Reklama

Przewietrzona fabryka

Fear Factory "Mechanize", AFM

Wtórność to jeden z grzechów głównych muzyki. Tak mówią... W przypadku "Mechanize" to komplement. Nowa muzyka Fear Factory jest tak doskonale wtórna, że nie można było oczekiwać niczego lepszego.

Reklama

Mam w głębokim poważaniu rozstrzygnięcie przepychanki o prawda do nazwy, pomiędzy liderami "nowego-starego" Fear Factory, wokalistą Burtonem C. Bellem i gitarzystą Dino Cazaresem, a byłą już sekcją rytmiczną zespołu - Raymondem Herrerą i Christianem Olde Wolbersem. Sprawa widocznie została załatwiona polubownie, skoro na rynku ukazuje się premierowe wydawnictwo sygnowane nazwą Fear Factory. Owszem, okoliczności powrotu skłóconego przez długie lata z kolegami twórcy brzmienia zespołu Dino Cazaresa i jednoczesne bezceremonialne pożegnanie z "niewygodnymi" muzykami budzą niesmak, ale to nie pierwszy ani ostatni raz, kiedy biznes rzuca cień na szczerość "artystycznych motywacji".

Pieniądz rządzi światem, a jego przypływ na pewno jest w stanie zagwarantować Fear Factory w składzie Bell-Cazares-Stroud-Hoglan. Dwóch ostatnich dokooptowanych zostało zresztą w dość naturalny sposób. Byron Stroud (eks- Strapping Young Lad) był już przecież wcześniej basistą Fear Factory i ochoczo przyjął propozycję odnowienia współpracy. Gene Hoglan to nie tylko jeden z najlepszych perkusistów metalowych świata, ale i człowiek, który z bardzo wielu pieców chleb wyjadał i raczej ma kłopot z asertywnością. Poza tym wzmocnił zespół wagowo, co na pewno jest krzepiące dla równie potężnego Dino Cazaresa... Ale żarty na bok.

Meritum, jakim jest "Mechanize", to płyta dla Fear Factory wręcz wzorcowa. Zwłaszcza w kontekście wymęczonej, przedobrzonej "Transgression" z 2005 roku, jawi się niczym porcja muzyki, którą zespół wyssał z mlekiem cybernetycznej wilczycy. Rwane, tłumione riffy, ciągły masaż podwójnymi stopami Hoglana i charakterystyczny krzykośpiew Bella to oczywisty fundament, na którym wzniesione zostały bardzo energetyczne, stylowe kompozycje. Amerykanie nie chcą zaskakiwać, eksplorować nieznanego. Ten album brzmi jakby muzycy położyli na stole "Demanufacture", "Obsolete", może jeszcze debiutancki "Soul Of A New Machine", pokroili w drobną kosteczkę, wrzucili do miksera, a jego zawartość przelali do gara z napisem "Nowa płyta". W ten sposób uzyskany ekstrakt okazał się najlepszym możliwym wyjściem z opresji, jakim zawsze jest dla powracającego z niebytu zespołu, materiał studyjny.

Słychać, że "Mechanize" zostało stworzone pod dużym ciśnieniem. Nie ma tu odpuszczonych numerów, rozmemłanych fragmentów. Niemal każdy utwór to petarda. Zespół zadbał przy tym o zróżnicowanie materiału. Rzeczy gwałtowne, agresywne, o niemal deathmetalowej proweniencji (kłania się wspomniany debiut) jak "Powershifter", a zwłaszcza "Fear Campaign", sąsiadują z muśniętym zimnym klawiszem "Christploitation" , przestrzennym "Designing The Enemy" czy zamykającym album "Final Exit", który wpisuje się w estetykę takich numerów FF z przeszłości jak "Resurrection" czy "Descent".

Nikt nie napisze w recenzji tej płyty, że tego jeszcze nie było. W drobnych niuansach aranżacyjnych nie doszukujmy się prób wyjścia poza sprawdzoną w wielu crash-testach formułę brzmieniową. Co oczywiście rodzi spekulacje, jakie reakcje towarzyszyć będą następnej płycie, jeżeli okaże się niemal identyczna, w myśl zasady, która mówi, że nie zmienia się zwycięskiej drużyny? Nie będę się jednak martwił na zapas, bo powrót Fear Factory z takim materiałem można już dziś ogłosić jednym z najbardziej znaczących wydarzeń w muzyce metalowej AD 2010.

8/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Fear Factory | fabryka | F.E.A.R. | Mechanize

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje