Reklama

"Tak zwyczajnie, od serca... "

Zbigniew Hołdys to już legenda polskiej muzyki rockowej. Przez wiele lat był szefem zespołu Perfect, ale nie chciał zgodzić się na jego reaktywowanie i dlatego nie występuje z nim obecnie. Od 1991 roku praktycznie nie udzielał się na scenie muzycznej. Otworzył w Warszawie własny sklep z instrumentami, później zaczął wydawać własne pismo „Ultra Szmata”. Na powrót do muzyki zdecydował się dopiero w ub. roku. W grudniu dał koncert w warszawskiej Sali Kongresowej, a niedawno nagrał swą pierwszą solową płytę „Hołdys.com”.Z tej okazji Jarosław Szubrycht rozmawiał z Hołdysem o jego nowym albumie, Internecie, powodach powrotu, towarzyszących mu muzykach i muzycznych inspiracjach.

Jak doszło do tego, że zdecydowałeś się powrócić na scenę? Uległeś namowom innych, czy podjąłeś decyzję samodzielnie?

Reklama

Uległem namowom Tytusa, mojego syna, który ma w tej chwili niecałe trzynaście lat i nigdy nie widział mnie na scenie. Równo rok temu z przekąsem powiedział, że pewnie już mnie nigdy na koncercie nie zobaczy i skapowałem, że jestem mu to winien. Tytus przecież żył w świecie i otoczeniu, którego do końca nie mógł zrozumieć. Podchodzili do mnie różni ludzie, gratulowali czegoś, z jakiegoś powodu prosili o autografy i on nie bardzo znał tego przyczyny. Zrozumiałem, że muszę to zrobić dla naszego wspólnego dobra, ponieważ wychowujemy się wspólnie na takim szczerym, bliskim poziomie, że jestem mu to winien. Nie będę mu opowiadał, jaki ja byłem dzielny, jakim byłem wielkim sportowcem i jak w czasie wojny pięknie walczyłem, ale po prostu pokażę mu, ile jestem wart. Następnego dnia po tej naszej rozmowie, wynająłem Salę Kongresową i rozpocząłem przygotowania do koncertu.

Jak mu się podobało?

Bardzo. Tytus był zachwycony, zresztą od początku do końca uczestniczył w przygotowaniach do tego koncertu. Poczuł się bardzo potrzebny, pomagał nawet przed samym koncertem, pełniąc rolę inspicjenta. Rozdawał rozpiskę operatorom świateł itd. Myślę, że duma i szczęście, to uczucia, które towarzyszą mu do dziś.

Jakie emocje towarzyszyły tobie, kiedy po raz pierwszy od 12 lat wchodziłeś na deski sceniczne? Czułeś tremę?

Nie, nigdy jej nie odczuwam. Nie wiąże się to jednak z tym, że ufam zbytnio swojej rutynie, czy doświadczeniu, ale z moim podejściem do życia i muzyki. Niedawno czytałem artykuł na temat Phila Jacksona, obecnego trenera Los Angeles Lakers, a wcześniej Chicago Bulls, który w bardzo podobny sposób prowadzi swoje życie. Sprawa polega na tym, że to, jak gram, nie podlega ocenie, podobnie jak nie podlega ocenie to, jak ktoś wygląda, czy to, kogo kochamy. Po prostu kochamy, gramy i wyglądamy tak, jak nam natura na to pozwala. Wyszedłem z założenia, że jeśli znajdę się na scenie i usłyszę gwizdy lub głosy sprzeciwu, to powiem tym ludziom otwarcie, że przepraszam, jeśli ich rozczarowałem, niech się nie gniewają - ale ja po prostu tak gram, lepiej nie potrafię, to jest wszystko, na co mnie stać. Gwizdy do mnie nie dotrą, bo oznaczają, że ktoś ocenia swój gust, swój smak, a nie mnie. Z drugiej strony zdawałem sobie sprawę z tego, że gramy dobrze, więc musiałem raczej walczyć z tremą towarzyszących mi muzyków, którzy na tydzień przed koncertem poczuli nagle wielką odpowiedzialność. Sądzili - może i słusznie - że moje losy leżą w ich umiejętnościach. Powiedziałem im, żeby się nie martwili, bo grają wspaniale i tylko ja mogę coś spierdolić.

import rozrywka

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: pomysł | muzycy | natura | internet | rzeczy | Tytus | koncert | muzyka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje