Reklama

"Popularność zespołu trochę nas przerosła"

Odkąd pojawiła się na polskiej scenie zawsze wzbudzała kontrowersje swoją bezpośredniością. Nikt jednak nie mógł zaprzeczyć temu, że nie ma dla niej konkurencji wśród przedstawicielek płci pięknej, jeśli chodzi o wykonawców rockowych. Dowodem tego wyróżnienia zdobywane przez zespół O.N.A. Agnieszka Chylińska stała się znakiem firmowym grupy, podobnie jak partie gitarowe Grzegorza Skawińskiego. Jest sporo prawdy w powiedzeniu, że zanim się kogoś oceni trzeba go najpierw poznać. Spotykając się z Agnieszką twarzą w twarz wielu adwersarzy mogłoby drastycznie zmienić swoje zdanie o wokalistce, słysząc jak chętnie i szczerze odpowiada, nawet na trudne pytania jej samej dotyczące. Z okazji premiery najnowszego dzieła grupy O.N.A. - "Mrok" - z obdarzoną niewątpliwą charyzmą piosenkarką spotkał się na bardzo miłej pogawędce Lesław Dutkowski.

"Mrok" nagrywaliście trzy miesiące, najdłużej ze wszystkich swoich płyt. Czy był to dla was komfort, czy wręcz przeciwnie, bo chyba gdy materiał jest już gotowy i się go przesłuchuje po raz kolejny, wówczas chyba chętnie by się coś poprawiło. Czy tak było w waszym przypadku?

Reklama

Małe sprostowanie - myśmy rzeczywiście siedzieli trzy miesiące nad repertuarem, tworzeniem utworów i nagrywaniem taśm demo, natomiast samo nagrywanie materiału w Warszawie zajęło nam dwa miesiące. Poruszyłeś fajny temat, zakodowanie się w tworzeniu muzyki. To jest cholernie trudna sprawa, bo na przykład Grzesiek jest taką osobą, która ciągnie w stronę takiego aptekarskiego czyszczenia wszystkiego milion tysięcy razy. W pewnym momencie jest tak, jakbyś był malarzem i miał powieszony wielki obraz, 10 metrów na 10 metrów. Przychodzisz każdego dnia i mówisz - Dzisiaj chyba zamaluję ten zielony fragment. To jest proces, który nigdy się nie kończy i był z tym problem. Myśmy w sumie w ciągu tych dwóch lat, kiedy świadomie zniknęliśmy z rynku, powiedzieli sobie, że nadeszła pora, aby sobie coś przemyśleć. Mieliśmy tyle materiału i tyle chęci wyrwania się do przodu, że nawet tydzień przed nagraniem demo potrzebowaliśmy trochę przystopować, wyluzować się. Za dużo było w nas informacji, twardy dysk już nam pękał (śmiech).

Przez te trzy miesiące bardzo dużo było rozmów. Głównym powodem, który sprawił, że zdecydowaliśmy się siedzieć dłużej nad tym wszystkim, była nasza poprzednia płyta "Pieprz". Była to płyta, głupio się do tego przyznać, powstała w dużej presji. Wiesz, jest zespół, jest Złota Płyta, kolejna nagroda i w pewnym momencie powiedzieliśmy sobie -No dobra, to teraz kolejna płyta i kolejna nagroda. Co się okazało? Okazało się, że ja teksty do "Pieprzu" napisałam z rozpędu, nawet nie zdążyłam się zastanowić nad tym, co to ma być. Nie było jakiejś koncepcji. Jak zwykle pojechaliśmy sobie na tydzień, zrobiliśmy numery, po tygodniu skończyliśmy, weszliśmy do studia na dwa miesiące i czekamy co dalej. Uciekła nam jednak rzecz, myślę że bardzo istotna, mianowicie pokora wobec tego, co robimy. Jeżeli znika pokora, to znika także sens tego, co robisz. W pewnym momencie straciłam sens tej całej roboty. Oczywiście nie wnikam w sprawy zewnętrzne, typu rynek. Jak się patrzy na nasz rynek, to się nie chce grać rocka, tylko grać gó**o albo w ogóle się zabić.

W pewnym momencie wszystkiego było za dużo, za gęsto i byle jak. Pewne rzeczy nie były przemyślane i to był taki zimny kubeł wody na nasze łby i szybka decyzja - Słuchajcie, znikamy, przemyślmy to. Dlatego ta płyta, tak uważam z perspektywy czasu i naszych wcześniejszych dokonań, jest najbardziej przemyślana, najbardziej przetrawiona, przećwiczona i przegrana. Mieliśmy mnóstwo prób, zanim podeszliśmy do nagrania demo, nie wspominając o wejściu do studia S-4.

import rozrywka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje