Reklama

Andrzej Piaseczny: Musiałem nauczyć się czerpać przyjemność z tego, że coś mi się udaje

Andrzej Piaseczny wydał pierwszy solowy album koncertowy oraz zaprezentował dwie nowe piosenki /Paweł Deska /materiały prasowe

- Autobiografia jest dzieleniem się kompletnym, odzieraniem z faktów życiowych. Nie mam przekonania, że chcę to robić. Z jednej strony, gdyby biografia miała powstać, byłaby to autobiografia, czyli to musiałoby być coś, co chciałbym napisać sam - zdradził Interii Andrzej Piaseczny. To jednak nie jedyny wątek naszej rozmowy. Wokalista opowiedział nam m.in. o tym, jak nie chciał ruszyć w jubileuszową trasę i czy tęskni za "The Voice of Poland".

Reklama

Pretekstem do rozmowy z Andrzejem Piasecznym była jego pierwsza solowa płyta koncertowa "25+", na której znalazły się piosenki wykonywane w ramach specjalnej trasy jubileuszowej gwiazdora z okazji jego 25-lecia działalności na polskiej scenie. Oprócz największych hitów w wersjach koncertowych, Piaseczny na krążku umieścił dwie nowe piosenki - "Czekając na sobotę" oraz "Słowa".

Sprawdź tekst piosenki "Słowa" w serwisie Teksciory.pl

Reklama

Zacznijmy od tego, co wydatnie wpłynęło na powstanie płyty "25+", czyli od jubileuszowe tournee z okazji 25-lecia. Jakby pan podsumował na chłodno minioną trasę po Polsce?

- Nie da się jej podsumować na chłodno, bo każdy koncert zostawił po sobie duże emocje. Jasne, że jak ma się za sobą 25 - 26 lat na scenie, to bywa, że przechodzą one do jakiejś szufladki w głowie. W tym przypadku zostały ze mną na dłużej, bo ja w ogóle nie chciałem dać się namówić na tę trasę. Miałem w głowie tyle pomysłów, że pierwszą moją reakcją na taką propozycję było "nie, absolutnie, ja chcę robić nową płytę, ja chcę robić nowe rzeczy, a nie oglądać się wstecz i dokonywać podsumowań".

- Zostałem jednak przekonany do postawienia przecinka. Nie po to, aby wystawiać sobie jakieś noty, czy też popaść w samozadowolenie, że tak długo działam w branży, ale żeby ten przecinek był jakimś rodzajem uwolnienia i przejścia. Okazało się, że to uwolnienie iluzoryczne, bo tak naprawdę w takiej działce jak muzyka popularna, którą uprawiam od wielu lat, nie da się uwolnić od przeszłości i dobrodziejstwa rzeczy, które samemu się robiło. Wiadomo, że ludzie dalej będą prosić o piosenki, które lubią i znają. Mało tego - tej publiczności to się należy! Zaskarbiłem sobie możliwość śpiewania dla publiki tak długo, bo udało mi się nagrać utwory, których ludzie się domagają.

- Dałem się namówić na trasę i byłem wdzięczny losowi i namawiającym, że się zgodziłem. Bo faktycznie ta trasa - możliwość zagrania w nowych, dużych salach, szansa na występy z większym zespołem, możliwość przearanżowania starych piosenek - była dla mnie szczególnym doświadczeniem, po którym emocje tak szybko nie opadają. Wcale nie miałem też planu na tę płytę. "Pech" chciał, że nagrywam wszystkie swoje koncerty, co doprowadziło do kolejnych namówień i stąd mamy taki album.

Mówił pan o wielu projektach, które ma pan w głowie. Czy nie miał więc pan pomysłu na solową płytę koncertową z największymi przebojami?

- Nie, nie było takiego projektu w mojej głowie. W ogóle to jestem zdania, że nic nie jest w stanie konkurować z muzyką na żywo. Oczywiście nagrania koncertowe dają nam część tych emocji, jednak musi być spełnionych kilka warunków. Doskonale zdaję sobie sprawę, że mamy na rynku, historycznie rzecz biorąc, całkiem sporą liczbę płyt koncertowych, które tak naprawdę były poprawiane w studiu. Moim założeniem było wybranie 15-16 nagrań, w których niczego nie trzeba będzie poprawiać - w grę wchodziło tylko zgranie i miksowanie materiału. Okazało się, że tych piosenek jest na tyle, że można zrobić z nich osobny projekt. Poważniejszych planów wcześniej nie miałem.

Czy trudno było dokonać selekcji piosenek na płytę koncertową? Bo wiadomo, że nie wszystko mogło się zmieścić i trzeba wybierać między największymi przebojami a piosenkami, które są dobrze zaaranżowane, ale mniej znane.

- Starałem się przede wszystkim, żeby ta płyta była wyważona. Myślę, że wielu artystów ma poczucie, że nagrali jakieś perełki, które nigdy nie miały szansy stać się singlami z różnych powodów. Koncert daje nam możliwość, aby między przebojami znalazły się właśnie takie piosenki. Chciałem dokonać takiej selekcji w zrównoważany sposób. Ona była o tyle łatwiejsza, że nie wszystkie nagrania nadawały się do publikacji. Chcę też dodać, że na płycie nie znalazły się tylko piosenki najlepsze z punktu wykonawczego. Na albumie koncertowym słuchacze mogą otrzymać pewne niedociągnięcia. Emocje związane ze śpiewaniem na żywo doprowadzają do różnych sytuacji, a my nie jesteśmy maszynami. Ludzie podskórnie lubią czuć te niedoskonałości, bo w nich jest życie, w nich są emocje.

Sprawdź tekst utworu "Czekając na sobotę" w serwisie Teksciory.pl

Na płycie znalazły się dwie studyjne piosenki, a jedna - "Czekając na sobotę" - przyciąga uwagę swoim brzmieniem. Skąd pomysł na taki utwór?

- Pomysł był taki, żeby zrobić pętelkę czasową i może trochę wrócić gdzieś tam do lat 90., do momentu, kiedy byłem mniej rzewny a bardziej rozrywkowy i żeby spróbować pójść w tamtym kierunku. Mi się wydaję, że jeśli człowiek jest poukładany, a mam wrażenie, że takim człowiekiem zaczynam być, to rodzi się w nas zapotrzebowanie na wesołość, które może być też wesołością rytmiczną.

Czyli mówimy tutaj o puszczeniu oka w stronę fanów, którzy znają panie przede wszystkim z płyt bardziej klubowych, które powstawały w latach 90.?

- Trochę tak. Mam świadomość, że postrzega się mnie jako artystę nostalgicznego, romantycznego, balladowego i lekko smutnawego, podczas gdy sama płyta koncertowa pokazuje, że jest w tym wszystkim sporo rytmu i energii. Takie nagranie jest puszczeniem oka w kierunku mojej publiczności z przeszłości, z czasów, kiedy wydawałem swoje pierwsze solowe płyty, ale też jest dowodem na to, że jeszcze stoję na nogach i mam sporo energii.

A nie ma pan obaw, że ktoś może pomyśleć o tym, że Andrzej Piaseczny próbuje podpiąć się pod młodszych artystów, którzy poruszają się w estetyce electropopu?

- Na pewno nie próbuję się pod kogoś podpiąć, bo gdybym coś takiego chciał zrobić, to musiałbym "romansować" z którymś z młodszych wykonawców lub producentów. A piosenka jest nagrana przeze mnie i przez mój zespół w moim mieście, więc nie ma tutaj żadnej ucieczki. Ponadto myśl, że prawo do tego, żeby pokręcić nóżką ma tylko młodzież, jest bardzo niebezpieczna. 

"Czekając na sobotę" powstało wraz z Kasią Lisowską, z którą ma pan okazję współpracować już od jakiegoś czasu. Czy istnieje możliwość, że nagracie wspólnie płytę?

- Niewykluczone. Nie miałem do tej pory takiego pomysłu, natomiast Kasia ma wyjątkową łatwość do składania melodii, które dobrze mi się śpiewa. Biorąc pod uwagę, że uzupełniamy się też na scenie, to pozostawię otwartą furtkę do tego planu na przyszłość. Nie wiem, czy dojdzie do jego realizacji i czy odbędzie się to w najbliższym czasie.

Kasię Lisowską poznał pan w "The Voice of Poland". Zastanawiam się, czy tęskni pan do odkrywania talentów w tym programie?

- Powiem przewrotnie - oglądając program, zastanawiam się, czy talenty nie powinny tęsknić za mną. Oczywiście to, co mówię jest przejawem mojego poczucia humoru a nie pewnego rodzaju bufonady. Przyznam, że bardzo lubię być w tym programie. On jest z jednej strony próbą wyłowienia talentów gdzieś tam z morza propozycji, ale jest też możliwością prezentacji swojego punktu widzenia w stosunku do tychże talentów. Nie boję się głośno powiedzieć, że nie zawsze ten, kto jest w danej chwili lepszy wokalnie i warsztatowo, jest zdolny do tego, aby zaskarbić przychylność publiczności i przytrzymać ich przy sobie dłużej niż jednym lub dwoma wykonaniami. Dlatego, będąc tam, starałem się szukać osobowości a nie gotowego produktu.

W książeczce dołączonej do płyty napisał pan: "Lubię siebie z wiekiem coraz bardziej". Czy były więc takie epizody w karierze, w których pańska samoocena był zdecydowanie niższa i pojawiły się momenty zwątpienia?

- To bardziej cecha charakteru. Nie jestem człowiekiem, który miał tę wiarę w siebie dawno temu. Ja się jej musiałem nauczyć się czerpać przyjemność z tego, że coś mi się udaje. I proszę mi wierzyć, że tego stanu nie osiągnąłem lata temu i nie osiągnąłem go wtedy, gdy święciłem największe triumfy. Dzisiaj mam świadomość tego, że jestem w pierwszej lidze dojrzałych wykonawców, bardzo lubię swoją pozycję, bo ona daje mi komfort bezpieczeństwa wewnętrznego.

- I jestem zdania, że artyści, poprzez to, że muszą być osobami wrażliwymi, są bardzo mocno narażeni na niską samoocenę. Nawet ci, którzy wydają się być bardzo mocno asertywni, pewni siebie i nie jest w stanie pokonać ich najbardziej porywisty wiatr czasu, przywdziewają tylko pewne maski. Ja nie boje się, że musiałem długo uczyć się tego, aby się polubić.

A co by Andrzej Piaseczny z 2018 roku powiedział temu młodszemu sobie w trudnych momentach?

- Wyluzuj! Nie przejmuj się, rób swoje. Naprawdę uważam, że Wojciech Młynarski stworzył maksymę idealną, która powinna być stać się polską maksymą stulecia - "róbmy swoje". Kiedy robimy cokolwiek, co będzie związane z ludzką oceną, nigdy nie będzie ona tylko przyjazna i przychylna. Tamten Andrzej Piaseczny, tamten Piasek, tamten członek Mafii z pewnością zbyt mocno się przejmował, nie potrafił przyjmować krytyki w dobry sposób. Patrzył na nią jako na element niszczący. Uprawiam taką działkę muzyki, że trzeba walczyć o przychylność ludzką. Z drugiej strony Andrzej Mogielnicki, stary wyjadacz, powiedział kiedyś "hit ułatwia życie" - a ja chce jeszcze trochę pożyć.

25 lat na scenie za panem. Zastanawiam się, czy nie będzie chciał kiedyś podsumować swojej kariery autobiografią, biografią lub wywiadem rzeką?

- Raczej nigdy coś takiego nie powstanie - z kilku powodów. Raz, że moje życie, choćby było interesujące, a moim zdaniem jest, to jednak moje życie i uważam, że nawet będąc osobą rozpoznawalną i taką, która się dzieli swoimi emocjami, to chcę robić to jedynie swoją twórczość i piosenki. Autobiografia jest dzieleniem się kompletnym, odzieraniem z faktów życiowych. Nie mam przekonania, że chcę to robić. Z jednej strony, gdyby biografia miała powstać, byłaby to autobiografia, czyli musiałoby to być coś, co chciałbym napisać sam. Z drugie strony nie wiem, czy chciałbym to kiedykolwiek napisać.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Piaseczny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje