Reklama

Recenzja Damon Albarn "Songs from Wonder.land": Szalony Kapelusznik

Można go lubić, albo nie. Trudno jednak nie szanować, zważywszy za ile i jak różnych od siebie rzeczy się chwyta. Nawet jeśli skutek nie zawsze doskonały.

"Songs from Wonder.land" to rzecz tylko dla fanów konwencji, albo fanów Damona Albarna

Ciężko się ocenia ścieżki dźwiękowe. Nieważne, czy idzie o muzykę do filmów, czy jak w tym przypadku, spektakli teatralnych, jeśli owa muzyka pisana jest pod obraz, czy występ, odrywanie jednego od drugiego wydaje się zakrawać na akt barbarzyński, nieetyczny, a w najlepszym przypadku zwyczajnie niemądry. Ciężko jednak zbyć milczeniem nagranie postaci formatu Albarna. Po tej apologii powinniście za to zrozumieć, dlaczego na końcu nie będzie oceny liczbowej.

Reklama

"Songs from Wonder.land" to, zgodnie z tytułem, zbiór piosenek, które Albarn napisał do wystawianego od niemal roku w Londynie przedstawienia w reżyserii Rufusa Norrisa, na podstawie książki Moiry Buffini. Inspiracją dla owej książki były oczywiście dwie powieści Lewisa Carrolla: "Alicja w krainie czarów" i "Po drugiej stronie lustra". Przedstawienie zostało wymyślone jako sposób uczczenia 150. rocznicy urodzin pisarza. Recenzje zebrało mocno mieszane. Większość krytyków (teatralnych, nie muzycznych) zarzucała, że muzyka rozjeżdża się z przekazem scenicznym. Że Albarn podszedł do tematu może i odważnie, ale skutek tej ambicji niekoniecznie przekonuje. W oderwaniu od sceny - o dziwo! - działa za to w miarę fajnie.

Już na początku Albarn zarysowuje pole gry, a więc zabiera nas na wycieczkę do wodewilowych tradycji kabaretu Republiki Weimarskiej, choć nie omieszkuje dorzucić w tle jakiejś niby-zabłąkanej indie gitary ("Entre Act"), albo chwilę później pojechać pop-punkiem ("wonder.land"). W walczyku "Fabulous" słyszymy za to korespondencję z tradycją Toma Waitsa, która wszak też z weimarskim kabaretem i Kurtem Weilem wspólnego ma niemało. A i sam Waits, jak możecie pamiętać, pisał muzykę na scenę, wspomnieć choćby "Black Ridera", czy również luźno opartą na dorobku Carrolla "Alice".

"Me" i "Secrets" to klimaty Belle & Sebastian, czy God Help the Girl. "In Clover" ujawnia Szalonego Kapelusznika jako irlandzkiego knajpianego śpiewaka zmutowanego z wczesnym Peterem Gabrielem. W "Everyone Loves Charlie" przebija się za to jakby późny Blur. Na ile to w takiej formie możliwe, jest więc różnorodnie, choć dominantą będzie wspomniana, klasyczna musicalowa piosenka z rodowodem sięgającym co najmniej 100 lat wstecz.

Gdyby tematy zawarte na "Songs from Wonder.land" przerobić na regularne piosenki, mogłaby wyjść z tego przyzwoita art-popowa płyta, bo urokliwych momentów nie brakuje. No, ale cóż poradzić, mamy to, co mamy, czyli... ani musical (bo gdzie obraz?), ani nie album muzyczny. Rzecz tylko dla fanów konwencji, albo fanów Albarna, choć zaprawdę, zupełnie, zupełnie niegłupia.

Damon Albarn "Songs from Wonder.land", Parlophone

bez oceny


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Damon Albarn | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL