Reklama

Reklama

Recenzja Andrzej Grabowski "Pechy i peszki": Niekiepski album

Ten album niczego nie zmieni, a ci, którzy szukają muzycznych doznań, pewnie się od niego odbiją. Zwolennicy inteligentnego, subtelnego humoru przy "Pechach i peszkach" mogą za to poczuć się jak w domu.

Okładka płyty "Pechy i peszki" Andrzeja Grabowskiego

Największy pech Andrzeja Grabowskiego to fakt, że mimo naprawdę niezłych umiejętności aktorskich, do końca życia będzie zmagał się z łatką tego faceta, który grał Ferdka Kiepskiego. Ale całe szczęście, przygoda z muzyką zapoczątkowana na "Mam prawo... Czasami... Banalnie" z 2010 nie sprawiała wrażenie desperackiej próby zerwania z powszechnie kojarzonym wizerunkiem, nie mającym wiele wspólnego z samym aktorem.

Ba, to była zaskakująco przyjemna pozycja - szczególnie pod kątem tekstów i wytworzonej atmosfery opowieści snutych przez podchmielonego barda. Jasne, może nie była jakaś specjalnie wybitna, ale zdecydowanie niedoceniona. O "Cudne jest nudne" nie było już tak głośno i być może dlatego na kolejny album aktora i jurora "Tańca z gwiazdami" musieliśmy poczekać 6 lat.

Reklama

Tym razem głównym współpracownikiem Grabowskiego został Tomek Sierajewski, przewijający się chociażby przez Houk czy Elvis DeLuxe. I niby informacja prasowa mówi o tym, że album nie przypomina w niczym klasycznego albumu "śpiewającego aktora", ale cóż, nie do końca bym temu ufał. Muzyka bowiem po raz już trzeci jest zaledwie tłem do tekstów napisanych dla Grabowskiego.

Słychać, że artyście bliski jest jednak etos piosenki aktorskiej czy - chyba najbardziej - Kabaretu pod Egidą i Piwnicy pod Baranami. Może to też kwestia ekspresji wokalnej Andrzeja Grabowskiego? Sam w końcu powiedział kiedyś "Ja nie śpiewam, ja charczę". Nie byłbym aż tak krytyczny, ale nie da się ukryć, że Grabowski nie jest wokalnym guru. Przeskakuje nieustannie od śpiewu do melorecytacji, a chrapliwy głos błyskawicznie usadawia go blisko jakiejś młodszej i mniej rozpitej wersji Toma Waitsa. Może nasz rodzimy artysta nie ma aż takiej charyzmy i aż tak nie magnetyzuje, ale też niewiele się zmieniło w kwestii odbioru jego partii wokalnych od czasów muzycznego debiutu.

Towarzysząca Grabowskiemu muzyka przeskakuje przez przeróżne klimaty. W "Kwestii miesiąca" i "Piątku 13-go" atakuje nas reggae'owa synkopa, jednocześnie podróżując jednak bliżej cwaniackiej, miejskiej piosence aniżeli jamajskim klimatom. "Podkowa" czy "Kominiarz" mają już mocną podbudowę bluesową (chociaż ten drugi utwór równie ciekawie czerpie z coraz popularniejszych ostatnio potańcówek w rytmach folkowych), a z kolei taka "Gwiazda" na przykład mogłaby spokojnie uchodzić za piosenkę Czesława Mozila. Patrząc na autora muzyki, zaskakująco mało tu rocka - najbliżej do tego gatunku ma "Kwiat paproci", ale osoby oczekujące nawałnicy solówek na gitarze mogą się srogo rozczarować.

A co z warstwą liryczną? Aktor sygnuje swoim głosem raczej słodko-gorzkie rozważania na temat ludzkich przesądów. Zresztą, spójrzcie na same nazwy utworów: "Piątek, 13-go", "Podkowa", "Rozsypana sól", "Kwestia miesiąca". Sławomir Młynarczyk ustami Grabowskiego w pełen ironii i zgryźliwości sposób demaskuje je, odwraca ("Miewam pecha, gdy przez drogę mi przebiega biały człowiek" śpiewa aktor z pozycji domowego drapieżnika w "Karym kocie") oraz wyśmiewa błędne wyciąganie wniosków na ich podstawie ("We wrześniu brałem ślub/Też drugi, trzeci, nawet czwarty już/Chciałem być pewien, że/To raczej miesiąc, nie kobiety miałem złe" - słyszymy w "Kwestii miesiąca").

Humor jest raczej subtelny i inteligentny: nie rykniecie śmiechem, co najwyżej uśmiechniecie się pod nosem po tym jak dotrze do was kolejne błyskotliwe spostrzeżenie. Jasne, to teksty proste i zdarzają się tu rymy częstochowskie, które może by w innych przypadkach zgrzytały, a jednak potrafią w ciekawy sposób przemienić swoją - teoretycznie - wadę w zaletę. Taki refren "Gwiazdy", chyba najbardziej muzyczny fragment całego albumu, celowo przypomina rymowankę dla dzieci i charakteryzuje się równie wielką zaraźliwością. Z kolei gdyby "Podkowa" składałaby się z parafraz ludowych mądrości, wcale bym się nie zdziwił.

"Pechy i peszki" to nie jest wybitny album, nikt nie wymieni krążka jako jednej z ważniejszych pozycji tego roku. Przy czym absolutnie nie jest to płyta, która miała cokolwiek na naszym rynku muzycznym zmieniać. Nie słucha się jej dla wybitnego wykonania czy niezapomnianych melodii, bo nikt rozsądny nawet by jej o to nie posądzał. Jest natomiast przyjemnie napisana od strony tekstowej i to właśnie ta intelektualna uczta jest głównym punktem zaczepienia dla słuchacza. Dla osób szukających pełni doznań muzycznych to za mało i stąd moja ocena liczbowa, ale dla tych ceniących sobie wartość słowa, ta płyta może okazać się jedną z ciekawszych ostatnimi czasy. Ja na pewno jeszcze do niej sobie wrócę.

Andrzej Grabowski "Pechy i peszki", Agencja Muzyczna Polskiego Radia

6/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Grabowski | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje