Reklama

Recenzja Cliff Richard "Rise Up": Dancing w domu spokojnej starości

Nie miał ostatnio nasz artysta dobrej passy. Ale ponoć nowy album to wedle jego własnych słów "podniesienie się z głębokiego bagna". Czyżby? Sprawdzamy.

Cliff Richard na okładce płyty "Rise Up"

Łaska losu na pstrym koniu jeździ - stara prawda. Bo jeśli ktoś, kto wedle słów samego Lennona był "pod koniec lat pięćdziesiątych jedyną rzeczą wartą słuchania" w Wielkiej Brytanii i "autorem pierwszego brytyjskiego numeru rockowego" ("Move It", 1958), ma na półce Order Imperium Brytyjskiego, a ostatnie lata spędza wypłakując w mediach oczy na brak zainteresowania mediów jego wypłakiwaniem oczu, to czuć w tym pewien chichot historii.

Reklama

Szczególnie, jeśli doda się do tego coś zupełnie niewyobrażalnego, a mianowicie zupełnie jak się okazuje przypadkową próbę wplątania 78-letniego obecnie artysty w aferę Jimmy'ego Savile'a. Czyli w trwający niemal pięćdziesiąt lat proceder wykorzystywania seksualnego (także nieletnich), którego dopuszczał się sam Savile, jak i kilka innych znanych postaci brytyjskiej telewizji, a który to skandal wybuchł w 2012 roku, trafiając odłamkiem wielu bogu ducha winnych ludzi.

W tym Cliffa Richarda, który na wieść o swoim rzekomym udziale w aferze karnie zjechał do ojczyzny ze swojego domu w Portugalii z zamiarem oczyszczenia imienia. Skończyło się tak, że Richarda przepraszali wszyscy święci. Od policji, po BBC. I to wielokrotnie. Ale, niewinny czy nie, swoje facet zdążył wycierpieć. Bo zakładam, że publiczne podejrzenie o bycie gwałcicielem z upodobaniem do nieletnich zapewne nie należy do najprzyjemniejszych fruktów życia.

Po tym wszystkim "Rise Up" miało być sposobem na to, by - wedle jego własnych słów - "młodsi słuchacze dostrzegli w Richardzie wartościowego artystę". Czy się udało? Niekoniecznie. Z kilku co najmniej powodów. Po pierwsze: songwriterem Richard nigdy nie był, a więc nie był też songwriterem wybitnym. Prędzej "wykonawcą". Żaden w tym grzech oczywiście.

Grzech zaczyna się dopiero, kiedy na ważny według własnych deklaracji album dobiera się z rozdzielnika tak słabe numery. Drugi kiks to wyprodukowanie ich w trącającej  już nie myszką nawet, ale prakopalnym piżmoszczurem, konwencji pościelówy z lat 60. i 70., gdzie przestrzeni ogrom, a zapełniają ją krowy będące podstawą żywienia na brytyjskiej, czy amerykańskiej prowincji i green grass of home. Jasne, że takie retro brzmi dobrze w momencie, kiedy śpiewa je młoda i seksualnie rozbuchana dziewczyna ze sztucznym biustem i napompowanymi wargami, jak Lana del Rey. Ale i wtedy to raczej konwencja jednorazowa czy raczej: jednopłytowa. Jeśli takie smęty daje nam dziadek w wieku naszego dziadka, to - sami rozumiecie - Sinatra to nie jest, tylko dancing w domu spokojnej starości "Trepanacja".

Richard próbuje też funkować, jakby nie mógł się doczekać przyszłorocznej premiery filmu "Son of Shaft" z Samuelem L. Jacksonem. Ale tu z kolei nie ma szans doścignąć luminarzy gatunku. Ciężko też blisko osiemdziesięcioletniemu facetowi czynić wyrzuty z wieku. Żadna to jego wina, a może wręcz zasługa. Że dożył. Ale jego świszcząca wada wymowy połączona z wyraźnie nienajlepszej jakości protetyką dentystyczną daje efekt, który rozstroiłby nerwy nawet troskliwemu misiowi. I nie tęczą by ów miś z brzuszka strzelał, tylko potokiem kalumni. Do tego przemycony gdzieniegdzie auto-tune. Jasne, że chciałbym osiemdziesiątki dożyć, na co się nie zapowiada, a już w ogóle chciałbym być w tym wieku w takiej formie, żeby śpiewać. Ale nie znaczy to, że przed połówką rzeczonego wieku muszę czegoś takiego słuchać.

Najlepiej wypadają te numery, którym najbliżej richardowskich korzeni, czyli choćby "The Minute You're Gone" pachnące tak wczesnym Richardem, jak - nie przymierzając - Rickym Nelsonem, a wykonane w towarzystwie Royal Philharmonic Orchestra. Jednak to za mało, żeby z "Rise Up" uczynić udaną realizację tego, co zapowiadał artysta - uczynienia z niego na powrót artysty wartościowego dla młodszych pokoleń słuchaczy. Ale święta idą. Jak kto ma jeszcze babcię, to niech kupi. Bo starzy to pewnie słuchali już raczej Zeppelinów i Breakoutów, co?

Cliff Richard "Rise Up", Warner

3/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Cliff Richard | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje