Reklama

Demo ze świetnymi pomysłami

Graham Coxon "A+E", EMI Music Poland

Ósmy solowy album gitarzysty Blur brzmi jak zbiór frapujących demówek przygotowanych jako zarysy pomysłów na kolejny album macierzystego zespołu. To jednak nie powód, by z miejsca skreślać "A+E".

Reklama

Jeszcze w czasach britpopowej fazy Blur (do wysokości albumu zatytułowanego nazwą zespołu) Graham Coxon postrzegany był jako ten, który stał w opozycji do armii wyznawców wyspiarskiej tradycji muzycznej. To głównie on odpowiedzialny był za transformację Blur z britpopowej karykatury w interesujący zespół mocno zainspirowany amerykańską sceną alternatywnej muzyki gitarowej. Ruch wcale nie taki oczywisty jak na okres tzw. Cool Britannia, czyli bezrefleksyjnego zachwytu brytyjskością. Takie również były pierwsze solowe dokonania Grahama Coxona (przede wszystkim album "Sky Is To High"), do których dziś można by przykleić modną łatkę lo-fi. Po eksperymentach z psychodelicznym folkiem na poprzedzającej "A+E" płycie "The Spinning Top", gitarzysta ponownie powrócił do gitarowego zgrzytu i krautrockowo-nowofalowej rytmiki, na której w dużej mierze oparte zostały dwa najlepsze albumy Blur: "Blur" i "13".

"A+E" zaczyna się bardzo monotonnie i chropowato, bo "Advice" i "City Hall" to utwory do bólu prymitywne, a nawet siermiężne. To bynajmniej nie zarzut, a raczej swoista zachęta do wsłuchania się w "A+E", bo ten album - choć w całości zarejestrowany jedynie przez Grahama Coxona, który zagrał na wszystkich instrumentach - jest zaskakująco zróżnicowany. Słychać to już w trzecim w kolejności "What'll It Take", który został zdominowany przez anachronicznie, a jednocześnie szlachetnie brzmiące syntezatory. Zresztą zaśniedziała elektronika sprzed kilku dekad to na "A+E" równorzędny partner dla sztandarowej przecież dla Grahama Coxona gitary. Jednak o tym, że artysta tym razem z premedytacją zdegradował ten instrument, najlepiej świadczy mocno czerpiący z Joy Division "Meet+Drink+Pollinate", który zdumiewa nie tylko monotonnym podkładem automatu perkusyjnego, ale przede wszystkim solówką saksofonu. Instrumenty dęte pojawiają się również w zrobionym bardzo pod Sonic Youth "Seven Naked Valleys", który na wysokości czwartej minuty zostaje nagle, nie wiedzieć dlaczego, potraktowany space-rockowymi klawiszami. Wyróżnia się również psychodeliczny i surowy "Knife In The Night".

W czym zatem tkwi problem "A+E", jeżeli to tak przygodowa płyta? Nie wszystkie piosenki przekonują, a ich braków nie da się zamaskować intrygującą konstrukcją, stylistyczną różnorodnością i fascynującymi odwołaniami do historii muzyki alternatywnej. Zdarza się, że ósma solowa płyta Grahama Coxona po prostu nuży. Nie nudzi, ale właśnie nuży. Jest zajmująca, ale nie porywająca. A szkoda.

"A+E" to niestety dowód na to, że o ile Damon Albarn potrafi świetnie poradzić sobie bez pomocy Grahama Coxona (album "Think Tank" Blur z nikłym wkładem kompozytorskim gitarzysty czy wyśmienity projekt The Good, The Bad & The Queen), ale też odnaleźć się w towarzystwie kolegi ("13" to najwybitniejszy tego dowód), to już gitarzysta Blur najmocniej prezentuje się w barwach zespołu. Jego solowe eksperymenty są interesujące, ale nie wybitne. Jednocześnie są znakomitą odtrutką na upopowione dokonania sławniejszego kolegi pod szyldem Gorillaz.

6/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: EMI Music | Graham Coxon | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama