Reklama

Reklama

Kasia Moś "Karin Stanek": Zręczna galanteria [RECENZJA]

To się musiało zdarzyć. Repertuar Karin Stanek leżał wszak odłogiem. A w naszym kraju, gdzie nadal spora część artystów ma problem z repertuarem własnym, ktoś w końcu musiał się nad rzeczonym pochylić.

To się musiało zdarzyć. Repertuar Karin Stanek leżał wszak odłogiem. A w naszym kraju, gdzie nadal spora część artystów ma problem z repertuarem własnym, ktoś w końcu musiał się nad rzeczonym pochylić.
Okładka płyty "Karin Stanek" Kasi Moś /

Wspólnym mianownikiem dla nagrania tej płyty okazał się Bytom. To stamtąd pochodziła Karin Stanek, ale również tam urodzili się Kasia Moś i jej starszy brat Mateusz. Z Bytomiem związany jest również Mateusz Kołakowski. I tak to Kasia hity Stanek zaśpiewała, a dwaj Mateusze wyprodukowali. Na warsztat wzięli i te najbardziej znane utwory pierwszej diwy bigbitu, i piosenki, które w naszym kraju pamiętają ze trzy osoby, a i to jak przez mgłę, jak "Proszę, nie płacz już" czy "Moja modlitwa".

Repertuar Stanek nie jest ani szczególnie wyszukany, ani nie wytrzymuje konkurencji ze swoimi zagranicznymi odpowiednikami. No, ale taki był niestety los dawnego bloku komunistycznego, że muzycznie bywał zazwyczaj końcem przewodu pokarmowego świata. Bo patrząc na - szczególnie wczesne - lata sześćdziesiąte, to właściwie wszędzie na świecie, nie wyłączając tak egzotycznych miejsc jak Indonezja, działo się w muzyce więcej i lepiej. Oddać natomiast Stanek et consortes należy, że byli jednak tymi misiami na miarę naszych możliwości i w epoce siermiężnej jak dowcip pijanego wuja na weselu, próbowali przeszczepiać, jak wokalista Papa D włosy, ożywcze trendy na ziemię bursztynowego świerzopu, gryki jak śnieg białej i Józefa Cyrankiewicza.

Reklama

W tym, że twórcom udało się kompletnie odmienić stylistycznie te utwory należy upatrywać największego atutu albumu. Na dobrą sprawę, gdyby wyjąć z tej płyty numery powszechnie znane, nie sądzę żeby ktokolwiek wpadł na pomysł, że to utwory Stanek. A przecież dobry cover to taki, który coś do utworu wnosi, nie stanowi po prostu odtworzenia - choćby najdoskonalszego - bo takowe nie sztuką jest a rzemiosłem.

Jest w tym jednak również pewna bolączka. Bo czy koniecznie trzeba było to wszystko robić w tak nieznośnej stylistyce? Nieznośnej, czyli pełnej pustego patosu ("Wierny wiatr", "Proszę nie płacz już") albo udającej Annę Marię Jopek smooth-jazzowo-popowej ("Tato, kup mi dżinsy", "Która to gwiazda"). Takiej dokładnie, jakiej entuzjastami są fani nagrań sygnowanych marką Polskiego Radia, błędnie przekonani, że oto gustują w jakiejś wielkiej sztuce, podczas gdy sycą się po prostu bardzo zręczną warsztatowo, ale galanterią. Tu więc rozdarcie - plus za odejście od oryginału i sprawność, minus za absolutny banał.

Wokalnie Moś oczywiście radzi sobie bardzo sprawnie. Irytują może odrobinę brzydkie maniery wokalne - zdarzające się od czasu do czasu niebezpieczne stąpanie po cienkiej granicy między normalnym śpiewem a yarlingiem czy efekciarskie podmianki samogłosek, kiedy trzeba użyć head voice.

Sumarycznie "Karin Stanek" to niezła próba. Szczególnie, że skutecznie przekonuje, że Stanek nie była li tylko głupkowato-sowizdrzalską wokalistką od chłopaka z gitarą, a miała i w swoim emocjonalnym emploi, i w repertuarze pozycje dojrzalsze. Jednak idąc tropem rzeczonego banału - może lepiej było dać te kawałki do obróbki różnym producentom i wokalistom? Może Moś i Mateusze (niezła nazwa na ansambl bigbitowy, czyż nie?) mogli poprzestać na jednym wybranym coverze (na przykład "Dlaczego tak się stało" z kreatywną góralszczyzną i ocieraniem się o śpiewokrzyk), zamiast forsować pomysł pełnej płyty? Może wreszcie nie trzeba było z krótkich oryginałów robić rozciągniętych w nieskończoność i próżno meandrujących pięciominutowców? A może niesłusznie się czepiam, bo wszak i dla galanterii jest miejsce na tym świecie?

Kasia Moś "Karin Stanek", Polskie Radio S.A.

6/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL