Reklama

Co za dużo, to niezdrowo

Gorillaz "Plastic Beach", EMI

Trzecia płyta animowanego projektu Damona Albarna nie zaskakuje jak debiutancka "Gorillaz" i nie dorównuje wybornej "Demon Days". Oszałamia natomiast ilością zaproszonych gości, których lider Gorillaz posegregował w miejscami zaskakujących konfiguracjach.

Reklama

Niewiele jest albumów, na których zgromadzono tak imponującą grupę - użyjmy tego sformułowania - ikon muzycznych. Albarn, jeden z symboli współczesnej muzyki brytyjskiej, mógł sobie pozwolić na zaproszenie m.in. Lou Reeda, Bobby'ego Womacka, Snoop Dogga, Marka E Smitha (The Fall), De La Soul czy połowy The Clash w osobach Micka Jonesa i Paula Simonona. Uff.

Niestety, ten kłopot bogactwa najwyraźniej przyprawił lidera Gorillaz o ból głowy, a stężenie osobowości nie przełożyło się na ostateczną jakość produktu. Takie "Superfast Jellyfish" z De La Soul i Gruffem Rhysem z Super Furry Animals jest irytująco niesłuchalne. Więcej można było spodziewać się po nagraniach z Reedem czy Clashowcami, ale "Some Kind Of Nature" jest przeciętnie electro-velvetowe, a "Plastic Beach" nie ma w sobie wyjątkowości pożądanej od utworów tytułowych.

Po stronie zdecydowanych plusów należy zapisać rewelacyjne "Sweepstakes" z brawurowym rapem Mos Def. Podkład w tym utworze udowadnia, że Albarn jednak jest muzycznym geniuszem. Słodkawo rozwija się w błyszczące electro ballada "Empire Ants" z udziałem Little Dragon. A przeboje? Choć "Plastic Beach" zapowiadana jest jako najbardziej popowa płyta Goryli, jednak zabrakło tak miażdżącego singla, jak choćby "Feel Good Inc." czy "Clint Eastwood". "Stylo" był oczywistym wyborem, ale głównie z braku konkurencji, a nie z powodu swojej wyjątkowości. Chyba, że za niezwykły należy uznać brak refrenu w utworze singlowym.

O ile studio jest dla Damona Albarna naturalnym środowiskiem, to jednak "Plastic Beach" przy wyprodukowanej przez Danger Mouse'a "Demon Days" brzmi dosyć jednostajnie. Albarn popisuje się to tu, to tam producenckimi sztuczkami, ale brak w nich wizjonerstwa twórcy "The Grey Album". Z czasem płyta zaczyna męczyć jednostajnym brzmieniem neonowych klawiszy, tudzież buczącym basem ukradzionym dubstepowcom. Również orkiestrowe i worldmusicowe wycieczki nie zawsze przynoszą zadowalające efekty. Na przykład zestawienie grime'owców Bashy'ego i Kano z brzmieniem libańskiej Orkiestry Muzyki Orientalnej wydaje się być sklejone na siłę Kropelką. Szybko i byle jak.

O "Plastic Beach" już pisze się jako o kandydacie do miana albumu roku 2010, co jest twierdzeniem zdecydowanie na wyrost. Przy "Think Tank", "The Good, The Bad & The Queen" czy nawet "Demon Days", trzecia płyta Gorillaz brzmi płasko i przeciętnie. Zbyt zwyczajnie, by dołączyć do Albarnowych arcydzieł.

6/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gorillaz | Plastic Beach

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje