Reklama

KaeN "Jason": Rapowy Bruce Lee? Ta, jasne... [RECENZJA]

Uff. Raperzy, zwłaszcza ci, którzy nie mają zbyt wiele do przekazania, nie nagrywają już długich płyt. Skupiają się na krótszych formach, co w ostateczności jest pożyteczne dla wszystkich. Nie to, żeby KaeN nie miał nic do zaoferowania, bo jeśli mu się chce to potrafi rzucić ciekawym wersem, zdarzają mu się też niezłe porównania, a nawet takie błahostki jak wulgaryzmy są u niego ułożone na swoim miejscu i nie robią za liryczną zapchajdziurę. Ale...

Okładka płyty "Jason" KaeNa

W niecałe pół godziny dostajemy totalną powtórkę z rozrywki. Podobnie jak w przypadku ostatnich albumów lirycznego Bruce'a Lee z Sanoka, "Jason" nie zmienia i nie wnosi nic. Ani w dyskografii rapera, ani w środowisku. Dosłownie nic, ale te krótkie, ekhm, poematy o wygrywaniu życia, hipokryzji (chociażby nadające się do opisu na GG w czasach swojej świetności "Wokół tyle hipokryzji pozbawionej reguł / Uważaj żeby za bardzo nie kusił cię Belzebub"), hejtu w rapowe boysbandy ("Mamy d***, mamy hajs, mamy, k***, gruby lans / Zamknij, k***, mordę, dla mnie to nie żaden rap") i przekonaniu o własnej wartości da się słuchać.

Reklama

KaeN to jeden z najbardziej specyficznych raperów, którzy pojawili się w ostatniej dekadzie na scenie. Zdjęcie maski (i dosłownie, i w przenośni) zmieniło wiele, ale przede wszystkim trzeba docenić konsekwencję w działaniu, nie oglądanie się na innych, rozwój i szlifowanie skilli. Podążając za "Dynamitem" - to terror jak Saddam, te rymy se Jasonek układa. I robi to całkiem solidnie, nawet jeśli uderzają totalną prostotą pokroju "Ero - Romeo".

Gdzieś pośród nich znajdzie się też miejsce na zabawę z flow, chwytliwe refreny i wypluwanie słów z częstotliwością strzelania karabinu maszynowego. Może się podobać, kiedy KaeN wrzuca piąty bieg w "Nie do widzenia" i "Facetach w czerni", zwłaszcza w tym drugim przypadku, kiedy w numerze z Peją zdobywa pole position i prowadzi do samego końca.

Forma nie treść. Te wszystkie zabiegi korespondują ze specyficzną barwą głosu, gorzej jest na "Jasonie" z samym pisaniem. "Oni" to nijaka historia - ze szczegółami, z niezłym prowadzeniem, ale z zakończeniem godnym Verby. KaeN znalazł też miejsce w zeszycie na trochę górnolotnych linijek, które mogłaby przejąć drugoligowa, podziemna reprezentacja trueschoolu, chociażby "Za każdy dzień który dał mi los / O tym dobrze wie każdy dał mi coś / Biorę mocny wdech, bije serce wciąż / Nie zatrzyma mnie żaden głupi błąd" ze "Spowiedzi".

Muszę jednak też pochwalić rapera za to, że zdarza mu się umiejętnie bawić słowami, łącząc elastyczność Kalibra 44 (sic!) i celowe zaniedbywanie odmian wyrazów jak u Kaza Bałagane. Super brzmi ten banał z "Bonnie & Clyde" - "A ja wiem, że ze mnie to ten cham / Kontrowersyjny jak Mourinho w Tottenham".

W ponad połowie numerów pojawiają się goście i jak to na kawce u KaeNa bywa, żaden z nich nie wspina się na swoje wyżyny. Ze skrajności w skrajność, z niezłej jakości w szybkie zapomnienie. Trochę starej szkoły wnosi będący ostatnio w formie Peja rzucający w swoim stylu "Bo ch*** ich obchodzi, że byłeś okej". A skoro już jestem przy słowie na "ch" to nie wypada wspomnieć o jednym z ciekawszych głosów nowego pokolenia, robiących na rapie, jak sam mówi, kapustę, a nie właśnie ch***.

Floral Bugs uskutecznia mikrofonowe kizianie gospodarza z "Pamiętam jak młody Bugs chciał mieć maskę tak jak KaeN / Teraz przyjrzyj się dokładnie z kim Bugsik robi kawałek, amen / Wznoszę, wznoszę ręce do modlitwy". Cóż, są lepsze sposoby na połechtanie ego. Wiele dobrego nie można za to napisać o kompletnej bezbarwności Dedisa i Kubańczyka, ale przecież nie są u siebie.

KaeN zawsze też miał dwie inne słabości: do współpracy z popowymi wokalistami i złej selekcji podkładów. Dzięki Bogu, Ewelina Lisowska nie robi powtórki z reklam pewnej sieci handlowej i skutecznie da się usunąć z głowy, a Marcie Gałuszewskiej bardziej był potrzebny sam KaeN, niż na odwrót.

Grunt, że miękki wokal idzie w parze z mocniejszą treścią i jeszcze jakoś się trzyma kupy, czego nie można już powiedzieć o beatach. A tu jest dość specyficznie, bo na dobrą sprawę do produkcji Phono Cozabit i Got Barssa przyczepić się ciężko, ale jeszcze ciężej za co pochwalić. "Jason" z jednej strony wpada w trapową specyfikę z "Dynamitem" czy ocieka ejtisami w znakomitym "Bonnie & Clyde". Z drugiej zaś uderza przezroczystością "Nie do widzenia" i "Niemożliwe nie istnieje". W "Spowiedzi" brakuje tylko Roberta Milesa, a miałkość "Kwarantanny" powoduje mdłości, ale...

...jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, w tym cały morzu frazesów, którym daleko do tych z "On", i ckliwych melodii "Jasona" da się słuchać. Niecałe pół godziny mija szybko i w miarę bezboleśnie. Czasami to jest w rapie najważniejsze.

KaeN "Jason", My Music

6/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: KaeN | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama