Reklama

Nas "Lost Tapes 2": Papierowy król [RECENZJA]

Nas jest jednym z niewielu artystów, których "zagubione taśmy" wielu fanów uważa za klasyk. To dowód wielkości tego artysty i jego słabości zarazem. "Lost Tapes 2" niestety bardziej ukazują tę drugą.

Okładka płyty "The Lost Tapes 2" Nasa

Wydane w 2002 roku pierwsze "Lost Tapes" pokazały, że w studyjnych archiwach realizatorów Nasa kryją się perły, co zdumiewało tym bardziej, że na jego albumach trafiały się utwory na które po czasie lepiej spuścić zasłonę milczenia. Nas jest niewątpliwym mistrzem mikrofonu, prawdziwym poetą-samorodkiem i genialnym autorem, który stworzył "biblię rapu" jak "Illmatic" nazwał J.Cole.

Reklama

Trzeba jednak przyznać, że umiejętność oceny własnej twórczości, doboru odpowiedniej oprawy dla wersów na przestrzeni jego kariery pozostawiały sporo do życzenia. Na pierwszych "Lost Tapes" znalazły się numery przewyższające część zawartości nie tylko "Nastradamusa" czy "I Am", ale również "Stillmatica" czy "It Was Written".

Wieść o premierze "Lost Tapes 2" po raz pierwszy pojawiła się jeszcze w 2003 roku, ale po tysiącach sporów z nowym wydawcą (po drodze Nas został artystą Def Jamu) płyta stała się faktem dopiero 17 lat po premierze pierwszej części, sześć studyjnych albumów później. Jaki jest efekt?

Na papierze wygląda kapitalnie. Nas zamiast promować wątpliwej jakości talenty, stawia tu na uznanych i cenionych producentów takich jak Pharrell Williams, No I.D., RZA, Pete Rock, Alchemist czy DJ Khalil. Na mikrofonie nadal imponuje głodem i wgryza się w tematy z unikatową przenikliwością i szczerością. Mimo to pierwsze wrażenie jest raczej złe. Drugie i trzecie też. Dlaczego?

Muzycznie ten materiał to zbyt nonszalancka gra va banque. Proste samplowane motywy są eksploatowane do granic wytrzymałości i nie jest to nowoczesny ascetyzm Kanye Westa z ostatniego albumu "Nasir", a już na pewno nie genialna prostota muzyki "Illmatica". Z prostymi motywami a la stare brzmienia Wu-Tangu można wiele wygrać i wiele wtopić. "Tanasia" może brzmiałaby dobrze z przegrywanej kasety w 94, dzisiaj raczej drażni.

Singlowe "Jarreau Of Rap" z reinterpretacją nagrodzonego siedmioma nagrodami Grammy Ala Jarreau to raczej ciekawostka i studyjna próba elastyczności flow niż singel z prawdziwego zdarzenia. Są jednak i takie momenty jak "Royalty" Hit-Boya, które brzmi jak w połowie prac, których efekt nie jest obiecujący na przyszłość, a obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia wokalistka RaVaughn.

Mimo że wokalistka trochę rehabilituje się w "Beautiful Life" to w takich momentach jak jej refren "Royalty" ciężko dziwić się Def Jamowi, że był nastawiony sceptycznie do premiery tego materiału. Choć Nas słynie z tego, że potrafi tchnąć ducha nawet w bardzo średnie bity, tutaj nie zawsze daje radę.

Czy jest naprawdę aż tak źle? Może oczekiwania były zbyt wysokie? Nie. Z pewnością nie ma tutaj utworów jak "Black Zombies" albo "No Idea's Original", które świadczyły o sile "Lost Tapes". Najbliżej jest chyba "The Art Of It" gdzie Pete Rock w zaskakujący sposób hołduje klasykom Juice Crew, podobnie zresztą jak Swizz Beatz w "Adult Film", które wygrywa chyba w kategorii najlepszy refren "Lost Tapes 2".

Trzeba jednak dodać, że konkurencja w tym zakresie nie była zbyt wymagająca. Znaczące jest, że na końcu dłużącego się chwilami materiału następuje pobudka przy "Beautiful Life" w którym No I.D. pokazał, że rozbudowana aranżacja bitów pasuje Nasowi nie gorzej niż prostota. Nowojorska surowość radzi sobie w "Highly Favored" (ponownie RZA) i "Queensbridge Politics" (ponownie Pete Rock), a także w "Lost Freestyle" na bicie Statik Selektah "It Never Ends" Alchemista. Wszystkie z wymienionych mogą być uznane za niezłe, ale nic ponad to.

Doskonale pamiętam, kiedy słuchając "Lost Tapes" myślałem sobie "jak to mogło nie wejść na te albumy?!". Tutaj wiem doskonale. To po prostu odrzuty. Odrzuty rapera wybitnego i dlatego warto sprawdzić je uważnie, bo nie brakuje tutaj przebłysków tej wielkości. Parę wersów jak te o "sponsorowaniu" kobiet czy o tym co stałoby się z Juice Crew, gdyby Nas był jego częścią zapadną w pamięć na zawsze.

Ba... Da się wskazać nawet całe zwrotki i kawałki, które prezentują typową dla Nasa klasę - niezwykle poruszające wspomnienie Prodigy'ego z Mobb Deep w "Queensbridge Politics" czy opowieść o eksżonach odcinających ojców od swoich dzieci w "Beautiful Life", ale to trochę za mało by zachwycać się "Lost Tapes 2" jako całością.

Więcej radości materiał sprawi, kiedy zabierzemy go z pełnego elektronicznych rozpraszaczy mieszkania na nocny spacer, ale mimo wszystko więcej w tym sentymentalnej perswazji niż rzeczywistej jakości. Być może z prezentowanej na okładce kasety album sprawdziłby się lepiej, bo jego ascetyczna surowość poszukuje 90'sowej, obskurnej magii, ale współczesne studyjne Pro Toolsy to nie SP-1200, a brak solidnego mixu to nie "piwniczna duszność" lat 90. Mimo szczerej życzliwości i dużego kredytu zaufania ciężko ten materiał ocenić wyżej, nawet komuś dla kogo odnalezienie niepublikowanej perełki Nasira Jonesa dotąd często stawało się muzycznym świętem.

Nas "Lost Tapes 2", Universal Music Polska

5/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nas | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje