnienie głównych motywów. Wyważenie jest odpowiednie, dzięki czemu słuchacza ani razu nie spotyka poczucie dysonansu. A kiedy pod koniec "The Kingdom of Sea and Hell" pojawia się dubstep, zespół imponuje płynnym przejściem do nawałnicy perkusyjno-gitarowej. Prawdziwe wyrazy uznania, bo grupa musiała naprawdę poświęcić dużo czasu na ćwiczenia, by opanować łączenie ze sobą takich skrajności. Choć nie da się ukryć, że elektronika najlepiej działa, kiedy ma podbudowę bardziej ambientową niż EDM-ową, tak jak chociażby w przypadku "Andromedy".

W dalszym ciągu jednak to te najmocniejsze gitarowe momenty świadczą o sile grupy, o czym przypomina szczególnie pierwsza część "Shut Your Mouth and Give Me The Panhandle". Jeżeli coś przypomina wam ta nazwa to jak najbardziej macie rację - Eris Is My Homegirl postanowili nagrać jeszcze raz utwór, który prezentowali już w 2011 podczas drugiej edycji "Must Be The Music", a którego to wersja studyjna była dostępna w internecie. Specjalnie pomijam część drugą nagrania, bo zwyczajnie drażni, ale z trzeba przyznać, że podkreśla fakt, iż kompozytorskie wyczucie segmentów bardziej "lajtowych" przyszło dopiero z czasem. Przede wszystkim chodzi jednak o to, że porównanie starej wersji nagrania z nową idealnie pokazuje, jak niesamowity progres zaliczyła grupa.

Bo chyba nie muszę dodawać, że pod względem technicznym muzykom nic teraz nie brakuje? Perkusje uderzają z odpowiednią agresją, gitary zgrabnie przechodzą z tła na pierwszy plan, nigdy nie gubiąc potrzebnego ciężaru (a to co wyprawia się w połowie "The Weakest Point" przechodzi ludzkie pojęcie). Ba, precyzja muzyków jest tak wypracowana, że można się czasami zastanawiać, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z maszynami w ludzkiej skórze. Ciekawym zabiegiem jest łączenie ze sobą kilku partii wokalnych Ernesta i ich naprzemiennej wymianie, co w połączeniu z bardzo rozbudowanymi aranżacjami sprawia, że trudno nudzić się chociaż przez chwilę.

Miło, że przy okazji postarano się w kwestii miksu i masteringu, przez co Eris Is My Homegirl brzmi profesjonalnie i pod tym względem mogłoby stawać w szranki z Bring Me The Horizon, do których Erisom w tej chwili chyba najbliżej. Może miejscami przydałoby się więcej brudu, ale klarowność całości w tych najcięższych momentach i tak jest sporym zaskoczeniem in plus.

Ostatecznie "For The Most Beautiful One" jawi się jako jeden z ciekawszych krążków, zawierających ciężkie granie. A że samozwańczy "najprawdziwsi" będą się oburzać, bo muzycy z Eris Is My Homegirl ani nie wyglądają jak pandy, ani nie brzmią jakby przesiadywali pół życia w piwnicy? No cóż, stracą naprawdę sporo. A wy nie obawiajcie się, otwórzcie głowy i sprawdźcie "For The Most Beautiful One", bo mimo kilku wad naprawdę warto.

Eris Is My Homegirl "For The Most Beautiful One", Hand2Band

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Eris Is My Homegirl | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje