Reklama

Frele "HEHE": Gryfnie! [RECENZJA]

Frele to dla Was wyłącznie te trzy dziewczyny śpiewające parodie znanych piosenek po śląsku? Oj, nawet nie wiecie, jak ich nie doceniacie!

Frele na okładce płyty "HEHE"

Przyznam wprost: być może ten album pozostanie moim zaskoczeniem roku, jeżeli chodzi o polski rynek muzyczny. Nie spodziewałem się bowiem, że zespół wokalny, który będzie kojarzony jako grupa nagrywająca parodie radiowych hitów po śląsku (posłuchaj!), nagra tak dobrze poprowadzony, napisany, skomponowany i zrealizowany materiał autorski. Biję się w pierś za to niedocenienie, ale musicie mnie zrozumieć: nie należałem do fanów tych coverów. I to może nawet nie z powodu ich wykonania, co bardziej z powodu odbioru, który - z powodu parodystycznego charakteru utworów - często sprowadzał ślůnsko godka do roli śmiesznej mowy wymyślonej sobie przez Ślązaków. A przecież ich autorki nie to miały na myśli!

Reklama

Nazwa "HEHE" jest zresztą dość przewrotna, bo owszem, charakterystyczny dla grupy humor się tu pojawia, ale nie dominuje. Na dodatek utwory po śląsku znajdziemy zaledwie dwa. I o ile "Dzisiej" utrzymane w klimatach disco w stylu Motown z końca lat 70., a traktujące o niczym nieskrępowanej zabawie, faktycznie bawi ("ja bych cię kompoł" skradło moje serce; sprawdź pełny tekst utworu!), o tyle "Żodyn" jest już jak najbardziej poważne. 

A co z pozostałymi utworami? Tutaj wokalistki śpiewają już językiem powszechnym i robią to z ogromną precyzją. A powracając do kwestii humoru: Frele naprawdę spoważniały. Kiedy natomiast dowcip się pojawia, potrafi być bardzo gorzki. Bo przecież "Za bardzo" (sprawdź!) to śpiewane z dużą lekkością hejterskie komentarze, na które wokalistki mogły trafić pod swoimi klipami. Początkowo mogą bawić te nawiązania do "ukrytej opcji niemieckiej" i Bercika z żartami śmieszniejszymi od tych prezentowanych przez zespół. Jednak przez obrany styl ciężar słów dochodzi z opóźnionym zapłonem i to naprawdę działa. Doskonale ujęto ten nadmiar niezrozumiałej, niewynikającej z niczego nienawiści, który za tego rodzaju komentarzami stoi, a przed którą ludzka psychika z automatu się broni. To utwór trafiający w sam środek tarczy. Pewnie to dość odważne słowa, ale chociaż rodzimi muzycy wielokrotnie sięgali po temat internetowych hejterów, to nikt nie zrobił tego z takim wyczuciem, jak zrobiły to Frele.

Same teksty może nie są kopalnią cytatów do powtarzania w trakcie spotkań towarzyskich, a czasami nawet korzystają z dość wyświechtanych już haseł i symboli. Jednak trudno odmówić im uroku. I powód jest dość prosty: mam wrażenie, że Frele celują w nieco dojrzalszego słuchacza, który rozumie, że słowa mają pewną wagę, której nie należy lekceważyć.

Zdecydowanie imponuje warsztat wokalny tria. Zwróćcie uwagę na "Z tlenem" - doceńcie tę precyzję w prowadzeniu wokali, to idealne przechodzenie między nutami, stabilność, brak miejsca na pomyłkę i przede wszystkim cholernie szeroką skalę. Jedna taka wokalistka to już spory skarb, ale aż trzy? Frele pod tym kątem chętnie czerpią z soulu (nawet deep soulu), ale już zwrotkom z "Karuzeli" bliżej jazzowemu frazowaniu.

Nie wypada nie pochwalić też roboty Michała Kusha, którego piecza zapewniła albumowi nowoczesny sznyt, odnajdujący złoty środek pomiędzy bardziej organicznymi brzmieniami oraz elektroniką. To bardzo dobrze działa na kompozycje, w których pojawiają się i klimaty downtempowe w stylu Air czy Zero 7 ("Król"), disco (wspomniane wcześniej "Dzisiej" oraz "Daj spać" - swoją drogą, co za partia basu w drugim z tych utworów!) oraz funkowe (matowa w brzmieniu "Sama"). I co ciekawe, doskonale komponuje się w to wszystko pozbawiona nadęcia współpraca z orkiestrą w postaci "Niekochania", które nagrane zostało z udziałem orkiestry dętej z kopalni "Wieczorek"). "Zachowaj dystans" z Marcinem Wyrostkiem - zwycięzcą drugiej edycji "Mam talent" - ze spokojnego utworu z dominującym fortepianem w pewnym momencie zmienia się w post-rockowy utwór, bliski klimatom brytyjskiej grupie Blueneck. "Z tlenem" zresztą w ostatnich sekundach też ma taki moment. Jak udało się uzyskać spójność przy takim rozrzucie gatunkowym? Do teraz się zastanawiam. 

Dobrze słyszeć, że nie każde przejście z Youtube'a na oficjalny rynek muzyczny musi odbywać się w cieniu twarzy zakrytej dłonią lub przy dźwiękach ziewania. "HEHE" to niesamowicie pozytywne zaskoczenie, które zasługuje na o wiele więcej uwagi niż zapewne dostanie. To już nie są te zabawne covery po śląsku - tutaj od słuchacza wymaga się nieco więcej. A uwierzcie, naprawdę szkoda byłoby tę płytę przegapić.

Frele, "HEHE", wyd. Agora

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Frele

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje