Reklama

The Cure: Historia mocno osobista. Co wydarzyło się na koncercie w Krakowie?

The Cure w 1984 roku. /Paul Natkin/WireImage /Getty Images

Angielska grupa The Cure ponownie zawitała do Polski z koncertami. Jej historia to aż 45 lat działalności, spora popularność i tylko 13 nagranych albumów. Jednak zespół wywarł ogromny wpływ na wiele pokoleń muzyków i fanów w różnych rejonach świata. W tym i u nas, gdzie zyskał miano kultowego. Oto moja osobista historia odkrywania i poznawania The Cure.

Rok 1983, Łańcut: Pornografia

Stan wojenny niby zawieszony, ale formalnie jeszcze trwa. Można się jednak przemieszczać, więc z grupą znajomych jedziemy na weekend do Łańcuta, gdzie ktoś ma wolną chatę. Właściciel jest fanem muzyki, ma kogoś z rodziny za granicą, kto przysyła mu czasami jakieś nowości. Przeglądam jego kolekcję i wpada mi w oko płyta z dziwną, nieostrą okładką i przyciągającym tytułem "Pornography". Obok nazwa zespołu - The Cure.

Wrzucam ją na gramofon. Zaczyna się od walącej perkusji, potem gitara niczym piła tnie po uszach i głos śpiewający ponuro: "Nie ma znaczenia, czy wszyscy umrzemy", a potem: "Gładzisz swoje włosy, a patrioci są zabijani / Walcząc o wolność w telewizji". Mrocznie, brutalnie, jak świat wokół nas.

Reklama

Wrażenie było gigantyczne. Słucham tego raz po raz. Cała płyta, osiem utworów, utrzymanych w podobnym klimacie. Muzyka i nastrój długo pozostają w głowie, zwłaszcza że rzeczywistość wokół jest równie ponura. Zaczynam szukać informacji o The Cure, okazuje się, że "Pornography" to już czwarty album w ich dorobku. Co było wcześniej? W tych czasach praktycznie jedynym źródłem płyt jest giełda, gdzie zbierają się fani muzyki, by najczęściej wymieniać się albumami, czasami sprzedać je.

Ktoś ma w swych zbiorach album "Faith", wydany rok przed "Pornografią" i zgadza się pożyczyć na tydzień. Mniej ponury, bardziej zróżnicowany, ale "The Funeral Party" i tytułowy "Faith" znów wbijają w fotel. Płyta wraca do właściciela, choć wcześniej zostaje przegrana na magnetofon i grana jest raz po raz.

Okazuje się, że The Cure stają się coraz lepiej znanym u nas wykonawcą, coraz więcej osób zaczyna ich słuchać. Wywierają duży wpływ na polskich muzyków, co najlepiej był słychać w Jarocinie w 1984 i 1985 roku (by wspomnieć Made In Poland czy Variete).

Rok 1989, Londyn: fan klub

Kolejne płyty The Cure wydane w latach 80. są już inne, mniej ponure. Zmienia się skład, muzyka robi coraz bardziej przystępna, zespół zaczyna odnosić pierwsze sukcesy komercyjne. Nie wszystkim fanom się to podoba, ale The Cure pozyskują wielu nowych. Rośnie zainteresowanie zespołem, więc pojawia się też oficjalny fan klub.

Jeszcze przed wyjazdem do Londynu nawiązuję kontakt z jego szefową, Janie. Na co dzień pracuje w jednej z wytwórni płytowych, specjalizujących się w wydawaniu składanek. Zgadza się na spotkanie, rozmawiamy o The Cure z godzinę. Wie o nich sporo, spotyka się z Robertem Smithem regularnie, gdyż zaczyna właśnie wydawać biuletyn z najnowszymi informacjami o zespole. Pisany na maszynie, wysyłany pocztą do fanów, po opłaceniu przez nich wcześniej przesyłki.

Dostaję od niej świeżo wydany "Cure News Number Two", zawierający m.in. odpowiedzi Roberta Smitha na pytania przesłane przez fanów. Są lakoniczne, choć pytania czasami zaskakują. "Kto ceruje ci swetry?" i odpowiedź: "Moja mama". Albo: "Co robisz w urodziny". Odpowiedź: "Piję". "Kiedy czujesz się najszczęśliwszy?" i odpowiedź: "Gdy idę spać".

Janie wręcza mi też solidną paczkę skserowanych z prasy brytyjskiej notek o The Cure i wywiadów z Robertem Smithem. Gdy wracam metrem, chłonę to wszystko, aż przegapiam stację, na której miałem wysiąść. Na drugi dzień trochę przypadkowo dowiaduję się od znajomego, że grupa zagra pierwszy koncert w Europie Wschodniej - w maju 1989 roku ma pojawić się w Budapeszcie (pojechało tam wówczas mnóstwo ludzi z Polski, by po raz pierwszy móc zobaczyć ich na żywo).

Ja jednak jestem w tym czasie nadal w Londynie, gdzie zespół ma co prawda zaplanowane koncerty, ale już po moim terminie powrotu do Polski. Co za pech.

Rok 1991, Kraków: książka

Krakowskie wydawnictwo Rock-Serwis, znając moją "szajbę" na punkcie The Cure, proponuje współpracę przy wydaniu książki o zespole. Kupili wcześniej licencję na wydanie "The Cure - A Visual Documentary", która na rynku angielskim ukazała się jeszcze w 1988 roku. Zawierała sporo ciekawych archiwalnych zdjęć z historii grupy, ale była po prostu już mocno nieaktualna.

Trzeba było całość przejrzeć, poprawić błędy i dopisać historię The Cure z ostatnich trzech lat, czyli od 1988 do 1991. No i uzupełnić dyskografię, zarówno singlową, jak i albumową. Książka, wydana pod prostym tytułem "The Cure", nie jest wybitnym dziełem, to raczej prosta kronika działalności grupy, z akcentem na historię Roberta Smitha. Ale było to dobre i usystematyzowane kompendium wiedzy dla każdego fana The Cure, w dodatku pierwsza książka o grupie wydana w Polsce!

"Kariera The Cure - od nie znającego ograniczeń kultu do statusu supergwiazdy - jest jedną z największych niespodzianek współczesnego rocka" - to początek wstępu. Cykl wydawniczy umożliwił dodanie jeszcze króciutkiego rozdziału z zapowiedzią nowego albumu "Wish". A w epilogu umieszczam cytat z jednej z najnowszych wtedy wypowiedzi Smitha, który mówi: "Jeśli za 5 lat będziemy jeszcze działać i przygotujemy kolejną kompilacyjną kasetę, to mam nadzieję, że będzie w niej taki sam duch jak dziś. Ale nie jestem tego pewien. Czuję, że się starzeję".

Rok 1992, Kraków: "Friday I’m In Love"

W pierwszym okresie działalności RMF FM muzyka grana była głównie z własnych płyt prezenterów, potem pojawiły się nowe możliwości pozyskiwania nagrań. Jedną z nich była seria specjalnych kompilacyjnych płyt CD, przeznaczonych dla amerykańskich stacji radiowych, zwanych "Hit Discs". Wydawano na nich najnowsze utwory, które pojawiały się na tamtejszym rynku. Udało się je dla radia zaprenumerować, z szybką dostawą do Polski.

Był maj 1992 r., prowadziłem południowy program w RMF FM, od godz. 10 do godz. 14. Kilka minut przed końcem programu ktoś przynosi z recepcji nowego "Hit Disca". Rzucam jak zawsze okiem, co nowego i spostrzegam nagle, że na samej górze umieszczono nowy utwór The Cure. Do końca programu pozostaje jeszcze kilka minut, więc na zakończenie wrzucam, w ciemno, do odtwarzacza płytę, wybieram to nagranie, zatytułowane "Friday I’m In Love". Z opisu wynika, że ma aż 30-sekundowe intro (czyli początkową część instrumentalną), co prezenterzy radiowi zawsze bardzo lubią, bo można chwilę dłużej zapowiedzieć dany utwór.

Żegnam się ze słuchaczami i słucham. Mały szok - z jednej strony fajny, popowy numer, z drugiej - nie ma on wiele wspólnego z pierwszymi płytami The Cure (może z wyjątkiem debiutanckiego albumu "Three Imaginery Boys" z 1979 r.). Ale utwór chwyta, grany jest w RMF FM często-gęsto, odnosi zresztą wielki sukces na całym świecie. Podobnie promowany nim album "Wish", który dociera na szczyt zestawienia w Anglii i do drugiego miejsca w USA. To był największy komercyjny sukces The Cure (ponad 4 miliony sprzedanych egzemplarzy!), którego później już nie powtórzyli.

Rok 1996, Katowice: koncert w Spodku

Na pierwszy występ The Cure w naszym kraju musieliśmy czekać do 15 listopada 1996 roku. Wcześniej nasi promotorzy próbowali kilka razy sprowadzić ich do Polski, ale nie byliśmy jeszcze dość atrakcyjnym rynkiem. Piractwo nadal było problemem, a zespół wolał grać tam, gdzie zarabiał - zarówno na płytach, jak i koncertach - najwięcej.

Ale w końcu Andrzejowi Marcowi udało się ściągnąć zespół do nas, w ramach trasy "The Swing Tour", promującej wydany wówczas album "Wild Mood Swings". Patronami medialnymi koncertu byli m.in. Polsat i "Super Express", bilety w przedsprzedaży kosztowały całe 30 złotych, w dniu koncertu 40 zł. Rozeszły się oczywiście błyskawicznie. Zespół przyjechał dzień wcześniej z Berlina i zgodził się, słysząc o ogromnym zainteresowaniu polskich mediów, na krótką konferencję prasową w przylegającym do Spodka hotelu Olimpijskim.

Najpierw muzycy dość cierpliwie podpisywali mnóstwo okładek ich płyt oraz biletów, potem przyszła pora na pytania. Brałem udział w wielu spotkaniach z różnymi artystami, ale to było trochę dziwne. Niemniej znając choć trochę Roberta Smitha nie można było spodziewać się jakiejś wielkiej wylewności. Niektóre pytania też nie były, hm, najmądrzejsze ("Co, jako kibic piłkarski, sądzisz o polskiej reprezentacji?"). Chętniej opowiadał o nowym albumie, o latach 80., popularności, kolejnej płycie, choć odpowiedzi były krótkie i często odpowiadał trudno zrozumiałymi półsłówkami. Cała konferencja trwała w sumie kilkanaście minut.

Sam koncert był niewątpliwie wielkim przeżyciem, choć zaczął się z blisko godzinnym poślizgiem. Ale już pierwsze dźwięki "Plainsong" spowodowały ogromny entuzjazm fanów, którzy dostali to, czego oczekiwali. Znakomity koncert, w dodatku trwający ponad 2,5 godziny, w tym aż trzy bisy. W sumie The Cure zagrali wówczas 31 utworów (co ciekawe, np. w Berlinie i w Pradze, wykonali tylko 28 kompozycji), z niemal całego okresu działalności, w finale prezentując "Faith" w ponad 10-minutowej wersji.

Jedno z moich muzycznych marzeń spełniło się, podobnie było pewnie w przypadku kilku tysięcy fanów zespołu, którzy oglądali ten znakomity, pełen niespodzianek koncert.

The Cure: zdjęcia z lat 1976-2008

Rok 2008, Katowice: koncert w Spodku

Po pierwszym koncercie w Katowicach, na następny występ The Cure w Polsce trzeba było czekać prawie cztery lata. Zorganizowano go 14 kwietnia 2000 roku, tym razem w Hali Sportowej w Łodzi, został szybko wyprzedany, ale przyniósł pewne rozczarowanie, przynajmniej większości moich znajomych, którzy go oglądali (sam nie mogłem wtedy pojechać). Zarówno nagłośnienie, jak i oprawa świetlna były sporo słabsze niż w Katowicach, choć na pewno dobór utworów (m.in. "The Kiss", "Siamese Twins", "One Hundred Years") zrekompensował niektórym te niedostatki.

Jednak gdy 19 lutego 2008 roku zespół ponownie grał w Katowicach, nie było siły, by go nie zobaczyć. Tym bardziej, że pojechaliśmy sporą grupą, która fascynowała się The Cure właściwie jeszcze od początku lat 80. Nikt nie oczekiwał czegoś niezwykłego, tym bardziej, że grupa nagrywała dość sporadycznie i nie były to już odkrywcze rzeczy. Ale kilka generacji fanów tłumnie przybyło, większość w obowiązkowych czarnych strojach i mocnych makijażach.

Robert Smith był tego wieczoru w dobrej formie, można by powiedzieć, że w wyjątkowym - jak na niego - nastroju. Zdziwienie wzbudzał oczywiście brak klawiszy (grali wtedy w 4-osobowym składzie), co jednym się podobało, inni marudzili. W sumie The Cure dali, jak zawsze w ich przypadku, solidny, prawie trzygodzinny show, więc każdy fan znalazł coś dla siebie. Były trzy bisy, na koniec "Why Can't I Be You?", po czym Robert Smith pożegnał się tradycyjnym "See you next time...".

Gdy jestem już w samochodzie i jadę do domu, dzwoni znajomy i pyta, czy wpadnę... za kulisy. Siedzi właśnie z muzykami The Cure i gada o koncercie. Ponieważ odwoziłem kilka osób i byłem już kawałek za  Katowicami, zakląłem tylko i odpowiedziałem, że nie dam rady. Okazało się, że znajomy dobrze znał starszego o 13 lat brata Roberta Smitha, Richarda, który w tym czasie mieszkał w... Krakowie. Zaproponował mu wspólny wyjazd na koncert, a potem wprowadził za kulisy.

Nie muszę dodawać, że do dziś oczywiście żałuję.

Zobacz zdjęcia z koncertu w Katowicach w 2008 r.

Rok 2022, Kraków, koncert w Tauron Arenie

The Cure ostatni póki co album, "4:13 Dream" (wywołał mieszane reakcje krytyków i fanów, nie sprzedał się też dobrze) wydali aż 14 lat temu. Kolejny jest nagrywany od lat, a w kilku wywiadach Robert Smith podkreślał, że na jego kształt wielki wpływ wywarła śmierć matki i ojca, a także wspomnianego już brata Richarda, który wprowadzał go w świat muzyki. Płyta zatytułowana "Songs Of A Lost World" miała się ukazać tuż przed rozpoczęciem obecnego tournée, ale póki co... nie ukazała się. Robert powiedział o albumie, że "jest bardziej jak "'Disintegration', niż 'Head On The Door'".

The Cure: 30 lat płyty "Wish". Aż 24 nieznane nagrania

Trasa nie mogła być odwołana, więc zespół zgodnie z planem rozpoczął ją 6 października w Rydze. A 20 października ponownie przyjechał do Polski, na dwa koncerty - w Krakowie i Łodzi. Ten pierwszy nie był w pełni wyprzedany, bilety dało się kupić tuż przed koncertem, ale wszystkie miejsca na trybunach zostały wypełnione, jedynie na płycie było luźniej. Pojawili się głównie starsi wiekiem fani, którzy dobrze znali całą twórczość The Cure.

Bo to dla takich ludzi zespół teraz gra, tak ułożona jest lista utworów. W Krakowie, na 26 zaprezentowanych, najwięcej (w sumie sześć) pochodziło z albumu "Disintegration", trzy z "The Head on the Door", po dwa z "Pornography", "17 Seconds" i "Wish". Ozdobą były aż cztery premierowe kompozycje: "Alone", "And Nothing Is Forever", "Endsong" oraz - jako światowa premiera - "I Can Never Say Goodbye", dedykowany zmarłemu bratu Richardowi, długi czas mieszkającemu w Krakowie.

The Cure nadal są znakomitym zespołem koncertowym, grającym mocno odświeżone wersje swych najciekawszych utworów. Tym razem zagrali dokładnie 2,5 godziny, 63-letni Robert Smith zaprezentował się w bardzo dobrej formie, sporo było interakcji z publicznością.

Trzeba teraz cierpliwie czekać na nowy album, choć zapowiada się powrót do mrocznych, mało komercyjnych czasów.

Tomasz Słoń

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: The Cure | koncerty Katowice | koncerty Kraków

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy