Reklama

"W duchu zwycięstwa i triumfu"

Jedni postrzegali The Darkness jako szczyt obciachu, inni jako zespół, który przywrócił muzyce popularnej rocka w klasycznej formie. Jedni zachwycali się przebojową i świeżą debiutancką płytą "Permission To Land" (2003), inni wyśmiewali nudny i wtórny album numer dwa - "One Way Ticket To Hell... And Back" (2005).

Sam The Darkness najpierw zdobył rockowy szczyt, a później koncertowo zniszczył wszystko co osiągnął, pogrążając się w kłótniach i pozwalając liderowi, Justinowi Hawkinsowi, upaść na dno narkotykowego nałogu. Brytyjski kwartet w swoim najsłynniejszym składzie powrócił na scenę w 2011 roku, a w 2012 wydał całkiem udany album "Hot Cakes" i zagrał niezapomniany koncert podczas Przystanku Woodstock.

Reklama

W sobotę (16 marca) zespół pojawi się natomiast w warszawskim klubie Palladium. Z tej okazji rozmawialiśmy z jego sympatycznym basistą o niepowtarzalnym, "wąsatym" image. Panie i panowie: Frankie Poullain.

Jak wspominasz zeszłoroczny Przystanek Woodstock?

- To było coś wyjątkowego, bez najmniejszych wątpliwości największy tłum, przed jakim dane nam było wystąpić. Morze ludzi i elektryzująca energia. Nieczęsto zdarza się nam grać dla Słowian, ale ilekroć to robimy, atmosfera jest naprawdę szczególna. A Polska jest wyjątkowym miejscem, nie ma drugiego takiego na świecie. Wiem, co mówię, byłem u was wielokrotnie, ponieważ przez pewien - dość krótki wszakże - czas byłem żonaty z Polką. Często wtedy odwiedzałem Poznań, poznałem Polaków i mam o nich jak najlepszą opinię. Małżeństwo nie przetrwało długo, różnice kulturowe były zbyt duże, niemniej uważam, że Polacy są ludźmi odważnymi, szczerymi i przyjaznymi. To było wspaniałe doświadczenie.

Jak związałeś się z Polką?

- Poznałem ją w Londynie, w barze. Wiesz, w tym mieście wszystkie wydarzenia rozgrywają się w zadymionych pubach. (śmiech)

Podobno w drodze na woodstockowy koncert spotkała was dosyć szczególna przygoda.

- No tak - kiedy wyszliśmy z hotelu i szliśmy to busa. A raczej biegliśmy, bo rozpętała się burza z piorunami i jeden z nich trafił w drzewo, które było może ze 20 metrów od nas. Było to dosyć straszne i... zaskakujące (śmiech).

A czy dwukrotny skok Justina w publiczność nie był niebezpieczny? Scena ma tam ponad trzy metry wysokości...

- To jedna z niższych scen, z jakich skakał. Wierz mi, zdarzały się dużo wyższe. Justin lubi rzucać sam sobie wyzwania i czerpie siły z chaosu. Uwielbia, kiedy sprawy wymykają się spod kontroli i nic nie idzie zgodnie z planem. Kocha nieprzewidywalność i sam jest nieprzewidywalny.

Szef festiwalu, Jurek Owsiak, wydawał się przerażony.

- Tak? Prawdopodobnie obawiał się konsekwencji tego, jakby komuś w tłumie coś się stało. Ale nie chodzi o wokalistę, tylko o widza - taki ktoś mógłby pozwać organizatora. Nie dziwię się więc, że ten się przestraszył. Niemniej Justin, chociaż lubi szaleć, pilnuje, aby wylądować w miejscu, gdzie stoją silni faceci. Oczywiście wolałby się rzucić w ramiona grupy pięknych kobiet, ale to jest mniej bezpieczne. Z góry przepraszam, jeśli zabrzmiało to seksistowsko.

Czy po waszym koncercie w Warszawie możemy się spodziewać podobnej dozy szaleństwa?

- O tak! Będzie świetnie, mamy nowe światła na scenie... Wiesz, zakończyliśmy niedawno trasę z Lady Gagą, która była oczywiście bardzo ciekawym doświadczeniem, ale podczas której bardzo się stęskniliśmy za koncertami klubowymi. Mamy dosyć teatralności, łakniemy zwierzęcej, surowej, prymitywnej energii rock'n'rolla.

Miałem pytać o Lady Gagę. Jak to się dzieje, że rockowy skład jedzie w trasę jako support dla megagwiazdy pop?

- To się dzieje i będzie się działo - ostatnio Rihanna zaprosiła na swoją trasę The Hives (tej informacji nie udało mi się potwierdzić - przyp. jor). Widzisz, pop stał się tak sztywny, przewidywalny i kontrolowany, że zupełnie stracił energię. Bardzo wiele gwiazd pop nie korzysta nawet z usług żywych muzyków, tylko puszcza podkłady z komputera. Pomocne staje się więc zatrudnienie rockowego supportu - czegoś prawdziwego i dzikiego, co rozgrzeje publiczność przed popowym spektaklem.

Wasi fani nie mieli nic przeciwko temu, że skumaliście się z reprezentantką sceny pop?

- Niektórzy mieli, inni nie. Fani najchętniej zapłacili by mniej za bilet i obejrzeli tylko nasz koncert. Ci prawdziwi fani - dla nich mogło to być trudne, że musieli tak długo czekać, aż pojedziemy na naszą własną trasę. Była to więc trudna decyzja do podjęcia - ale jesteśmy ambitnym zespołem i nie obawiamy się ambitnych zadań. Trzeba próbować nowych rzeczy. A dzięki tej trasie otworzyliśmy dla siebie nowe rynki - i nie mówię tu o krajach, ale wręcz nowych kontynentach - Ameryka południowa, centralna, południowa Afryka. Zdobyliśmy nową publiczność i możemy teraz jechać tam na koncerty. I rok 2013 będzie należał w całości do nas i naszych fanów.

Wasz nowy album, "Hot Cakes", nie przynosi specjalnych rewolucji. Chcieliście pozostać starym, dobrym The Darkness?

- Cóż, są tu utwory, jakich nie nagrywaliśmy w przeszłości - jak "Forbidden Love". Albo "Living Each Day Blind" - "panoramiczny", ciepło brzmiący, symfoniczny rock, bardzo melodyjny, inny od naszych starych numerów. Niektóre piosenki rzeczywiście wracają do ery "Permission To Land" - surowe kawałki, jak "Every Inch Of You" czy "With A Woman". Ale "Concrete" i dwa utwory które wymieniłem na początku to dla nas nowe terytorium.

Zobacz teledysk "Everybody Have A Good Time":

Prawdę mówiąc "Forbidden Love" i "Living Each Day Blind" podobają mi się na tym albumie najbardziej.

- Tak? To wspaniale. Bo wiesz, podczas nadchodzącej trasy będziemy je grali - po raz pierwszy na żywo. Wydaje mi się, że jako kompozycje są to jedne z naszych najlepszych piosenek. Najbardziej szczerych - co może niekoniecznie kojarzyć się właśnie z naszym zespołem. Justin jest człowiekiem zabawy, ale dojrzewa i okazuje się, że potrafi też stworzyć piękne i emocjonalnie bardzo prawdziwe, autorefleksyjne utwory.

A jak mamy traktować waszą heavymetalową wersję radioheadowego "Street Spirit"?

- Myślę, że ludzie mają błędne mniemanie na nasz temat. Wydaje im się, że chcemy kopiować innych, udawać kogoś, kim nie jesteśmy. A to dlatego, że nie staramy się robić rewolucji w muzyce i wynajdywać rocka na nowo. Nasze podejście do grania nie jest postępowe, przez co kojarzy się nas z tymi mediami, które są zapatrzone w przeszłość, które czczą Erica Claptona. A nam w ogóle o to nie chodzi. Wierzymy w ducha rock'n'rolla i w to, że powinien on przede wszystkim przynosić dobrą zabawę. To nurt w rocku, który został zupełnie zapomniany, nurt Jerry'ego Lee Lewisa, Little Richarda, a także Queen czy AC/DC. Uwielbiamy taką energię. A "Street Spirit" jest fantastyczną piosenką - wierzymy że w naszej wersji także - tyle, że my podeszliśmy do niej w duchu zwycięstwa i triumfu.

The Darkness to zespół, który się rozpadł, a potem urządził sobie wielki comeback. Byłeś zaskoczony, kiedy dowiedziałeś się, że The Darkness powraca?

- O tak, bardzo. Może ludzie z zewnątrz mieli jakieś podejrzenia, kiedy jednak jesteś w centrum wszystkiego, nie masz odpowiedniej perspektywy, żeby zobaczyć co się dzieje.

Byłeś ostatnim, który się dowiedział?

- Całkiem możliwe. Nikt mi nigdy nic nie mówi (śmiech).

Jesteś zadowolony z tego, co osiągnęliście od 2011 roku?

- Nie, jeszcze nie. W zasadzie to dopiero zaczęliśmy właściwie promować nowy album, czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Mamy nadzieję wypromować takie utwory jak "Living Each Day Blind" i zmienić sposób, w jaki się nas postrzega. Chcemy pokazać się jak największej liczbie ludzi i trochę pozmieniać muzyczny krajobraz. Uważamy, że ciężki rock jest w tej chwili w złych rękach.

Czyich konkretnie?

- A możesz mi wymienić chociaż jeden zespół, który pojawił się w ciągu ostatniej dekady i gra klasycznego rocka? Są oczywiście podziemne kapele, takie jak Opeth, niemniej hard i heavy rock są aktualnie w odwrocie. Czujemy, że naszym obowiązkiem jest przywrócić im należną pozycję. I przestać być zakładnikami przeszłości.

W waszej oficjalnej biografii pojawia się informacja, o 150 tysiącach funtów, które wasz wokalista wydał w poprzedniej dekadzie na narkotyki. To dobry sposób na promowanie zespołu?

- Nie interesuje nas rozmawianie o narkotykach, nie wiem jak taka informacja mogła się tam pojawić. To znaczy: wszyscy wiedzą, co się kiedyś działo, ale dla nas to już przeszłość, nikt z nas nie bierze już narkotyków. Możliwe, że kiedy zdobyliśmy sławę za dobrze się bawiliśmy. A nie żałujemy - zapłaciliśmy już swoją cenę za to, co robiliśmy wtedy, a dziś mamy dzięki temu do opowiadania wiele historii. Możesz je usłyszeć w naszych piosenkach - zwłaszcza na drugiej płycie.

Kiedy rozmawiałem z waszym gitarzystą, Danem Hawkinsem podczas Przystanku Woodstock powiedział mi, że imprezowanie było dla was kiedyś ważniejsze od muzyki...

- Tak, tak, ale wciąż się zmieniamy, wciąż dojrzewamy. Jednym z mitów na nasz temat jest również, że nasze piosenki opowiadają o imprezach, dziewczynach i szybkich samochodach. Niech ktoś wskaże choćby jeden nasz utwór o tej tematyce! Oczywiście śpiewamy o kobietach, ale zawsze są to piosenki miłosne. Nasze teksty są szczere i pisane prosto z serca. Tyle, że prezentujemy je ludziom z humorem.

Kiedy zaczyna się karierę od płyty "z humorem" bardzo łatwo dostać etykietkę jajcarzy, którą potem bardzo trudno odkleić.

- W przypadku naszego zespołu nic nie jest takie, jak się wydaje. Uwielbiamy sprzeczności! Chociażby nasza nazwa - brzmi "ciemność", tymczasem nasza muzyka wcale nie jest mroczna. Chcemy odwracać rzeczy do góry nogami i mącić ludziom w głowach. Podajemy im nasza muzykę z humorem, przez co nie wiedzą, co o nas sądzić.

Czy jednak wychodzi wam to na zdrowie? Wielu ludzi nie traktuje was poważnie.

- Jasne, ale dla nas istotne jest przede wszystkim, aby samemu się dobrze bawić. To znaczy może rzeczywiście dla zespołu samego w sobie nie jest to najlepsza strategia, ale dla nas, jako ludzi, najbardziej liczy się wolność. Nie damy się wmanipulować w coś, czego chcą media.

Jacy więc jesteście naprawdę?

- Byłoby sztuczne, gdybyśmy starali się być stuprocentowo poważni. Przede wszystkim dlatego, że ludzie nie są poważni - kondycja człowiecza to jeden wielki absurd. Dlatego ci, którzy traktują siebie zbyt serio, są nieszczęśliwi. My wolimy cieszyć się dobrymi rzeczami w życiu - i zespół nam to umożliwia.

Ostatnie pytanie: będzie kolejna płyta?

- Musi być - mamy kontrakt na dwie. I już zaczęliśmy pisać nowy materiał. Jesteśmy bardzo podekscytowani! Nigdy nie czuliśmy się w swoim towarzystwie tak dobrze - przyszłość widzimy wyłącznie w jasnych barwach.

Zobacz teledyski The Darkness na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Darkness | koncert w Polsce | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje