Reklama

Reklama

Morza szum, ptaków śpiew

Chambao "En el Fin del Mundo", Sony Music

Nagrać album koncertowy bez publiczności? Pomysł, przyznacie, dość oryginalny, ale sprawdził się w wykonaniu hiszpańskiej grupy Chambao.

Niektórych świadomość nagrywania płyty koncertowej paraliżuje, złośliwie zaplata kabelki i odbiera natchnienie. Idealny perfekcjonizm, z dopięciem wszystkiego na ostatni guzik, nie daje z kolei szans na jakąś niespodziankę, zaskoczenie, dzięki któremu można trafić do historii.

Wydawać by się mogło, że niezbędnym elementem koncertu jest publiczność, potrafiąca uskrzydlić, skutecznie zdopingować swoich idoli do przekraczania kolejnych granic. Z takiego wsparcia zrezygnowała pochodząca z hiszpańskiej Andaluzji grupa Chambao, nagrywając koncert podczas trasy po Ameryce Południowej. Zespół w październiku 2009 roku udał się na "koniec świata", na lodowiec Perito Moreno w argentyńskiej Patagonii, miejscu uznawanym za jeden z cudów natury. Poza podziwianiem widoków, swoją obecnością w tym miejscu Hiszpanie przy okazji chcieli zwrócić uwagę na problem globalnego ocieplenia.

Reklama

Fani nie mieli szans, by zobaczyć występ Chambao w Patagonii, bo tamta okolica jest pod ścisłą ochroną UNESCO. Muzykom towarzyszyli jedynie członkowie ekipy technicznej, którzy zadbali o skromną scenę u podnóża lodowca, położoną na kamienistej plaży, obmywanej przez oceaniczne fale. Obrazy (całość znajdziecie na płycie DVD dołączonej do albumu) zapierają dech w piersi - oślepiająca biel lodu, skaliste góry obsypane śniegiem i zlewające się z całością, niemal przezroczyste niebo. Czasami widoki są tak obłędne, że wydawały mi się nieprawdziwe, myślałem sobie, że to musi być fototapeta...

Twórczość Chambao krytycy określają mianem flamenco chill lub flamenco elektrycznego. Na potrzeby nietypowego koncertu muzycy - aż osiem osób - zdecydowali się przede wszystkim na akustyczne aranżacje, dzięki czemu na pierwszy plan od razu wychodzi naturalne, przestrzenne brzmienie (sporo przeszkadzajek plus nieodłączne we flamenco charakterystyczne klaskanie w dłonie), połączone z ciepłym głosem wokalistki La Mari. A z tła raz na jakiś czas przebija się do naszych uszu szum wiatru i chlupoczących fal. Duchy andyjskich Indian zesłały nad lodowiec przyjazne fluidy.

7/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje