Reklama

Reklama

"Świecąca marchewka"

Trudno nie znać Kayah, która od połowy lat 90. wylansowała tak znane przeboje, jak m.in. "Testosteron", "Fleciki", "Supermenka", "Na językach", czy "JakaJaKayah", a jej współpraca z Goranem Bregoviciem zaowocowała jedną z najlepiej sprzedających się płyt ostatnich kilku lat. Z albumu "Kayah & Bregović" (1999) pochodzą takie utwory, jak "Prawy do lewego", "Śpij kochanie, śpij", "Nie ma, nie ma ciebie" czy "To nie ptak". Wszystkie wymienione nagrania znalazły się na dwupłytowej składance "The Best & The Rest" (premiera 2 maja 2005 r.), którą Kayah podsumowała ostatnie 10 lat. Jednocześnie ta płytą wokalistka zakończyła współpracę z wytwórnią BMG (obecnie Sony/BMG), dla której nagrywała od początku swej kariery. Kayah w rozmowie z Michałem Boroniem opowiedziała o planach na przyszłość, własnej wytwórni Kayax, młodych talentach, programie "Idol", a także o horoskopach i kolejnej płycie. Wokalistka przyznała, że marzy jej się współpraca z twórcami z Afryki.

Album "The Best & The Rest" to materiał podsumowujący twoje dokonania z ostatniej dekady, to także podsumowanie twojej 20-letniej obecności na scenie. Czujesz się weteranką?

To zależy od dnia. Bo są dni, kiedy czuję, że mam 70 lat, z których większość spędziłam na scenie i wtedy się czuję doświadczona oraz wiele wiedząca i potrafiąca. Ale też czasami czuję się tak zielona za uszami, że mam wrażenie, iż są to moje pierwsze kroki. Zresztą ten zawód, poprzez swoją chwiejność i brak poczucia pewności, że się panuje nad czymś, dostarcza ciągle takiej huśtawki. Człowiek uczy się cały czas.

Reklama

A czy w takiej sytuacji czujesz na plecach oddech młodszych rywalek?

No, ale to jest akurat bardzo fajny oddech (śmiech). I bardzo go lubię. Zresztą własną działalnością wydawniczą mam zamiar ten oddech wspomagać swoim doświadczeniem i inwestować w młode talenty.

A nie boisz się, że na własnej piersi wyhodujesz sobie konkurencję?

Nie, nie boję się, zresztą nie pojmuję tego w sposób konkurencji. Muzyka jest czymś, czym się karmię od samego początku. Nigdy nie traktowałam tego w kategorii wyścigów. Uważam, że współtworzenie czegoś z innymi, jest wspaniałe. Prawdopodobnie za jakiś czas moje działanie muzyczne w jakimś tam stopniu ograniczę, bo po prostu nie będzie mi się chciało użerać. Nie będę miała siły z racji wieku (śmiech).

Ja uważam, że to jest bardzo naturalna kolej rzeczy, że przychodzą nowi artyści, nowe nurty. Natomiast Polska leży pod taką szerokością geograficzną, że fani raczej nie starzeją się ze swoimi idolami. To jakiś polski kompleks, bo jednak Barry White mógł śpiewać do końca, mimo że latka mu leciały. Tutaj funkcjonuje zjawisko "Umarł król, niech żyje król".

To przykre, bo uważam, że czas dla prawdziwego artysty działa absolutnie na korzyść. Artysta staje się dojrzały, a więc ma więcej do powiedzenia. Jego usługi są najwyższej jakości, dlatego uzasadnione mi się wydaje podążanie za artystą przez wiele lat.

Rozglądając się wokół na naszym rynku, są artyści, którzy pomimo swojego wieku, mieli takie momenty, że było o nich cicho, a potem wracali i to bardzo głośno. Są też artyści, którzy swoje usługi utrzymali na najwyższym poziomie od samego początku. Weźmy tutaj Marylę Rodowicz, która jest tego najlepszym przykładem. Przypuszczam, że prawdziwi artyści są w stanie zawsze się obronić.

Mówiłaś, że za jakiś może ci się już nie chcieć robić różnych rzeczy. Płyta "The Best & The Rest" też kończy pewien etap. Czy w związku z tym staniesz się bardziej menedżerką / producentką / poszukiwaczką talentów, niż wokalistką?

Nie. Ta płyta ma taki kształt i wychodzi teraz, bo wygasa kontrakt z moją wytwórnią wytwórnią BMG. Zamyka ona dekadę, 10 lat współpracy, jest to więc idealny moment na podsumowania. Ten moment jest właściwie przeze mnie oczekiwany - nie dlatego, żeby było mi jakoś okrutnie źle w BMG - tylko czuję, że najwyższy czas sprawdzić nowy system, który pojawił się w moim życiu bardzo naturalnie, czyli wytwórnia Kayax.

To, że jest ona już sprawna, udowodniła wydaniem paru płyt, takich jak Envee "Niewinni czarodzieje", 15 Minut Projekt, Novika, Krzysztof Kiljański... Jestem już artystką samodzielną, niezależną i jest to najwspanialszy luksus móc wydawać płyty samemu. Kontrolować i przepływ gotówki, i pewną politykę promocyjną.

"The Best & The Rest" jest zamknięciem etapu z BMG i jednocześnie rozpoczęciem całkiem nowego, na swoim garnuszku. To bardzo naturalne przeobrażenie.

No właśnie, można powiedzieć, że na "dzień dobry" Kayax odniósł kilka sukcesów, jak choćby za sprawą Krzysztofa Kiljańskiego.

Jesteśmy bardzo dumni z tego, co udało nam się zrobić. Tym bardziej, że jest to wynikiem pracy tylko czterech osób, czyli mnie, Tomika, Sylwii, Marty, no i dwóch dochodzących osób, które nam bardzo pomogły, szczególnie przy promocji Krzysia Kiljańskiego, mówię tu o Agacie i Piotrku.

Rzeczywiście są to sukcesy, ale nie tylko się odnoszą do tego, co się daje dotknąć, co jest namacalne, czyli wyników sprzedaży czy Złotej płyty Krzysia Kiljańskiego. Te nigdy nie były dla nas najsmaczniejszą i najjaśniej świecącą marchewką.

Kiedy zakładaliśmy Kayax, bardzo ambicjonalnie i emocjonalnie podchodziliśmy do tematu. To spełnienie naszych marzeń. Wszyscy jesteśmy pasjonatami i to jest głównym motorem naszych działań. Chcieliśmy wydawać muzykę, która niekoniecznie schlebia gustom masowym, a raczej zaspokaja nasz gust muzyczny.

Oczywiście ideałem jest, kiedy udaje się wypracować pewien kompromis, tudzież doświadczyć tego, czego doświadczamy teraz. Czyli że to, co nam się wydawało niszowe, okazało się, że znalazło swojego odbiorcę.

W dodatku ten odbiorca swoją ilością potwierdził, że ludzi wrażliwych i inteligentnych mamy więcej, niż się to wydawało. To jest bardzo budujące. Jako niewielka wytwórnia możemy sobie pozwolić na założenie, że nas zyski jako takie nie interesują. Nie jest to główny bodziec, z tej prostej przyczyny, że nie mamy wysokich kosztów utrzymania, wielkiego biura, mnóstwa pracowników i tak dalej. Jeżeli te zyski się pojawiają, to nas bardzo cieszą, bo tym więcej możemy zainwestować w nowe talenty.

Muszę powiedzieć, że jest ich mnóstwo, to miód na nasze serce. Niestety, z bólem tego serca musimy niejednokrotnie odmawiać wspaniałym artystom, którzy przysyłają do nas demówki, dlatego że mamy problem z czasem - czyli czymś, czego się nie da od nikogo pożyczyć.

A z tych młodych, utalentowanych. widzisz kogoś, kogo byś chciała mieć w Kayaxie?

Akurat udało nam się z Tomikiem ułożyć taki biznes-plan, który absolutnie wymaga od nas uwagi i pracy na przyszłe miesiące. Udało nam się pozyskać artystów, w których bardzo wierzymy. Naszym następnym planem wydawniczym jest zespół Zakopower - coś, co - mam nadzieję - trochę wstrząśnie rynkiem, i zespół Mosquito, który z kolei jest w stanie uwodnić, że Polak też potrafi zrobić muzykę bardzo taneczną, bez kompleksów międzynarodowych.

Były też projekty, które bardzo mi się podobały, ale moglibyśmy je położyć z braku czasu. A byłoby to niewybaczalne, bo każdy artysta zasługuje na full atencji i full obsługi. Mówię tu o przepięknej, poetyckiej płycie Doroty Miśkiewicz. Chciałabym, żebyśmy to mogli wszystko ogarnąć. Może stoimy przed koniecznością restrukturyzacją firmy, zmianą podziału obowiązków.. Zobaczymy, jak to będzie, bo nie chciałabym się poświęcić jedynie tym pracom organizacyjnym. Jestem muzykiem i tę wewnętrzną potrzebę tworzenia nadal posiadam.

A jak w takim razie oceniasz program "Idol", który też jest taką szansą dla młodych? Oglądasz najnowszą edycję?

Program bardzo lubię. Uważam, że to jest samograj i zawsze się przy nim świetnie bawiłam. Niestety, akurat ta ostatnia edycja zbiegła mi się z intensywną pracą i widziałam zaledwie parę odcinków. Mam generalnie bardzo pozytywny stosunek do tego programu.

Nie zawsze zgadzam się z opiniami jury. Uważam, że są one nieraz niesprawiedliwe i bardzo okrutne. Różne są dzieci w szkole - takie, które jak dostaną dwóję, to się mobilizują i odnajdują w sobie mnóstwo sił, aby pracować nad sobą lepiej, ale są także takie, które się totalnie załamują i nie są w stanie się podnieść. Dlatego będąc w jury byłabym o wiele bardziej ostrożna w tych opiniach.

Jest to otwarcie furtki dla młodych talentów, silnych ludzi. Oczywiście, talent nie zawsze idzie razem z tupetem i siłą charakteru. Artysta bardzo często jest osobą bardzo delikatną i w związku z tym nadwrażliwą. "Idol" bardzo się przysłużył polskiej muzyce, bo pozwolił wyłonić wiele prawdziwych talentów - i to niekoniecznie osoby, które go wygrały.

Bardzo cenię sobie Anię Dąbrowską, o której pewnie byśmy nie usłyszeli, gdyby nie ten program, albo byśmy nie usłyszeli tak szybko. Jest też "Brodzia" [Monika Brodka - przyp. red.], która też jest dość ważną postacią. Ale jest w tak młodym wieku, że jeszcze zdąży rozwinąć skrzydła. Niewątpliwie posiada głos i niepokorną naturę, która stanowi o jej osobowości, lecz do dojrzałości chyba jej jeszcze daleko. Ale bardzo w nią wierzę.

W tej edycji jest też znany z "Big Brothera" Piotrek Lato, który dysponuje bardzo ciekawą barwą i jest takim fajnym kolesiem. Miałam okazję z nim rozmawiać i wiem, że nie prezentuje takiej totalnej desperacji, która mnie odrzuca od ludzi nastawionych bardzo mocno na karierę. Ponieważ zawsze byłam osobą, która nie robiła kariery, tylko muzykę, dlatego tacy ludzie są mi bliżsi.

Akurat tak się złożyło, że Karolina Szarubka, która zaśpiewała twój "Testosteron", odpadła już po pierwszym koncercie finałowym..

Źle zaśpiewała, niestety. Śledziłam jej kroki, ponieważ spotkałam ją na swojej drodze i jej kibicowałam. Ma ciekawą barwę, jest osobą niepokorną, jest bardzo inna. Poprzednie piosenki w jej wykonaniu robiły rzeczywiście wrażenie.

Jacek Cygan po jej występie powiedział: "Świetnie, że wybrałaś ten utwór i myślę, że Kayah się cieszy".

Było mi przykro, że to akurat na moim numerze odpadła. Być może to nie była dla niej właściwa piosenka. Nie wiem w 100 procentach, jak wygląda dobór piosenek podczas tego programu. Na ile ludzie mogą sami sobie wybrać, a na ile jest to narzucane. Jeśli jest to narzucane, to uważam, że zrobiono Karolinie krzywdę, może się w tym nie czuła najlepiej. Moim zdaniem jest to najbardziej prawdopodobne.

Nie tak dawno powiedziałaś nam, że w Polsce w zasadzie osiągnęłaś wszystko. Czy to oznacza, że teraz czas na podbicie reszty świata?

Nie. Ja nie zakładam już niczego. Byłam tak blisko poważnych rzeczy na świecie, gdzie wydawało mi się, że to już... Jest tak wiele czynników, od których zależy, czy to wypali, czy nie. W rezultacie bardzo niewiele leży w gestii samego artysty. Dlatego ciśnienia nie mam żadnego.

Muszę powiedzieć, że dojrzałam, żeby życie zawodowe było tylko częścią mojego życia. To nie jest już najważniejsza dziedzina i jedyne źródło satysfakcji. Nauczyłam się czerpać radość z wielu innych dziedzin w życiu. Już dawno wiem, że scena to nie jest prawdziwe życie. Już się nie napinam za bardzo - co będzie, to będzie. W tej chwili struktury rynkowe tak się zmieniają, sposób rozprzestrzeniania muzyki, jak choćby internet, że nie wiadomo, do kogo i kiedy trafi twoje słowo, twoja nuta.

To, co nam dane, to się stanie. Jeśli ma się stać coś spektakularnego w moim życiu, to wolałabym, żeby stało się teraz, kiedy jeszcze jestem młoda. Ale nie sądzę, żeby Cesaria Evora była bardzo nieszczęśliwa z tego powodu, że największy boom w jej karierze przypadł na okres, kiedy miała 50 lat.

Ja jeszcze nie mam 40, więc może jeszcze mam czas (śmiech).

Mówiłaś także o kolejnych duetach - masz już jakiś pomysły?

Pomysły mam, ale na razie to się rozbija i o czas, i o kasę, i inne trudności. Marzy mi się, ale jest bardzo długa droga od marzeń do ich realizacji.

A kogo byś widziała obok siebie?

Pssssik! Uciekaj stąd, bo cię nie lubię. To do kota, który na moich oczach właśnie mi obsikał w kuchni kosz na śmieci.

A co do duetów, to marzą mi się egzotyczne, bo mnie zawsze pociągała (i nadal pociąga) muzyka etniczna. W związku z tym niekoniecznie są to nazwiska tak komercyjne, typu Sting, aczkolwiek ho-ho! (śmiech). Byłoby wspaniale. Ale może to i dobrze, bo mogłoby się pojawić parę głosów typu: O, już nie wie co robić, to się podpiera nazwiskiem.

Fascynują mnie artyści być może znani w Trzecim Świecie, a niekoniecznie w naszym, ale bardzo charakterystyczni. Wydaje mi się, że ich obecność dużo by wniosła. Zawsze marzyłam o tym, by robić muzykę, która by pozwalała podróżować bez wstawania z fotela. Jako dziecko byłam pod wielkim urokiem płyty Malcolma McLarena "Duck Rock" [z 1983 roku - przyp. red.]. Ta płyta zaszczepiła we mnie przemożną chęć zrobienia czegoś podobnego. To już tyle lat tkwi we mnie.

Być może uda mi się namówić artystów z Afryki. Bardzo bym chciała móc korzystać z ich talentów, np. chórów zuluskich z południowej Afryki, czy tak wspaniałych artystów, jak Youssou N?Dour, Salif Keita z Mali, przedstawicieli nurtu dju dju z Nigerii. Jest naprawdę tego przebogactwo.

Poza tym uwielbiam muzykę arabską, ma ona taki mistycyzm trudny do odnalezienia gdzie indziej. Marzą mi się też poszukiwania w innych kierunkach. Może jakieś ensamble, choć to są duże formy.. Nie wiem, na ile będę w stanie temu sprostać. Przede wszystkim ja niczego nie zakładam - zobaczymy, czy coś z tego w ogóle wyjdzie.

Już w tej chwili pracuję nad następną płytą, która się ukaże po "The Best & The Rest". Mam nadzieję, że uda mi się odwieść Tomika od jego planu, ponieważ on chciałby, aby pojawiła się w miarę szybko. Te plany są dość zuchwałe, bo jednak rynek jest dość mały i trzeba dać ludziom trochę oddechu i odpoczynku od siebie. Rzeczywiście mam już ponad połowę płyty i jest ona daleka od tych marzeń podróżniczych i etnicznych. Jest dosyć taka soulowa-jazzowa, i taka dość liryczna.

Gdzieś, chcąc nie chcąc, przypomina mi "Kamień". Zdarza mi się, od czasu wydania "Kamienia", ciągle spotykać ludzi, którzy wyznają mi miłość z powodu pojawienia się tej płyty i proszący o coś podobnego. Wydawało mi się, że "Stereotyp" ma jakiś pierwiastek energii wspólny z "Kamieniem", a mimo to ludziom nadal go brakuje. Więc może coś w tym jest, że rzeczywiście zatoczyłam koło.

Tych 10 lat, które mijają od czasu ukazania się "Kamienia", doprowadza mnie do punktu wyjścia, bo wówczas był on pierwszym krokiem na nowym gruncie. Ta następna płyta, już na własnym garnuszku, też będzie więc takim krokiem na nowym gruncie. Może właśnie dlatego postanowiliśmy, że będzie nosiła tytuł pokrewny, "Skała". Będzie mówić o tym, że nawet kropla jest w stanie ją wydrążyć, jeżeli trwa to dziesięć lat (śmiech).

Kiedy mówiłaś o osobach, z którymi chciałabyś współpracować, to tak się składa, że w większości wymieniałaś mężczyzn. W takim razie wolisz facetów? Bo przecież na twojej drodze byli Bregović, Kiljański, Smolik, Szcześniak, by wymienić tylko kilku.

Nie. Tak jakoś mi się powiedziało. Nic nie poradzę na to, że byłam wynajmowana jako chórek przez mężczyzn. A przecież była też Cesaria.. Śpiewałam też z Edytą Bartosiewicz, Urszulą. Rzeczywiście może był taki moment, że w Polsce większość tych osobowości scenicznych to byli mężczyźni. Potem pojawił się taki boom na kobiety, ale one były samowystarczalne i nie potrzebowały mnie (śmiech).

A tak na poważnie, to bardzo sobie cenię talenty kobiece. Uważam, że kobiecie jest dużo trudniej w świecie muzycznym, ale jako twórczyni. Bo odtwórczyń jest multum. Natomiast takich o silnej naturze, z wielkimi zdolnościami muzycznymi, które same komponują, aranżują, panują nad zespołem złożonym z męskich szowinistów, jest naprawdę niewiele. Na pewno taką osobą jest Edyta Bartosiewicz, o której przed chwilą wspomniałam. Może bierze się to stąd, że nie jest to takie łatwe.

W takim razie na koniec zapytam o taką mniej poważną sprawę - wierzysz w horoskopy?

Pisane w gazetach - w życiu!

A w inne?

Jeżeli są robione przez zawodowca, który bierze pod uwagę i godzinę, w której przyszliśmy na świat, domy, wszystkie koniunkcje - jestem skłonna uwierzyć.

Pytam dlatego, bo akurat tak się składa, że urodziłem się 11 lat później niż ty..

Naprawdę jesteś z 5 listopada? Ale jaja! To wspaniale! No i jak ci się żyje? Masz teraz dobry czas?

Chyba dobry...

Wiesz, prawda jest taka, że debilizmem byłoby przypuszczać, że ludzie dzielą się na te 12 znaków, że tak się da przyporządkować wszystkich. Kiedy analizuję na przykład sytuację Krzysia Kiljańskiego, który nie dość, że jest z tego samego dnia, to jeszcze z tego samego roku co ja, więc gdzieś te nasze współrzędne są bardzo bliskie. Choć na pewno mamy inne godziny, różne szerokości geograficzne, on jest mężczyzną i jesteśmy bardzo różni.

Kiedy więc obserwuję jego sytuację życiową, punkty kariery, to ja znajduję się w zupełnie innym momencie, który wymaga ode mnie wzięcia się w garść, wymaga ode mnie siły, bo akurat tak mi się układa.

Znalazłem takie zdanie w horoskopie Skorpiona, choć tym takim bardzo ogólnym, "gazetowym", z którego każdy może sobie coś do siebie dopasować, że "Twoje zadanie na ziemi polega na pomocy ludziom w ich przeprawie na drugi brzeg, oraz na przemianie tego, co ciemne, w świetliste". Czujesz, że to o tobie?

Tak. Fajne motto. Wszystko to, co zostało powiedziane, jest wyzwaniem. Życie jest sprostaniem takim wyzwaniom i to by się zgadzało. Ja bez wyzwań więdnę. Z drugiej strony te wyzwania i chęć im sprostania strasznie mnie spalają, ale widocznie bez tego ognia nie daje się żyć. Tak źle, i tak niedobrze (śmiech).

Jak tego nie ma, to tracę poczucie, że jest jakiś sens. Niech tak będzie jak najdłużej. Fajne, fajne - postaram się to hasło zapamiętać.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Artysta | rzeczy | artyści | śmiech | Kayah

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje