Reklama

"Mroczna chemia"


W latach 80. grupa Echo & The Bunnymen była jednym z najważniejszych przedstawicieli brytyjskiej sceny nowofalowej, a takie albumy, jak "Heaven Up Here" (1981) czy przede wszystkim "Ocean Rain" (1984), weszły na stałe do kanonu wyspiarskiej muzyki alternatywnej. Od początku istnienia brzmienie zespołu kształtował głos wokalisty Iana McCullocha oraz charakterystyczne brzmienie gitary Willa Sergeanta. Ten tandem rozpadł się jednak w 1987 roku, po wydaniu albumu "Echo & The Bunnymen", kiedy McCulloch rozpoczął karierę solową, zostawiając odpowiedzialność za losy Echo & Bunnymen w rękach Sergeanta. Jednak eksperyment z nowym wokalistą Noelem Burkem na płycie "Reverberation" (1990) zakończył się kompletną klapą artystyczna i komercyjną. Na szczęście dla fanów grupy Ian i Will ponownie połączyli siły i w 1997 roku wydali dobrze przyjęty album "Evergreen".

Reklama

Również pozytywne recenzje zebrał wydany w 2005 roku album "Siberia", o którym z Willem Sergeantem rozmawiał Artur Wróblewski. Muzyk opowiedział m.in. o o ambientowym projekcie Glide, didżejce i współczesnej scenie alternatywnej.

Opowiedz w kilku zdaniach o waszej nowej płycie "Siberia". W brytyjskie prasie przeważają pozytywne recenzje tego albumu...

Tak, rzeczywiście płyty została całkiem nieźle przyjęta. To klasyczny, trochę staroświecki album, który ma w sobie tajemnicę, trochę mrocznej chemii. Najlepiej go posłuchać, nie mam zamiaru nikomu opisywać naszej nowej płyty (śmiech).

Ian w jednym z wywiadów stwierdził, że to najbardziej melodyjna płyta w historii zespołu. Zgadzasz się z taką opinią?

Prawdopodobnie tak. Ale nie chodzi o melodyjność w specyficznym sensie. Ta płyta jest mimo wszystko dosyć mroczna. Dużo jest na niej ciężkiego basu. Słuchałem jej niedawno i jestem z niej dumny.

Po nagraniu albumu postanowiłem przez pewien czas odstawić "Siberię" na półkę - wtedy "żyłem" jeszcze sesją, to było zbyt intensywne. Ale po pewnym czasie posłuchałem nowej muzyki i uważam, że jest bardzo udana. Zapomniałem już wiele elementów, które nagraliśmy w studiu i teraz na nowo je odkrywam. Brzmią naprawdę wspaniale.

Jak pracowało wam się z producentem Hugh Jonesem, z którym nagrywaliście blisko 20 lat temu?

Wspaniale! To był świetny pomysł, by znów zaprosić Hugh. Starałem się o to przez lata. To przecież on wyprodukował moje ulubione albumy Echo & Bunnymen. Hugh ma świetną rękę do nagrywania gitar. Poza tym potrzebny był nam ktoś, kto popatrzy na nowe piosenki z boku i zasugeruje jakieś inne rozwiązania. Inny kierunek. A Hugh zasypywał nas nowymi pomysłami.

Muszę przyznać, że bardzo dobrze się bawiliśmy. Bo zazwyczaj płyty nagrywamy we dwójkę, to znaczy Ian i ja. A teraz mieliśmy trzecią osobę, która do tego jest naszym dobrym znajomym. Poszło naprawdę nieźle.

Od wydania waszego pierwszego singla "Back Of Love" do najnowszego "Stormy Weather" minęło mnóstwo czasu. W jaki sposób przez ponad 20 lat zmieniła się muzyka Echo & The Bunnymen?

Wydaje mi się, że przede wszystkim nie mamy jednego stylu muzycznego. Obracamy się w kilku różnych muzycznych kręgach. Muzyka Echo & The Bunnymen to szerokie pojęcie. Możemy zagrać ciężkie, rockowe numery. Możemy też zagrać ballady w stylu "The Killing Moon" czy "Ocean Rain". I wciąż brzmimy jak jeden zespół.

W naszym repertuarze są też pokręcone, mroczne kompozycje, jak "The Disease". Dlatego ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Nagraliśmy już wiele płyt i sięgaliśmy po różne brzmienia. Nawet elektroniczne, jak ambient czy coś w stylu Kraftwerk.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: here | sceny | piosenki | chemia | śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje