Reklama

Szamańskie obrzędy w Krakowie (Tricky - relacja z koncertu)

Snujący się chaotycznie po scenie Tricky znów całkowicie zanurzył się w swoich utworach i tylko od czasu do czasu wyłaniał się z półmroku spowitego dymem z jego jointów, by z zamkniętymi oczami domruczeć przy mikrofonie swoje kwestie.

We wtorek, 19 listopada, Tricky wystąpił w Krakowie w ramach czterodniowej minitrasy po Polsce: zaczęło się od niedzieli we Wrocławiu, dzień później 45-letni muzyk z Bristolu zaśpiewał w stolicy, wtorek to Kraków, a środowy koncert w Poznaniu będzie zwieńczeniem tych perygrynacji.

Reklama

Na występ w krakowskim klubie Studio oczywiście się spóźnił, ale chyba nikt, kto przyszedł na ten koncert, nie spodziewał się po nim punktualności.

Przywiózł Tricky ze sobą wokalistkę Francescę Belmonte - trochę jeszcze zahukaną, ale bez dwóch zdań potrafiącą wczuć się w mroczny klimat jego występów. Belmonte w odróżnieniu od niektórych poprzednich scenicznych partnerek Tricky'ego rzadko kiedy wychodzi na pierwszy plan - jej delikatny głos, przechodzący w szept, w połączeniu z prawie-że-mruczandem głównego bohatera ma zadanie hipnotyzowania publiczności i to się bez dwóch zdań udaje.

Czasami, widząc jak Tricky przewraca stojak na mikrofon, a następnie ciągnie go za sobą oplątanego kablem, nie wiedziała Francesca, gdzie się podziać i co "wódz" planuje - jej zagubienie było na swój sposób urocze.

Znamienne, że kiedy Tricky zniknął za kulisami, Belmonte po raz pierwszy poczuła się na scenie swobodnie, zaczęła się fajnie poruszać i bez problemu przejęła rolę frontmanki.

Tricky tradycyjnie doprowadzał utwory do pewnego momentu, po przekroczeniu którego zaczynała się część improwizowana. Brytyjczyk gestami dyrygował swoimi muzykami, samemu zaś dryfował między mikrofonami i zapasami trawy, bująjąc się i kuląc w charakterystyczny dla siebie sposób, często plecami do publiczności.

Widzowie dwukrotnie zostali przez Anglika zaproszeni na scenę, by razem z nim dać się porwać kwaśnym, mrocznym dźwiękom, dzięki którym Tricky zasłużył na miano ikony trip hopu.

Zaczęło się od instrumentalnej wersji "You Don't Wanna", później usłyszeliśmy "Nothing's Changed" z nowego albumu "False Idols". Jeśli już przy tej płycie jesteśmy, to świetnie sprawdziła się na żywo rytmiczna, rozbiegana kompozycja "Bonnie & Clyde". Koncertowy potencjał "False Idols" potwierdził także utwór "Nothing Matters", dużo bardziej zagęszczony i duszny w wersji live. I nawet bez Nneki na wokalu potrafił "chwycić". Z biegem lat z setlisty po kolei wypadają starsze utwory artysty - jak np. "Hell Is Round The Corner" - ale trudno mówić o niedosycie, gdy słyszymy tak magnetycznie duszne kompozycje jak choćby "Past Mistake" z 2008 roku.

Mimo że Tricky występuje w Polsce niemal co chwilę, to wciąż udaje mu się roztaczać tę niezwykłą atmosferę szamańskiego obrzędu dla wtajemniczonych i zachowywać cechę tak lubianą u artystów - nieprzewidywalność.

Michał Michalak, Kraków

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama