Reklama

Reklama

John Legend "Legend": Kim jesteś? Jesteś legendą [RECENZJA]

Nagranie dwugodzinnej płyty, która ani przez chwilę nie będzie nudziła, to nie lada wyzwanie. A John Legend sprostał zadaniu i udowodnił, że ma podwaliny do nazywania samego siebie legendą.

Nagranie dwugodzinnej płyty, która ani przez chwilę nie będzie nudziła, to nie lada wyzwanie. A John Legend sprostał zadaniu i udowodnił, że ma podwaliny do nazywania samego siebie legendą.
John Legend na okładce płyty "Legend" /

"Legend" to doprawdy ciekawa pozycja. Rzadko zdarza się, aby dwupłytowe krążki stanowiły tak smakowitą ucztę dla ucha od początku do końca. Na czym polega przewaga gospodarza albumu nad innymi artystami, który porywają się na tego rodzaju krok? John Legend brzmi jakby już nic nie musiał. Ale również ewidentnie słychać, że chce.

Podział albumu jest bardzo jasny. Pierwsza część dzieła to w dużej mierze utwory mocno urzekające groove’em, porywające do tańca. Lwią część dysku drugiego stanowią natomiast piosenki stawiające na klimat, w formie natomiast bardziej minimalistyczne. Przy czym linię tę należy traktować w sposób luźny, bo parę tracków z pierwszej części spokojnie mogłaby się odnaleźć w drugiej i odwrotnie.

Reklama

A co znajdziemy na "Legend"? Muzyk odnalazł w życiu szczęście i trzeba przyznać, że na jego najnowszym dziele wybrzmiewa to w sposób silniejszy niż kiedykolwiek. To człowiek, który wprost zaśpiewa, że zasługuje na to, aby czuć się dobrze w "Good" - lekkim, bluesowo-soulowym duecie z Ledisi. Wzruszy wyznaniem miłosnym w przewrotnej balladzie na fortepianie w postaci "I Don't Love You Like I Used To". Porwie do tańca w bardzo fizycznym "All She Wanna Do", błyskawicznie zachwycającym funkową linią basu czy wraz z raperką Rapsody zmusi do refleksji w niesamowicie klimatycznym "The Other Ones".

Co możecie wyciągnąć z powyższego opisu? Cóż, "Legend" to niemal pełny przekrój po twórczości artysty. Raz pójdziemy w blues, niekiedy rock, innym razem muzyk pozaprasza rapowych artystów (świetna, wspomniana wyżej Rapsody, ale fatalnie brzmiąca gościnka Rick Rossa, który pojawia się w numerze otwierającym to nieporozumienie). Nie brakuje gospelu, który wychodzi na wierzch chociażby w natchnionym "Splash" czy w inspiracjach w retro-soulowym "Love" z Jazmine Sullivan, od którego to numeru wręcz kipi zapachem płyty winylowej.

Dobrze, przyznaję, że fani popowej odsłony Johna Legenda mogą być rozczarowani - tu na każdym kroku kipi miłością do czarnej muzyki. Drugiego "All of Me" nie znajdziecie, ale... to dobrze. Dajcie się artyście rozwijać. Albo pozwólcie mu siedzieć w wygodnym, ciepłym fotelu, bo jak ma nagrywać tak przyjemne płyty jak "Legend" i jeszcze ani razu przy tym nie upaść, mimo dwóch godzin trwania, to warto czekać na każdy kolejny ruch.

John Legend, "Legend", Universal Music Polska

8/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy