Reklama

Najciekawsze elektroniczne płyty 2010

Z muzyką elektroniczną i nowobrzmieniową jest ten problem, że jej progresywny i innowacyjny charakter skazuje ją na ekspresową utratę daty ważności. To, co było jeszcze w 2009 roku uznawane z odkrywcze i pionierskie, w mijających 12 miesiącach przyprawiało już o ziewnięcia i znudzenie.

Na szczęście muzyka elektroniczna nieustannie rozwija się, eksplorując coraz to nowe obszary brzmieniowe. W 2010 roku wciąż trendy wyznaczali pogrobowcy dubstepu, z których część dosyć zaskakująco dokonała powrotu do przeszłości i odkurzyła martwy gatunek, którym wydawał się być drum'n'bass. Ze znakomitym skutkiem.

Reklama

Tym samym zamiast trupem z szafy, drum'n'bass okazał się być asem z rękawa. Choć nowe ścieżki wyznaczali głównie debiutanci (Salem, Mount Kimbie, Darkstar), to rewelacyjnie poradził sobie również weteran w poniższym zestawieniu - Four Tet. Zestawieniu - zaznaczmy - bardzo subiektywnym, nie aspirującym do sumowania najlepszych nowobrzmieniowych płyt 2010 roku i ułożonym w kolejności losowej.

Pantha du Prince - "Black Noise"

Pod tym wytwornym pseudonimem kryje się pochodzący z Hamburga Hendrik Weber, fan detroickiego minimalu i zarazem klasycznego shoegaze'u spod znaku Slowdive i Ride. Jak muzyczne zainteresowania przekładają się na twórczość Niemca? Wydawałoby się, że nijak, bo płyty Pantha du Prince są stylistycznie jedyne w swoim rodzaju, a "Black Noise" - trzecia w dorobku - wydaje się być rozwinięciem i uwieńczeniem trylogii. Z drugiej strony prostota bitów czerpie jednak z dokonań choćby Carla Craiga, a przestrzenność zamyślonych kompozycji przywołuje shoegaze'ową mgłę. Pantha du Prince ucieka jednak wszelkim próbom zaszufladkowania, czujnie gubiąc trop zmianami tempa i klimatu. I choć atmosfera wciąż pozostaje gęsta, to jednak ten mrok ma sporo odcieni.

Zobacz klip Pantha du Prince do Stick to My Side:



Four Tet - "There Is Love in You"

Ignorowanie trendów w muzyce elektronicznej w 99 na 100 przypadków kończy się serwowaniem dzieła o aromacie nieświeżej ryby. "There Is Love In You" to ten jednostkowy wyjątek, kiedy stare brzmi bardzo nowocześnie - napisaliśmy w naszej recenzji ostatniej płyty Kierana Hebdena. Wydawałoby się, że w 2010 roku operowanie tak przebrzmiałymi tematami jak folktronica, ambient techno, micro house czy nawet post rock jest brawurą zahaczającą o szaleństwo. W tym szaleństwie była jednak metoda, bo album Four Tet dostąpił rzadkiego przecież zaszczytu uznania go za arcydzieło przez aklamację krytyków. Geniusza poznaje się po tym, że uparcie dąży do przeskoczenia swych najwybitniejszych dokonań. Hebdenowi ponownie się to udało - to kolejny wycinek z naszej recenzji płyty, który zamyka dyskusję na temat słuszności umieszczenia "There Is Love In You" na liście najciekawszych nowobrzmieniowych wydawnictw mijającego roku.

Zobacz Four Tet i "Love Cry":



Darkstar - "North"

Bez dwóch zdań nowobrzmieniowe zaskoczenie roku. Dla niewtajemniczonych - Darkstar to formacja wydająca dla Hyperdub, najbardziej progresywnej (ale nie w znaczeniu rocka progresywnego...) wytwórni na rynku muzyki elektronicznej. To ten właśnie label odpowiedzialny jest za eksplozję dubstepu za sprawą albumów Burial czy Kode9. Wydawało się, że Darkstar pójdą tym właśnie tropem, co sugerował również znakomity singel "Aidy's Girl Is a Computer". Darkstar mieli jednak inne plany, jakby zwietrzyli, że dubstepowe momentum minęło. "North" z dubstepem łączy jedynie klimat, bo albumowi bliżej do dreampopowej estetyki niż ciężkich dancefloorowych basów. I tak reprezentanci Hyperdub zaserwowali nam znakomity, piosenkowy - tak tak! - album, przy okazji sprawiając niespodziankę wszystkim czekającym na kolejną dawkę podprogowej głębi. Niespodziankę szalenie miłą, którą najlepiej delektować się w domowym zaciszu.

Zobacz klip Darkstar do "Gold":



Macc and dgoHn - "Some Shit Saaink"

Być może to ryzykowna teza niżej podpisanego, ale wiele wskazuje na dosyć niespodziewany renesans drum'n'bassu. Nurt, który zrewolucjonizował w latach 90. muzykę taneczną, w kolejnej dekadzie został zepsuty i zdezawuowany jazzowo-kawiarnianymi klimatami, tak by elegancko pasował do popołudniowej latte, tudzież wieczornej Manhattan Ice Tea. Cóż, wszystko co zostaje wyrwane z podziemia do mainstreamu, szybko traci swoją wartość. Na szczęście Macc and dgoHn, czyli Robert Macciochi i John Cunnane, a także inni autorzy znakomitych drum'n'bassowych albumów z 2010 roku (np. Genotype, Black Sun Empire czy częściowo dubstepowy Breakage), sięgnęli głęboko do pierwocin, stawiając na wyraziście prymitywne rytmiczne połamańce, szeleszczące hi haty i duszne jak płonąca smoła basy. "Some Shit Saaink" to kolejny przykład na tezę, że często przyszłość tworzy się ze zlepków przeszłości.

Posłuchaj "7C 1020" Macc and dgoHn:



Magnetic Man - "Magnetic Man"

Można napisać z przymrużeniem oka, że na scenie dubstepowej ten album to wydarzenie na miarę triumwiratu Roda Stewarta, Stinga i Briana Adamsa, którzy nagrali koszmarną piosenkę do filmu "Robin Hood: Książę Złodziei". Skąd to porównanie? W skład Magnetic Man wchodzą dwie z najjaśniejszych gwiazd dubstepu: Skream i Benga. Juniorów doświadczeniem weterana wspomaga Artwork, jeden z pionierów stylu. Dżentelmenów poza zamiłowaniem do gęstych basów łączy miejsce zamieszkania, czyli londyńska dzielnica Croydon.

"Magnetic Man" nie jest płytą wybitną, a jedynie zazwyczaj dobrą, w lwiej części solidną. Trio postanowiło bowiem wykonać skok na listy przebojów i zmutowało dubstep z tak ludycznymi gatunkami muzyki tanecznej jak trance i hardcore. W konsekwencji mamy na tym albumie wokalne numery, które choć zbudowane na bazie basu spokojnie zagrałby nawet "eska" czy inna "zetka". Reszta to dubstepowe instrumentale pozbawione elementów, które czynią ten gatunek nieznośnym dla mniej wyrobionych słuchaczy. Dodatkowo osłodzone wspomnianymi trance'owymi wstawkami. Jak zaznaczono, nie jest to płyta wielka, ale na pewno intrygująca ze względu na skalę osobowości tworzących Magnetic Man.

Zobacz Magnetic Man i "I Need Air":



Salem - "King Night"

O tej płycie w kręgach elektronicznych i eksperymentalnych było naprawdę głośno. A to dlatego, że jeżeli w 2010 roku możemy mówić o powiewie świeżości na scenie nowobrzmieniowej i ewolucji nowego gatunku, to właśnie za sprawą formacji z Michigan. To m.in. na potrzeby płyty "King Night" krytycy ukuli terminy "witch house" i "drag". A jak się mają te pojęcia do muzyki prezentowanej przez Salem? Na pewno jest złowieszczo ("witch"), choć rytm bardziej jest hiphopowy niż house'owy. Z tego głównie powodu, że wolniejszy, często jeszcze przerywany i ulegający oporowi, jak ciągnięty po podłożu ciężki przedmiot ("drag").

Jak celnie zauważył jeden z krytyków, kompozycje z "King Night" nie mają ani typowej struktury piosenki, ani też utworu tanecznego. Dorzućmy do tego, że Salem są mocno zainspirowani pierwotnym shoegazem i... rapują. Ale rymy zapodają w tempie slo-mo, co czyni całość intrygującą, oryginalną i zaskakująco nowatorską. Jednocześnie bardzo niemodną. To daje pewność, że "witch house" nigdy nie zostanie zawłaszczony przez mainstream.

Zobacz klip Salem do "Dirt":



ASC - "Nothing Is Certain"

Kolejny album AD 2010 wskazujący na odrodzenie drum'n'bass. ASC, czyli James Clements, podążając połamaną ścieżką w tempie 190 bitów na minutę, biegnie jednak w zupełnie innym kierunku niż wspomniani wcześniej Macc and dgoHn, Genotype czy Black Sun Empire.

"Nothing Is Certain"to drum'n'bass zmutowany w kierunku przestrzennego, prawie ambientowego brzmienia, w którym podskórnie pulsuje delikatny rytm. Tym samym zamiast parkietowych killerów, otrzymaliśmy muzykę bliską new age - na szczęście pozbawioną miałkości i taniej zwiewności. Za to dającą platformę do obudowania kompozycji elementami z innych wciąż progresywnych gatunków jak dubstep, jungle, hip hop, IDM czy nawet techno. To wciąż muzyka taneczna, ale dla tych bardziej wyrobionych, chciałoby się napisać - doświadczonych - odbiorców.

Posłuchaj ASC i "Fade Away Seasons":



Baths - "Cerulean"

Zmieniamy klimat. Wciąż jest dosyć prędko, ale w miejsce dusznego mroku, pojawia się świetlista przestrzeń, w której można pełną piersią zaczerpnąć świeżego powietrza. Will Wiesenfeld, bo to on kryje się za nazwą Baths, postawił na kompozycje subtelnie wyhaftowane, wymyślnie plecione i finezyjnie połączone. Klimatem "Cerulean" przypomina dokonania Four Tet, ale też na przykład potrafi znienacka zaskoczyć mocno neo-klasyczną zagrywką, tudzież śpiewanym falsetem wokalem. I dla tego typu muzyki powstał termin - chillwave, ale Baths z tym gatunkiem łączy jedynie miękkość brzmienia. A "Cerulean" zaskakuje dosyć przygnębiającym nastrojem, dodając kolejny nić do niesamowitej plecionki autorstwa Wiesenfelda.

Zobacz klip Baths do "Lovely Bloodflow":



Actress - "Splazsh"

Jedna z najbardziej eksperymentalnych produkcji 2010 roku i to nie tylko na scenie nowobrzmieniowej. Tak eksperymentalna, że powodując ból głowy u krytyków starających się za wszelką cenę zaszufladkować album genialnego i świetnie tańczącego przy deckach (widzieliśmy to na krakowskim festiwalu Unsound) Darrena Cunninghama. A jeżeli już dochodziło do nieudanych i marnych prób usystematyzowania, to zazwyczaj wyglądało to tak, że do istniejącego stylu dopisywano "post": post-dubstep, post-techno, post-IDM... Brzmi to zabawnie, ale oddaje pewną prawdę o Actress.

To album do tańczenia i do słuchania w domu, inny niż wszystko co się do tej pory pojawiło, szalenie eklektyczny i mocno inspirujący. A to dlatego, że teraz wszystkie eksperymentalne i progresywne dzieła będą porównywane właśnie do "Splazsh". Każde przesłuchanie tej płyt kończy się kolejnym docenieniem geniuszu Cunninghama. A numer "Maze" to bez dwóch zdań najlepszy utwór 2010 roku.

Posłuchaj "Maze" Actress:



Mount Kimbie - "Crooks & Lovers"

Przed premierą pełnowymiarowego debiutu londyńskiego duetu Mount Kimbie mieliśmy do czynienia z - nie bójmy się użyć tego szpanerskiego sformułowania - hype. Dominic Maker i Kai Campos niby reklamowani byli jako kolejne dubstepowe objawienie, a zrobili psikusa, ładując na swój długogrający debiut sporo sampli i loopów - elementów niekoniecznie oczywistych dla przedstawicieli tego gatunku. A już na pewno zjawiskowe w środowisku jest korzystanie z gitary elektrycznej podczas setu, jak to miało miejsce na krakowskim Unsoundzie. Zdziwienie, zamienione po chwili w zachwyt, było powszechne.

Zaskakujące, że debiutanci potrafili skonstruować tak wielowymiarową, frapującą i dojrzałą płytę. A wydaje się, że Mount Kimbie jeszcze nie nagrało swojego arcydzieła. Natomiast szerokie spektrum dźwięków, z jakiego korzystają Maker i Campos - od akustycznej gitary do prymitywnego minimalu - wskazuje na to, że czeka nas kolejny rozdział sonicznej podróży.

Zobacz klip Mount Kimbie do "Would Know":


Zebrał i podsumował: Artur Wróblewski

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: elektroniczny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje