"Szczęście nie czeka na końcu drogi"

Na początku lutego na trzy koncerty do Polski przyjechała lubiana nad Wisłą grupa Marillion. Brytyjczycy promowali swój ostatni, podwójny album "Happiness Is The Road".

Przed ostatnim z trzech koncertów, w Warszawie wokalista Steve Hogarth znalazł kilka chwil, by odpowiedzieć na pytania Justyny Tawickiej.

Reklama

Pierwsze pytanie: "Szczęście jest drogą". Jakiego rodzaju drogą jest twoje szczęście?

Tą, którą teraz podążam. Tak naprawdę chodzi tu o chwilę obecną. Szczęście nie czeka na końcu drogi, ono jest właśnie drogą.

Jakiego rodzaju nastrój, muzyczny nastrój, chcesz zaoferować swoim słuchaczom?

Po prostu prawdę, uczciwość... prawdę, głębokie emocje - to, co prawdziwe, zero fikcji, zero marketingu, zero nowoczesności, zero Walta Disneya. Zero cholernego Sony Music. Po prostu to, co prawdziwe. Zero Whitney Houston.

Pomówmy więc o utworze "This train's my life". Co jest dla ciebie najważniejszą stacją w kontekście tego albumu?

Ta, przez którą przejeżdżam w chwili obecnej. Tak. Warszawa - dzisiaj.

"Half-empty jam" - czy to dobry utwór na zakończenie albumu?

To ukryty utwór. Znalazł się na płycie, bo to po prostu improwizacja w studio. Pomyśleliśmy, że zaciekawi ona słuchaczy.

Bardzo transowa, bardzo psychodeliczna...

Tak myślisz? To była po prostu improwizacja studyjna... Powtórzę, to była po prostu chwila...

Ostatnie pytanie: "Hapiness is the Road" - czy to motto, swego rodzaju filozofia Twojego zespołu, filozofia Marillion?

Wydaje mi się, że te słowa mają więcej wspólnego ze mną, niż z zespołem. Piszę teksty i mówię za siebie. Nie wypowiadam się tak naprawdę w imieniu zespołu, zespół tworzy muzykę. Nie zgadzają się ze wszystkim, co mówię. Ale naprawdę dają mi wolność w kwestii wyrażania samego siebie, tak więc naprawdę chodzi w tym wszystkim o to, co dzieje się tutaj...

Dziękuję za rozmowę.

Dowiedz się więcej na temat: szczęście | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje