Reklama

"Lepiej zaskakiwać, niż nudzić"

"Szalenie pociągające historie w różnych odcieniach retro, opowiadające o trudnej sztuce podejmowania decyzji" - w ten sposób trzeci studyjny album Ani Dąbrowskiej zatytułowany "W spodniach czy w sukience?" reklamował wydawca. W nagraniach wokalistce asystowali m.in. Karolina Kozak, Aga Szypura, Daniel Bloom i Leszek Możdżer. A co o samej płycie sądzie jej główna bohaterka?

Twój poprzedni album nosił tytuł "Kilka historii na ten sam temat". Teraz przygotowałaś kilka historii na kilka różne tematy. Skąd ta różnorodność?

Reklama

To płyta, którą tworzyłam najbardziej świadomie, a kręcą mnie bardzo różne rzeczy. Poprzednie dwie płyty były dość jednolite, co wynikało to głównie z przyczyn technicznych. Kiedy pracuje się w studiu przy komputerze, pole myślenia zawęża się do pewnych schematów brzmieniowych. Bezwiednie kopiuje się pewne rozwiązania, całe struktury. Tym razem za wszelką cenę starałam się tego uniknąć. Chciałam, żeby ten materiał był bardziej żywy i zróżnicowany, nie tylko jeśli chodzi o gatunki muzyczne, ale też konstrukcję utworów. Nie chciałam, żeby było zbyt zwyczajnie, zwrotka-refren-zwrotka-refren, ale żeby te piosenki rozwijały się w trochę innym kierunku, niż to dzisiaj jest przyjęte.

Nie boisz się, że taka otwarta formuła nowych utworów może wystraszyć część twoich fanów? Tych, którzy oczekują po prostu ładnych piosenek?

Nie, nie boję się. Strach nie może kierować moim życiem, bo pod jego wpływem trudno zrobić coś fajnego. Ciągle staję przed trudnym wyborem, czy mam robić to, co się ludziom podoba, czy raczej to, na co ja mam ochotę? Złoty środek bardzo ciężko znaleźć. Nie boję się więc podejmowania trudnych decyzji, tym bardziej, że oczekiwania różnych ludzi mogą być bardzo odmienne i nie sposób im wszystkim sprostać. Wydaje mi się zresztą, że ludzie lubią być zaskakiwani przez artystów. Na pewno wolą być zaskakiwani, niż nudzeni.

To pięknie, że tak myślisz. Szkoda, że większość artystów nie podziela twoich poglądów. Mają jakieś wyobrażenie na temat tego, czego oczekują od nich fani i rozpaczliwie starają się temu wyobrażeniu sprostać.

Co najczęściej się nie udaje... Najbardziej lubimy artystów, którzy wymykają się schematom. Z drugiej strony są i tacy artyści, którzy próbują uciec od swojego wizerunku za wszelką cenę, a to również nie jest dobre. Trzeba się wsłuchać w głos intuicji. Ja robię po prostu to, co mnie w danej chwili kręci w muzyce.

Całe szczęście, że kręcą cię fajne rzeczy. Bo moim zdaniem kłopot z polskim popem polega głównie na tym, że artyści nasiąkają kiepskimi kawałkami, więc potem równie nieciekawymi trącą. Nie da się tworzyć dobrych rzeczy bez odpowiednich inspiracji.

Muzyka, którą tworzymy to suma składowych tego, co usłyszeliśmy, przefiltrowana przez nasz gust muzyczny. Niestety, od lat 90. telewizja i radio, i w ogóle media, coraz bardziej zawężają nam pole widzenia, ograniczając je do bardzo bezpiecznych popowych konstrukcji. Radio ma coraz większe obostrzenia, co może puszczać, ile to ma trwać i czy będzie tam solówka, czy nie będzie, ale raczej nie będzie... To wszystko staje się więc coraz bardziej miałkie. Młodzi ludzie nie wiedzą, co już było, nie znają historii muzyki, bo to wszystko jest słabo dostępne, a bardzo niewielu jest takich, którzy mają potrzebę poszukiwania czegoś odmiennego.

Twoja płyta przywodzi na myśl szlachetny polski pop z lat 70. Czasy, kiedy jazzmani grali muzykę popularną, czy wręcz taneczną.

Przyznaję, że muzyki z lat 60. i 70. zaczęłam słuchać dosyć późno, jakieś pięć lat temu. Okazało się, że to esencja tego, co uważam w muzyce za najbardziej zaj**iste i tego, co sama chciałabym w muzyce osiągnąć. To wszystko żyło, było pełne emocji, zero schematów. Tak bardzo się zachwyciłam, że zaczęłam elementy tamtego brzmienia przemycać do własnej twórczości.

Sony BMG

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje