Reklama

Reklama

Magiczny koncert? A bzdura!

Lepszy gawędziarz Bono czy zamknięty w sobie Eric Clapton? Zabawy z publicznością czy zabawy z instrumentami? Po czym poznać wspaniały koncert? Odpowiedź na te pytania jest nie lada wyzwaniem.

W ostatnich latach mieliśmy okazję oglądać w Polsce całą plejadę znakomitych zagranicznych artystów. Gdybyśmy spróbowali wymienić choćby najważniejszych, na pewno byśmy kogoś pominęli, narażając się na gniew wiernych i pamiętliwych fanów.

Większość z tych występów budziła zachwyt. Chyba pochopny. Czy faktycznie możliwe jest, żeby dziewięć na dziesięć koncertów miało w sobie pierwiastek wyjątkowości? Przecież to wewnętrzna sprzeczność - jeżeli coś jest "niepowtarzalne" to dlaczego powtarza się za każdym niemal razem?

O co chodzi z tą magią?

Reklama

Często w relacjonowaniu koncertów używa się sformułowania "magiczny". O tym, jak względne jest to metafizyczne kryterium, przekonują dwie relacje z koncertu Nine Inch Nails w Poznaniu, które ukazały się na łamach INTERIA.PL.

"Żadna wpadka techniczna nie była w stanie zakłócić atmosfery tego magicznego koncertu" - mogliśmy przeczytać w jednym tekście, natomiast drugi już w tytule głosił: "Zabrakło pierwiastka magii".

To trochę sytuacja, jak z kobietami, które na pytanie o wymarzonego księcia z bajki nieustannie odpowiadają, że musi "mieć to coś".

Spróbujmy zdefiniować magię, ale najpierw zdetonujmy koncertową mitologię.

Większość występów nie ma w sobie nic wyjątkowego

Fani są zaślepieni, zauroczeni, ja też, kiedy słyszę ukochane utwory na żywo, zatracam się w nich i mam wrażenie, że uczestniczę w jedynym takim spektaklu. Stańmy na chwilę z boku. Fani zawsze będą zachwyceni.

Zespół gra przeboje, instrumenty stroją, wokalista potrafi śpiewać i z tego talentu korzysta, zagaduje do publiczności, powie kilka słów po polsku. Po godzinie i 20 minutach muzycy schodzą ze sceny i wychodzą ponownie, by zagrać na bis. To ich praca! Nie ma w tym nic magicznego.

Tym bardziej, że wykonawca gra w trasie co dwa, trzy dni - jeżeli robi to tak samo dobrze, nie mielibyśmy wyjścia - musielibyśmy każdy z tych występów nazwać wyjątkowym, co byłoby gwałtem na definicji tego słowa.

Po tej brzydkiej konstatacji pora podkreślić - magiczne, wyjątkowe koncerty zdarzają się. Jak je namierzyć?

Zaskoczenie

Madonna ma zaplanowany każdy show co do sekundy. Na scenie widzimy perfekcyjnie zaprojektowaną machinę, pozbawioną jednak elementu spontaniczności i przede wszystkim emocji, które nie byłyby wyreżyserowanymi zachowaniami.

Magiczny koncert powinien mieć moment zaskoczenia. To może być awaria nagłośnienia jak na Arctic Monkeys (koncert zwyczajny, ale to wciąż dobry przykład zaskakujących wydarzeń), to może być niegrany od lat utwór, inspirująca przemowa frontmana do publiczności (niezrównany Bono), wyciąganie widzów na scenę, jak zrobił to Tim Booth (zespół James) w Krakowie czy elementy improwizacji - Red Hot Chili Peppers bawili się w Chorzowie w wielominutowe instrumentalne szaleństwa. Podobnie muzycy towarzyszący Ayo w Warszawie.

Niech to będzie coś, o czym można dyskutować latami. Niech to będzie coś, czego nie było dwa dni wcześniej w Berlinie i trzy dni później w Pradze.

Kontakt z publicznością to pułapka! - CZYTAJ DALEJ

Publiczność

Nie ma wyjątkowego koncertu bez świetnie bawiącej się publiczności. Jeżeli widzowie stoją jak kołki, nie musi to znaczyć, że artysta daje ciała. Publika czasami bywa sztywna i niemrawa, wtedy, niestety, cały wysiłek wykonawcy idzie na marne.

Często mamy jednak sytuacje, kiedy publiczność reaguje tak żywiołowo, że muzycy nabierają wiatru w żagle i sami, pod ich wpływem, zaczynają szaleć i wspinać się na wyżyny umiejętności.

Jest też trzecia opcja. Artysta daje występ tak wspaniały, że nawet sztywniaki odkrywają w sobie głęboko zakopaną spontaniczność i zapominają o 12 mailach, które muszą wysłać następnego dnia w pracy. Trzeci wariant to jak atest mówiący: "tak, ten koncert jest magiczny".

Największa pułapka

Kontakt z publicznością to punkt bardzo zdradliwy. Wielu wykonawców przesadza z podlizywaniem się widowni, dochodzi do groteskowych sytuacji. Timbaland z 15 razy podkreślał w Krakowie, że polska publiczność jest najlepsza na świecie i że kolejną płytę na pewno nagra z Polakiem.

Fajnie, że zagraniczni muzycy uczą się polskich słówek, ale nie ma potrzeby, żeby udawali Benedykta XVI. Pokrzykiwanie w trakcie utworów po przekroczeniu "masy krytycznej", również staje się mocno irytujące. Nie należy też nadmiernie wyręczać się publicznością jeśli chodzi o śpiewanie największych przebojów.

O tym, że dobry kontakt z publicznością niekoniecznie znaczy wykrzykiwanie "kocham was!" po każdej piosence, przekonują występy Erica Claptona i Emiliany Torrini w Gdyni. Clapton ograniczał się do dziękowania po każdym z utworów, a Emiliana Torrini przed każdym numerem spokojnie opowiadała, o czym jest piosenka, którą ma zamiar zaśpiewać. Oba koncerty były przepiękne.

Setlista

Często nie doceniamy kwestii doboru utworów. Koncert postrzegamy i oceniamy jako całość, dlatego setlista powinna być zaprojektowana tak, by występ miał swoją dramaturgię. Niewskazane jest usypianie widzów kanonadą smutnych i leniwych utworów, niemile widziane jest również masakrowanie uszu słuchacza głośnymi i szybkimi piosenkami, granymi jedna za drugą. No chyba że masakrowanie uszu publiczności nierozerwalnie wiąże się z artystycznym zamysłem, jak w przypadku Aphex Twin.

Świetne wrażenie robi zawsze sytuacja, gdy grane utwory - muzycznie lub tekstowo - tworzą całość, pewną spójną, interesującą opowieść. Tę sztukę doskonale opanowali byli liderzy Pink Floyd - Roger Waters i David Gilmour.

Najlepsi koncertowi wykonawcy zdają sobie sprawę, że to, co dobrze brzmi w radiu, nie zawsze musi tak brzmieć na żywo. Setlista koncertu magicznego współgra z miejscem - stadionem czy też zadymionym klubem. Jeżeli piosenka kłóci się z lokalizacją, to albo aranżujemy ją na nowo, albo wywalamy z repertuaru. Lily Allen zupełnie nie pasowała ze swoim flegmatycznym, dziewczęcym popem do wielkiej, plenerowej sceny w Gdyni.

Prawdziwi czarodzieje - CZYTAJ DALEJ

Charyzma

Są wokaliści, którzy zamykają oczy i stoją przy statywie przez całe półtorej godziny (Liam Gallagher), a są i tacy, którzy latają jak szaleni po całej scenie, a nawet się po niej wspinają jak Ricky Wilson z Kaiser Chiefs. Oba warianty mogą być tak samo atrakcyjne pod jednym warunkiem - oglądane gwiazdy muszą mieć charyzmę.

Nie będzie magicznego koncertu bez przykuwających uwagę każdym ruchem wyjątkowych, scenicznych osobowości. Nie muszą być nawet pewni siebie. Nie mogą być jednak mdli i nijacy. By zobrazować brak scenicznej charyzmy, wystarczy rzucić okiem na listę polskich wokalistek, które próbują ostatnio zrobić karierę. One szansę na wyjątkowe występy przegrywają już na starcie.

Górna półka

Na koniec rzecz najważniejsza. Magicznego koncertu nie zagrają Stachurski, Kombii, Kasia Klich, Tokio Hotel, Jonas Brothers. Nawet najlepszy kontakt z publicznością - miałem okazję widzieć, jak nastolatki reagują na braci Jonas i było to przeżycie ekstremalne - nie zastąpi pięknych utworów.

Wyjątkowy koncert są w stanie dać tylko wyjątkowi artyści. Dyskusja o tym, ile pozdrowień powinno paść ze sceny, jak ruszać się powinna publiczność i ile dźwięków należy zaimprowizować, nie wytrzymuje zderzenia z granymi na żywo muzycznymi dziełami sztuki. To one są punktem wyjścia. Cała reszta to przyprawy, które, istotnie, decydują o całości wrażenia, ale to wciąż przyprawy, a nie danie główne.

Czarodzieje

Sporządzenie przepisu na koncert idealny na podstawie powyższych kryteriów byłoby zbytnią zuchwałością, tym bardziej, że jest to zapewne rys szczątkowy. Cieszmy się tym, co słyszymy i widzimy, ale nie szastajmy tą magią na lewo i prawo. Niech prawdziwi czarodzieje pozostaną czymś unikatowym.

Michał Michalak

Czytaj blog "Język elit" Michała Michalaka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne