Reklama

Reklama

Kolejne kłopoty Justina Biebera

Po zakończeniu krótkiego urlopu w Panamie Justin Bieber powrócił do ojczystej Kanady. W Toronto złożył zeznania w sprawie, którą wytoczyła mu tamtejsza policja - chodzi o napaść na kierowcę limuzyny, do której miało dojść pod koniec 2013 roku.

Kanadyjska policja postawiła 19-letniemu wokaliście zarzut napaści na kierowcę limuzyny. Do incydentu miało dojść o 3:00 w nocy 30 grudnia ubiegłego roku. Kierowca miał odebrać z nocnego klubu sześć osób, w tym Justina Biebera.

Podczas jazdy doszło do sprzeczki między kierowcą a jednym z pasażerów, który kilka razy miał uderzyć mężczyznę w tył głowy. Tą osobą miał być właśnie Justin Bieber. Kierowca zatrzymał limuzynę na środku ulicy i wezwał policję. Kiedy funkcjonariusze przyjechali na miejsce, piosenkarza nie było.

Termin rozprawy przed sądem wyznaczono na 10 marca. Adwokat 19-letniego piosenkarza twierdzi, że jego klient jest niewinny.

Przed komisariatem policji mimo mrozu zgromadził się tłum fanów i fanek Justina Biebera, którzy prawie nie pozwolili przejść swojemu idolowi.

Reklama

Dodajmy, że na 14 lutego wyznaczono termin rozprawy w Miami - chodzi o zatrzymanie wokalisty prowadzącego samochód pod wpływem alkoholu i narkotyków, w dodatku bez ważnego prawa jazdy. W tej sprawie w przypadku skazania grozi mu do sześciu miesięcy więzienia.

Sprawą Justina Biebera oficjalnie będzie musiał zająć się też Biały Dom. Antyfanom gwiazdora w ciągu niespełna tygodnia udało się zebrać ponad 100 tysięcy podpisów pod internetową petycją o deportację Kanadyjczyka z USA. To oznacza, że urzędnicy prezydenta Baracka Obamy muszą rozważyć ten apel, chociaż mało prawdopodobne jest, by zielona karta i wiza Justina Biebera została anulowana. Takie działania podejmowane są wówczas, gdy osoba podejrzana jest o popełnienie brutalnej zbrodni.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje