Whitney Houston skończyłaby 55 lat. Czego dowiadujemy się z dokumentu "Whitney"?

55 lat temu, 9 sierpnia 1963 roku, na świat przyszła Whitney Houston. O tragicznie zmarłej gwieździe popu znów zrobiło się głośno za sprawą filmu dokumentalnego Kevina MacDonalda "Whitney". Czego dowiadujemy się z na nowo opowiedzianej historii piosenkarki?

Whitney Houston musiała walczyć z licznymi przeciwnościami losu

6 lipca do kin na całym świecie trafił wyreżyserowany przez Kevina MacDonalda dokument "Whitney", opowiadający losy jednej z największych gwiazd pop w historii muzyki.

Reklama

Posłuchaj przeboju "I'm every woman" Whitney Houston w serwisie Teksciory.pl!

Film wypełniony jest wspomnieniami najbliższych artystki. Na potrzeby produkcji nagrano wywiady z ponad 70 osobami związanymi z życiem osobistym i zawodowym Houston.

"Zwykle w dokumencie nie ma więcej wypowiedzi niż 15 lub 20 osób, ale ponieważ Whitney Houston niechętnie dzieliła się swoim życiem w wywiadach, musieliśmy sięgnąć po wiele głosów" - zauważa reżyser.

Oficjalna premiera dokumentu odbyła się 16 maja na festiwalu filmowym w Cannes. Jakich nowych faktów z życia wokalistki dowiadujemy się ze wspomnianego filmu?

PONIŻEJ MOŻLIWE SPOILERY

Jednym z najgłośniejszych fragmentów dokumentu, o którym mówiono jeszcze przed wejściem "Whitney" do kin, był wątek molestowania Whitney Houston przez jej kuzynkę Dee Dee Warwick.

Posłuchaj utworu "Foolish Fool" Dee Dee Warwick w serwisie Teksciory.pl!

"Mieliśmy na ten temat poważną dyskusję. Jak przedstawić taki materiał, by było to uczciwe wobec rodziny i gdzie padają oskarżenia wobec nieżyjącej osoby?" - relacjonował dylematy ekipy Macdonald.

Ten fragment filmu wyjątkowo nie spodobał się bliskim Houston. W magazynie "People" pojawiło się oświadczenie Cissy Houston i Dionne Warwick, w którym obie zaznaczają, że nieżyjące bohaterki afery nie mogą wyjaśnić już całej sytuacji, a w dodatku rodzina o sprawie dowiedziała się zaledwie dwa dni przed premierą produkcji.

Jeszcze mocniej zareagowała sama Dionne Warwick. Podczas wywiadu z Larrym Kingiem, oskarżenia o molestowanie Houston nazwała bzdurami. "Nigdy nie wybaczę tym, którzy nakręcili to szaleństwo" - dodała.

To jednak nie jedyny fragment filmu, mogący być zaskoczeniem dla fanów Houston. W dokumencie poruszony zostaje wątek bliskiej przyjaciółki (choć jak niektórzy twierdzą również i kochanki) wokalistki - Robyn Crawford. Według relacji otoczenia Houston - jej rodzina nienawidziła kobiety będącej tak blisko gwiazdy, a jednym z pomysłów na odciągnięcie jej od Whitney, było nasłanie na nią bandytów i zastraszenie jej.

Skąd tak wielka niechęć do Crawford? Jak sugerują twórcy filmu w latach 90. John Houston (ojciec Whitney) i Bobby Brown (jej mąż) chcieli jak najmocniej kontrolować życie wokalistki, aby uzyskać jak najwięcej profitów dla siebie. Nie spodobał się im więc fakt, że w życiu piosenkarki pojawił się ktoś trzeci. Dodatkowo mocno konserwatywna rodzina Houston nie potrafiła zaakceptować osoby homoseksualnej w otoczeniu gwiazdy.

Crawford musiała zniknąć z życia Houston (Brown postawił nawet ultimatum swojej partnerce), a niedługo później artystkę w bezlitosny sposób zaczął wykorzystywać jej ojciec. John Houston miał bowiem systematycznie wyciągać pieniądze od swojej córki. "Chciał zdobyć od niej jak najwięcej w jak najkrótszym czasie" - zdradzał reżyser dokumentu. Sytuacja finansowa Whitney w pewnym momencie zrobiła się tak fatalna, że nie miała funduszy na dokończenie terapii odwykowej.

Ojciec Whitney nigdy nie uważał, że okradał córkę. Co więcej był przekonany, że to ona jest winna mu pieniądze. Do historii przeszedł publiczny apel Johna, wystosowany wprost ze szpitalnego łóżka w programie "Celebrity Justice". Ojciec wokalistki domagał się zapłacenia mu 100 milionów dolarów w związku ze świadczeniami, jakie wykonała jego firma na rzecz jego córki.

Bobby Brown był natomiast nie tylko zazdrosny o osoby pojawiające się w otoczeniu Houston, ale również o rozwój jej kariery i coraz większą popularność, która po ogromnym sukcesie filmu "Bodyguard" i piosenki "I Will Always Love You", eksplodowała.  W tym samym czasie muzyk niemal wypadł z obiegu i funkcjonował jedynie jako mąż słynnej piosenkarki.

"Bobby był zazdrosny i nie potrafił rozpoznać swoich emocji. Od zawsze stanowił tylko jej dodatek. To niszczyło go od środka" - mówił jeden ze współpracowników Houston. Związek gwiazdorskiej pary przetrwał ponad 14 lat (1992 - 2007).

Rola w "Bodyguardzie" stała się najważniejszym epizodem aktorskim Houston. W kolejnych latach zaliczyła jeszcze kilka mniejszych ról, a ogromną radość wokalistce przynosiła praca na planie filmu "Sparkle" (obraz trafił do kin kilka miesięcy po śmierci artystki).

"Myślę, że cieszyła się, że ma jakiś cel w życiu i powód, aby wstawać rano. Zdajesz sobie sprawę, że masz pracę do wykonania, a ty jesteś częścią wspólnoty. Naprawdę widać było, że wraca do życia" - opowiadała jedna z osób, które miały okazję zetknąć się na planie z wokalistką.

Houston znana była też ze swojego trudnego charakteru. W dokumencie wokalistka nie ma litości m.in. dla Janet Jackson oraz Pauli Abdul, której wytyka brak talentu. Z drugiej strony współpracownicy gwiazdy wspominają, że dla otuchy spotykała się z Michaelem Jacksonem. Dwie największe gwiazdy pop tamtego okresu czuły, że mogą na siebie liczyć, gdyż jako jedyne rozumiały z jakimi problemami muszą zmagać się na co dzień.

Sprawdź tekst piosenki "I will always love you" w serwisie Teksciory.pl!

Whitney Houston została znaleziona martwa w pokoju hotelowym 11 lutego 2012 roku. Miała 48 lat. Oficjalną przyczyną śmierci było utonięcie, lecz jak zaznaczył rzecznik biura koronera, "zażywanie kokainy i problemy z sercem znacząco przyczyniły się do jej śmierci". We krwi wokalistki znaleziono również ślady marihuany, antydepresantów, leków zwiotczających mięśnie i antyhistaminę.

W dokumencie nie zabrakło również wątku dotyczącego narkotyków. Jedną z osób, którą obwinia się o wciągnięcie ją w wyniszczający nałóg, jest Bobby Brown. Wokalista przy okazji kręcenia dokumentu nie widział potrzeby rozmawiania o problemach z używkami Houston oraz nie poczuwał się do odpowiedzialności. "Uważam, że to nie narkotyki zabiły Whitney" - mówił w rozmowie z "Rolling Stone". "Pracowała ciężko, aby stać się trzeźwą osobą i była wspaniałą kobietą" - dodał. Co więc mogło zabić piosenkarkę? "Złamane serce" - opowiedział enigmatycznie


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje