Open'er Festival 2024
Reklama

Ogniste show i morze ludzi. Trzeci dzień Open'er Festival [RELACJA]

Trzeci dzień Open'er Festivalu obfitował w rapowe brzmienia, nostalgiczne powroty do przeszłości i polską alternatywę. Uczestnicy, pomimo zmęczenia, w dalszym ciągu tłumnie przybywali na koncerty i świetnie się na nich bawili. Większość z nich przyjechała specjalnie na Doję Cat, jednak tego dnia nie brakowało innych, wartych uwagi występów. Air zapewnił słuchaczom potężną dawkę dobrych dźwięków sprzed lat, polscy artyści na Flow Stage pokazali swoje niezwykłe umiejętności, a Sam Smith zgromadzili rekordowy tłum pod główną sceną.

Trzeci dzień Open'er Festivalu obfitował w rapowe brzmienia, nostalgiczne powroty do przeszłości i polską alternatywę. Uczestnicy, pomimo zmęczenia, w dalszym ciągu tłumnie przybywali na koncerty i świetnie się na nich bawili. Większość z nich przyjechała specjalnie na Doję Cat, jednak tego dnia nie brakowało innych, wartych uwagi występów. Air zapewnił słuchaczom potężną dawkę dobrych dźwięków sprzed lat, polscy artyści na Flow Stage pokazali swoje niezwykłe umiejętności, a Sam Smith zgromadzili rekordowy tłum pod główną sceną.
Doja Cat podczas Open'er Festival 2024 /Eris Wójcik /INTERIA

Pierwszy koncert na Main Stage tego dnia okazał się serią niespodzianek. Przed Ice Spice zebrał się niemały tłum, który nabuzowany energią festiwalową, nie mógł doczekać się dobrego, rapowego popisu. Niestety, artystce zajęło chwilę zanim skróciła cierpienia czekających w słońcu słuchaczy. Na scenę wyszła bowiem 30 minut później niż zaplanowano. Przed jej występem odbył się DJ set, złożony ze znanych hip-hopowych kompozycji. Kiedy wreszcie raperka pojawiła się na scenie, fani zwariowali. Na jednej z piosenek otworzyli dwa wielkie koła w środku tłumu i rozkręcili pogo.

Reklama

Nie obyło się bez skąpej stylówki Ice Spice oraz zaskakującej scenografii. U boku raperki na scenie pojawiła się bowiem jej ogromna, dmuchana, kreskówkowa podobizna. Artystka dała z siebie bardzo dużo - nawijała rytmicznie i bez zadyszki przez całe show. Nie posługiwała się nadmiernym playbackiem. Mimo to pozostał pewien niesmak, bowiem był to chyba najkrótszy występ w ciągu całego Open'era. Koncert Ice Spice trwał nieco ponad 30 minut. Wykonała swoje najbardziej znane przeboje - w tym utwór stworzony do filmu "Barbie" - a nawet zatańczyła do piosenki Taylor Swift "Karma". Było krótko, lecz treściwie, a publiczność dobrze odebrała rapowe popisy młodej gwiazdy.  

O 20:30 na Flow Stage zaprezentowała się nasza rodzima artystka, której popularność rośnie z dnia na dzień. Julia Pośnik już dzień wcześniej spotkała się z nami na krótki wywiad i zdradziła, czego można spodziewać się po jej występie. Miało być dużo tańca, trochę nowości, a to wszystko owiane otoczką spełniającego się marzenia młodej artystki. Dokładnie to widzowie mogli zobaczyć na scenie. Julia Pośnik zaprezentowała popowe show na miarę tak wielkiego festiwalu, jakim jest Open'er.

Na scenie towarzyszyły jej dwie tancerki, którym wokalistka dzielnie dotrzymywała kroku. Zaśpiewała nie tylko swoje najpopularniejsze hity, lecz także sprawdziła, jak publiczność reaguje na jej nowy, niewydany materiał. Zmysłowe układy taneczne i zawiązane przepaskami oczy tancerek dodały temu występowi tajemniczości. Od Julii Pośnik biła radość i wdzięczność. Widać było, że cieszy się tym koncertem i czerpie energię od publiczności. Zdecydowanie musiało to być spełnienie jej marzeń. 

Doja Cat z ognistym show na Open'er Festival

Godzina 22:00 zwiastowała najbardziej wyczekiwany koncert wieczoru. Doja Cat ze swoim ognistym show była w stanie wysadzić całą scenę. Od samego początku publiczność była oszołomiona obecnością artystki. Pokazała się w oversize'owej marynarce, którą już po pierwszej piosence ściągnęła, mając na sobie tylko białe bikini i okulary, co wprowadziło ludzi w osłupienie.

Ten występ był pokazem niesamowitych umiejętności raperskich Dojy Cat. Do samego końca bezbłędnie nawijała w ogóle nie korzystając z autotune'u. Co jakiś czas towarzyszyły jej chórki i gitarzysta. Sama artystka robiła ogromne wrażenie tańcząc z liną, na rampie, czy specjalnej platformie unoszącej się ku górze. Zmysłowo pokazywała się również na wybiegu, wielokrotnie kładąc się na scenie.  

Ze Main Stage rozbrzmiały przede wszystkim piosenki z najnowszego albumu raperki "Scarlet 2 CLAUDE", z którego pochodzą takie hity jak "Paint The Town Red", "Agora Hills" i "Skull And Bones", otwierające całe show. Na setliście nie brakowało starszych utworów "Say So", "Streets", czy "Get Into It (Yuh)".  

Pomimo genialnego koncertu, Doja Cat mogła postawić na większy kontakt z publicznością. Głównie sprowadzał się on do sporadycznego wskazywania na uczestników w trakcie tańczenia. Po występie w internecie wylała się fala krytyki na tłum pod sceną, który głównie stał sztywno. 

Matylda/Łukasiewicz i Air: trochę ukojenia

W trakcie występu headlinerki Flow Stage przejął duet Matylda/Łukasiewicz, który od niedawna podbija naszą rodzimą scenę alternatywną. Stają się coraz bardziej popularni, co widać było po dość dużej frekwencji na ich koncercie, a jednak koncert Dojy Cat był ogromną konkurencją. Mimo to godna reprezentacja uczestników festiwalu pojawiła się pod mniejszą sceną i dała występującym dużo energii do działania.

Matylda Damięcka i Radek Łukasiewicz zaprezentowali się w bardzo specyficzny sposób - na pierwszy rzut oka nic na tym koncercie do siebie nie pasowało. Skromny i niezwracający na siebie dużej uwagi gitarzysta oraz wokalistka w sukience z frędzlami i kocimi uszami na głowie. Duetowi na scenie towarzyszył trzeci muzyk. Podczas jednej z piosenek zaprezentował zaskakującą solówkę na perkusji, po której zgromadził gromkie brawa. Było też dużo popisów gitarowych i wokalnych.

Głęboki głos Matyldy Damięckiej poruszył słuchaczy i wprowadził w dziwny stan niepokoju. Z ust muzyków, pomiędzy piosenkami, padły pozdrowienia dla rodziny i rozmowy o długiej podróży do Gdyni. Koncert ten był mieszanką różnych osobowości i energii, a mimo to wszystko ostatecznie wydawało się spójne i właśnie takie, jakie powinno być. 

W tym samym czasie na Tent Stage wyszedł kultowy zespół Air. Zdecydowanie przyniósł on chwilę spokoju oraz ukojenie na hucznym, bogatym w imprezowo-rapowe dźwięki Open'er Festival. Grupa świętuje 25-lecie debiutanckiego albumu "Moon Safari", który odbił się szerokim echem. Znani są z łączenia muzyki indie z elektroniczną, a sami inspirują się legendami electro - Jean-Michel Jarrem i Vangelisem - co można było usłyszeć podczas występu tego duetu. Pomimo że swoją muzyką docierają głównie do starszych generacji, pod zapełnionym po brzegi namiotem znalazło się wiele przedstawicieli również tych młodszych.

Sam Smith: koncert na poziomie headlinera

Wydawałoby się, że najgłośniejszym występem na "mainie" będzie Doja Cat. Jednak nic bardziej mylnego - Sam Smith po północy zgromadzili (używa zaimków they/them, czyli oni/ich) niemalże cały Open'er, o czym świadczyły robiące piorunujące wrażenie kadry z drona, które ukazały się na telebimach. 

Powitali publiczność niezłomnym "Stay With Me". Już na samym początku byli uradowani wyjściem przed polską publikę i z chęcią machali ze sceny do różnych osób. Taki mały gest za każdym powoduje wielką euforię uczestników. Z tych starszych przebojów wykonali również "I’m Not the Only One" i "Lay Me Down", a sami nie kryli wzruszenia całym zajściem. Przyznali również, że nigdy nie mieli okazji zagrać o tak późnej porze, więc był to ich pierwszy raz.  

"Ten koncert znaczy dla mnie wszystko" - mówili ze sceny. 

Na niemal każdej piosence fani śpiewali niemal z całych sił. Nie brakowało również "Lose You", "Promises" nagranego z Calvin Harrisem, "Dancing With the Stanger" z Normani i "Latch" z Disclosure. Co ciekawe, w tym roku świętują 10 lat od wydania pierwszego albumu!

Warto wspomnieć, że Smith przebierali się aż sześć razy! Najpierw pojawili się w czarnym mundurze z częściowo przyszytym futrem. Później ściągnęli go, aby założyć wielką czarną suknię, aby następnie wrócić do casualowych ubrań. Największym zaskoczeniem była stylizacja w wielki puchaty kombinezon, przypominający tęczową gąbkę, a także diabelski garnitur z rogatym kapeluszem, który założyli specjalnie na najbardziej wyczekiwane "Unholy".  

Scenografia także zwracała na siebie sporą uwagę. Postawiono wielką leżącą na brzuchu śpiącą postać, przypominającą statuę. Zawierała wiele buntowniczych napisów, takich jak "Liberation", czy "Revolution". Ponadto, Smithowi towarzyszyli genialni tancerze. Był to koncert zdecydowanie na poziomie headlinerowskim.  

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Doja Cat | Sam Smith | Air | Matylda/Łukasiewicz
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy