Reklama

Reklama

Adi Nowak "Ognisko niedomowe": Upadek rodu Nowaków [RECENZJA]

Poznański raper atakuje płytą ważną społecznie, bezprecedensową, w teorii ambitną i bardzo strawną jednocześnie. W praktyce całość męczy i odstrasza - przedawkowaniem bodźców, a także niespójnością. Pomagam więc wyłowić to, co trzeba.

Poznański raper atakuje płytą ważną społecznie, bezprecedensową, w teorii ambitną i bardzo strawną jednocześnie. W praktyce całość męczy i odstrasza - przedawkowaniem bodźców, a także niespójnością. Pomagam więc wyłowić to, co trzeba.
Okładka płyty "Ognisko niedomowe" Adiego Nowaka /

Biłem brawo, gdy Adi Nowak zapowiadał ten krążek. "Mój najważniejszy album, który jest o mojej ucieczce ze złego domu, konsekwencjach dorastania mojego przypadku pod jego dachem i poszukiwaniu czegoś na kształt lepszego" - pisał. I świetnie. W końcu raper taki, za którym stoi sporo fanów oraz duża wytwórnia, a do tego ma odwagę i dość umiejętności, by poruszyć niebanalnie temat przemocy domowej wraz z jej wieloletnimi konsekwencjami.

Każdy rodzic schrzani ci życie, każdy inaczej - powiedział, o ile dobrze pamiętam, serialowy Dr. House. W otwierającym płytę "Kaktusie" największe wrażenie robi nie brat, który siedzi, czy siostra, która kradnie, żeby mieć na ćpanie, nie "terapia dwóch liści" i myśl o sznurze podczas szczerzenia się do zdjęć, a zwrotki zarzucające mamie i tacie, że nie zrobili niczego ze swoją nieznośną wegetacją. Psucie życia zaczęli od swojego, potem już poszło. I odpowiednio to raper wyłuszczył, bo jest czas na wyznania, na spowiedź i pokutę, lecz potem muszą pojawić się konstruktywne wnioski. I są, proszę bardzo, bierzcie i korzystajcie z nich wszyscy.

Reklama

Klaskaniem miałem obrzękłe dłonie, gdy parę trafionych akordów gitary z pierwszego numeru ustąpiło w "Movie rodzicom..." miejsca oddechowi, organicznej przestrzeni, a tam, cały na sino, wjechał raper z dewastującym: "Gdzie, jak chciałem przyprowadzić jakieś dziewczę, to miałem zagadkę: <Czy tam nie ma chryj przypadkiem?>  / I czy będzie wstyd, jeśli stary przy*****oli matce, gdy tu będziesz ty?".

Dobrze wyszło następne, patchworkowe "Passe", kontrastujące teatralnie śpiewającego Czesława Mozila z robotycznie, beznamiętnie powtarzanym "wp*****li ci pasem, pasem, pasem, pasem" i nonszalanckim "na na na" w dopowiedziach. Recital przechodzi w wiksę, żal w farsę i jeśli jest ci z tym niezręcznie, no to o to właśnie chodziło. Życiowy komediodramat odmalowany całą paletą kolorów.

"Będzie kawa!" - pomyślałem sobie niczym Afrojax przed laty. Jak to możliwe, że wyszło tak kakaowo? Entuzjazmu nie brakowało mi jeszcze na poziomie "TEDX", bo to bardzo dobry kandydat na singla. Śliczny jest ten wątek fortepianowy, czas żeby mówić o dramacie polskiej szkoły lepszy niż kiedykolwiek. Słuchając piosenki i ciesząc się nią nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że dopiero występ Kękę zszywa Adiemu numer z pomysłem na płytę. I była to zapowiedź tego, że im dalej w "Ognisko...", tym misja bardziej pali na panewce. Jakby ktoś się przestraszył, że trzeba to rozrzedzić, że Polska niegotowa i zaczął się asekurować. Sorry, z takim albumem gra się va banque. A nie, że leziemy tyralierą na portale streamingowe ze składanką na zasadzie "hit or miss".

Prosto dojść do wniosku, że żaden raper z SBM Label nie jest tej płycie jakkolwiek potrzebny, a reprezentacja jest spora i obejmuje pięć numerów. Nieznośna jest u gospodarza ta chęć powiedzenia o wszystkim ważnym (i nieważnym również), zamiast trzymania się wyznaczonych przez siebie samego ram. Debiutantowi można darować, no ale nie staremu koniowi z dwójką producentów wykonawczych. No dobrze, lojalność na podstawie piłki nożnej w "Boyo" udało się zahaczyć o koncept. Traktujących o marnowaniu żywności "Żuli w taxi" również.

Natomiast wątki świadomego narkotyzowania się w "Wiem co ćpiem" czy empatii wobec pracownic seksualnych w "Roksie" są istotne, tylko na inne wydawnictwo. Serio, to chyba nie jest twoja ostatnia płyta, nie żegnasz się z audytorium? Po co ci ten executive producer, skoro z twojego najważniejszego dzieła robi się zsyp na kawałki, z proekologicznym "Słojem na pety" na czele? Wers "Ciapaku, posprzątaj po swojej kozie" brzmi teraz jeszcze gorzej niż wtedy.

Mogliśmy mieć 10-utworowy sztos, rezonujący szeroko, obecny obowiązkowo w podsumowaniach roku. Skończyliśmy jako słuchacze z 73-minutowym monstrum, na którym jest co pochwalić - poza tym, co zostało już skomplementowane, jest jeszcze błyskotliwie wykonane przez Matheo stare electro ze świetnym refrenem w "Gupiej maupie", ładne, stylowe w swoim wystudzeniu, słodkie jak płyta Janusza Walczuka "Papieroses" czy "Cho do wuja", jeden z nielicznych pasujących kawałków z drugiej połowy krążka, skromny muzycznie, za to świetnie napisany, na poziomie wyznaczonym przez początek "Ogniska niedomowego".

Nie zmienia to jednak tego, że to szumnie zapowiadane opus magnum nie funkcjonuje jako całość. Powinniśmy podziwiać Adiego jako znakomitego tekściarza, odważnego spowiednika, konstruktywnego doradcę. Iść w Polskę z transparentem, że oto raper dał narzędzie do rozbrajania nierozbrajalnych systemowo bomb. A po wszystkim jawi się raczej jako nużący wyćwierkiwaniem trylionów modulowanych słów gość, z hermetycznym humorem i uciążliwym na dłuższą metę zestawem popkulturowych odwołań (nie każdy wie na przykład, dlaczego Hamalainen ma uciekać przed poznaniakiem).

Koniec płyty okazuje się ulgą, nie zachętą do puszczenia jej jeszcze raz. Wykorzystanie naprawdę dużego potencjału przerosło tym razem wszystkich zaangażowanych. I który to już raz trzeba zacytować przy recenzji polskiego rapu za Miesem van der Rohe - mniej znaczy więcej.

Adi Nowak "Ognisko niedomowe", SBM Label

6/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Adi Nowak | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy