Reklama

James Bay: Potrafię się smucić nawet wtedy, kiedy jestem najszczęśliwszy na świecie

James Bay promuje nowy album "Leap" /Universal Music Polska /materiały prasowe

- "One Life" było najtrudniejszą piosenką do napisania - nie dość, że wyznaję komuś miłość, to jeszcze przyznaję, że nie zawsze jestem wszystkiego pewny, że potrafię się smucić nawet wtedy, kiedy jestem albo powinienem być najszczęśliwszy na świecie - mówi w rozmowie z Interią James Bay, który obecnie promuje nowy album "Leap". Premiera 8 lipca!

Kasia Gawęska, Interia: "Skacz i pojawi się siatka" - co oznacza dla ciebie ten cytat i dlaczego jest tak ważny w kontekście twojego nadchodzącego albumu?

James Bay: - To świetne pytanie - wspomniany przez ciebie cytat nieustannie mnie inspiruje, sprawia, że ciągle chcę tworzyć, mam apetyt na więcej, pragnę się starać. Rzeczywistość każdego autora piosenek, malarza, pisarza, czy kogokolwiek, kto utrzymuje się ze swojej twórczości, jest dosyć oczywista: możesz codziennie mieć ochotę napisać piosenkę, ale nie zawsze jesteś w stanie to zrobić, bo nie masz do tego odpowiednich emocjonalnych narzędzi. W 2019 roku mocno się z tym zmagałem, a w ostatnich latach trochę rozpracowałem i teraz potrafię lepiej wyjaśnić, o czym mówię: czasami nie masz pojęcia, z których narzędzi spośród tych umieszczonych w tobie skorzystać, żeby coś stworzyć. Może to wynikać z wielu powodów. Często piszę piosenki, a następnie odsłuchuję je po jakimś czasie i dopiero wtedy odkrywam, o czym są. W 2019 roku nie wiedziałem, co zrobić, co napisać, jaki będzie mój kolejny krok, bo nigdy nie chcę się powtarzać. Równocześnie nie uważam, żebym był w stanie zrobić wszystko - już teraz wiem na przykład, że nigdy nie nagram albumu z hip hopem. Wszystko ma swoje granice. Kiedy natknąłem się na cytat Johna Burroughsa “Skacz i pojawi się siatka", zrozumiałem go, zrozumiałem, że trzeba po prostu próbować i się starać. Nigdy nie będzie łatwo, zawsze musi być trochę pod górkę. Musisz być niepewna tego, co dopiero nadejdzie, nie ma innej możliwości. Kiedy myślę o tym cytacie, przypominam sobie, że uwielbiam skakać, czyli próbować, ale często boję się, jak wyląduję. Według Burroughsa "pojawi się siatka", czyli coś, co mnie złapie. Jeśli nie skoczysz, nie dowiesz się, jak wygląda lądowanie.

Reklama

Myślę, że ten cytat można też odnieść do zaburzeń lękowych, których doświadczałeś często w okolicy 2019 roku. Czasami bardzo trudno jest być sobą wokół najbliższych nam osób, mówić o swoich uczuciach, bo nigdy nie wiadomo, co przyjdzie później. Możesz powiedzieć komuś, jak wiele dla ciebie znaczy, ale co jeśli nie usłyszysz, że też jesteś ważny dla tej osoby albo jeśli ją stracisz? Co ta otwartość, którą słychać na płycie "Leap", wniosła do twojego życia?

- Sama świadomość, że mogę być tak otwarty w swojej twórczości była dla mnie bardzo ważna. Jeśli nie zdałbym sobie z tego sprawy, moje życie trwałoby dalej, a część mnie pozostałaby w ukryciu. Było wiele aspektów mojej osobowości i emocjonalności, które chowałem, ale pomyślałem, że zasługują na trochę wolności. Bałem się tego skoku, miałem tylko nadzieję, że "pojawi się siatka". Rozmawiamy przed premierą albumu, ale na razie jest dobrze. To był najwyższy czas, żeby się odważyć na taki ruch. Zainspirowała mnie do tego wizja, w której widziałem, jak piszę po prostu kolejne smutne piosenki. Na tej płycie oprócz smutku celebruję też otwartość, emocjonalną kruchość... i radość.

Mam wrażenie, że ta radość pojawia się dopiero po kilku piosenkach, tak jakbyś zaczynał pisać zagubiony, rozemocjonowany, niepewny i przerażony, i stopniowo odnajdywał spokój.

- Myślę, że rzeczywiście kolejne piosenki na płycie reprezentują moją rosnącą ulgę i pewność, że dobrze było się otworzyć. Powoli przyzwyczajałem się do tego, że potrafię być bardzo delikatny, kruchy pod względem emocji. Nigdy wcześniej nie celebrowałem tego w swojej twórczości. Wspaniale jest wyrazić, że nie tylko kogoś pragnę, ale też naprawdę potrzebuję.

Nie wydaje ci się, że wysoko postawiłeś sobie poprzeczkę? Celebrowanie otwartości, emocji, kruchości musi być wyjątkowo trudne, gdy jesteś artystą i robisz to publicznie, jako człowiek wiodący życie postrzegane przez wielu jako idealne. Nie można pominąć tutaj także tego, że w naszym społeczeństwie niestety przyjęło się, że mężczyźni nie są emocjonalni, że nie mogą być wrażliwi.

- Powiem dwa słowa: absolutnie tak. Myślę, że jestem w stanie zmierzyć się z tymi założeniami osobiście, w domowym zaciszu, ale publicznie - tutaj sprawa się komplikuje. Bardzo się cieszę, że poruszyłaś tak ważną kwestię, jaką jest emocjonalność mężczyzn. Myślę, że jako społeczeństwo cały czas się rozwijamy, stajemy się lepsi, ale rzeczywiście przyjęło się, że to nienormalne, żeby mężczyzna odczuwał trudne emocje. Dziwnie jest funkcjonować w takim świecie, bo to przecież śmieszne, niepoważne, ale tym bardziej uważam, że masz rację. Nadal nie jest mi łatwo, ale jest lepiej niż w 2019 roku, gdy przepełniał mnie lęk, który następnie zainspirował mój album. Ten lęk nie zniknął, ale staram się sobie z nim radzić i w końcu znajdę na niego sposób, a w międzyczasie dobrze było wyrazić go w piosenkach.

Bardzo dobrze, również dlatego, że dzięki temu wkrótce ludzie mogą słuchać piosenek takich jak "Everybody Needs Someone". Jasne, że każdy kogoś potrzebuje, ale wydaje mi się, że za bardzo skupiamy się na romantycznych związkach. Przecież może chodzić o miłość pomiędzy przyjaciółmi, rodzeństwem, dziećmi i rodzicami. Sam zresztą zostałeś rodzicem, czego ci gratuluję. Czy to zmieniło twoje postrzeganie miłości i relacji z ludźmi?

- Dziękuję! Zgadzam się z tobą i myślę, że to przepiękne pytanie. Jestem ojcem dopiero od siedmiu miesięcy, więc moja perspektywa się zmieniła i zmienia się dalej. Kiedy na świat przyszła moja córka Ada, spojrzałem na świat na nowo. Dziękuję ci za zrozumienie tego utworu i docenienie miłości w każdej postaci. Nie chciałem, żeby "Everybody Needs Someone" było kolejną piosenką o romantycznym związku, tylko właśnie o miłości, którą możemy dzielić tak naprawdę z każdym, nie tylko z partnerem, co często jest nierozumiane i niedoceniane. Teraz myślę sobie, że to też trochę zabawne, że napisałem ten utwór w okolicach maja lub czerwca 2019 roku, a dzięki pandemii zyskał na znaczeniu. Teraz jeszcze wyraźniej odnosi się do wszelkich możliwych sytuacji. A wracając do mnie, to rzeczywiście wszystko w moim życiu się zmieniło: teraz jestem w Londynie, ale nie w swoim mieszkaniu, i myślę tylko o Lucy [narzeczona Jamesa Baya - przyp. red.] i Adzie. Mam nadzieję, że wszystko u nich w porządku. Na pewno tak jest, bo mają siebie, bo w końcu każdy kogoś potrzebuje.

Któryś z utworów wyjątkowo trudno było ci napisać?

- "One Life" - nigdy wcześniej nie śpiewałem tak otwarcie o Lucy.

W tej piosence jest też miejsce na autorefleksję. Śpiewasz chociażby o tym, że "robi ci się smutno w samym środku najszczęśliwszych chwil". Sporo ludzi może się z tym utożsamić, szczególnie osób mocno lękowych - też łapię się na tym, że zamiast cieszyć się chwilą, już smucę się tym, że zaraz przeminie.

- To było dla mnie ważne zawrzeć ten fragment w środku "One Life", piosenki pełnej radości, bo jeśli w jakimś utworze nie ma wzmianki o czymś skomplikowanym, czyli bardziej prawdziwym, sam nie jestem nim zbyt poruszony. Gdyby nie ten fragment, "One Life" nie byłoby dla mnie wiarygodne jako piosenka. Tylko dzięki trudniejszym chwilom opisywana przeze mnie miłość jest nie tylko "największa", ale też najsilniejsza, bo coś przetrwała. Również dlatego "One Life" było najtrudniejszą piosenką do napisania - nie dość, że wyznaję komuś miłość, to jeszcze przyznaję, że nie zawsze jestem wszystkiego pewny, że potrafię się smucić nawet wtedy, kiedy jestem albo powinienem być najszczęśliwszy na świecie. Pamiętałem jednak, że "pojawi się siatka".

Ten album to według mnie najlepsza pozycja w twojej dyskografii. Zawsze nagrywałeś bardzo emocjonalne piosenki, hity takie jak "Let It Go" czy "Hold Back The River", ale tym razem wszedłeś na zupełnie inny poziom, chociażby w "Give Me The Reason". Dawno nie byłam tak poruszona. To też chyba nowość dla ciebie, momentami bardziej mówisz niż śpiewasz.

- Tak, taki był zamiar. Moi ulubieni artyści to między innymi Bruce Springsteen i Bob Dylan, którzy w swoich piosenkach raczej mówili. Muzycznie to właśnie nimi się inspirowałem. Ale lubię ten utwór także dlatego, że to jedna z niewielu piosenek na płycie, w których mówię o czymś, co już było, o czymś pięknym, co przeminęło. Chodzi o niewyobrażalną stratę, która odbiera ci chęć do życia, przez którą masz ochotę krzyczeć: "Daj mi jakikolwiek powód, żebym jeszcze raz spróbował!". Zawsze chcę usłyszeć resztę historii, chcę znaleźć powód, i zawsze będę próbował dalej. Nie mógłbym zostawić tej piosenki nie ukrywając w niej chociaż odrobiny nadziei. Zawsze pojawia się światełko w tunelu.

Dziękuję ci za tę rozmowę i na koniec zadam ci dużo prostsze pytanie niż dotychczas: wiesz może, kiedy wrócisz do Polski?

- W 2022 roku mam już wypełniony kalendarz, ale Polska jest jednym z krajów, które najbardziej chcę odwiedzić w kolejnym roku. Mój koncert w Warszawie był dla mnie niesamowitym przeżyciem. To była jedna z tych nocy, kiedy schodzisz ze sceny i natychmiast myślisz: "Wow, muszę tutaj wrócić!". Z kolei na Fest Festivalu występowałem ze złamanym nadgarstkiem, więc tęskniłem za gitarą, ale i tak świetnie się bawiłem. Ale w przyszłym roku wracam do was, do Polski, w pełni sił. Do zobaczenia!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL