Reklama

Reklama

"Pielęgniarka na falach krótkich"

W maju 2004 roku ukazała się kolejna studyjna płyta popularnej u nas brytyjskiej grupy Marillion, zatytułowana "Marbles". W wersji dla fanów jest to dwupłytowe wydawnictwo, zaś w sklepach muzycznych rozprowadzana była jako jedna płyta. Wcześniej członkowie zespołu wielokrotnie podkreślali, że nie chcą nagrywać czegoś, co już kiedyś nagrali, aby się nie powtarzać. Na przestrzeni lat Marillion przeszedł więc od rocka progresywnego i art rocka z okresu, kiedy wokalistą był jeszcze Fish, aż po brzmienia bliższe pop-rockowi, a nawet muzyce elektronicznej. Ich eksperymenty spotykały się z różnymi reakcjami - od zachwytów ("Brave"), po totalną krytykę ("marillion.com"). "Marbles" dowodzi, że muzycy nie zaniechali poszukiwań - obok prostych piosenek, bliskich popowej wręcz stylistyce (jak przebojowy "You're Gone"), na "Marbles" znalazło się także miejsce dla monumentalnych utworów w rodzaju "The Invisible Man".

Reklama

Promocyjno-koncertowa wizyta Marillion w Polsce była okazją do rozmowy ze Stevem Hogarthem, wokalistą Marillion. Frontman grupy, oprócz uwag na temat "Marbles", opowiedział również o tym, jak widzi przyszłość świata muzyki. W jego rozmowie z Michałem Maziarzem pojawił się też wątek Księgi Rekordów Guinessa.


Powiedz na początek, o czym jest płyta "Marbles"? Słyszałem, że nie do końca zgadzasz się z opinią, że jest to koncepcyjny album, którego tematem przewodnim jest szaleństwo i różne stany ludzkiego umysłu.

(patrząc na wielką roślinę w donicy obok nas) Jaka wielka roślina!...

Nie zmieniaj tematu...

Nie, naprawdę jest ogromna (śmiech). Historia "Marbles" zaczęła się od krótkiego wiersza, który napisałem, opowiadającego o szaleństwie. W Anglii mamy takie powiedzenie - "If lose your marbles it means you're going to be crazy" ("jeśli zgubisz swoje kulki, oszalejesz"). Kiedy byłem dzieckiem, całymi dniami grałem w kulki z moim najlepszym kumplem. Nie było wtedy gier komputerowych. Używaliśmy do zabawy prawdziwych przedmiotów, nie wirtualnych.

"Marbles" to spojrzenie ze siebie, do czasów kiedy byłem dzieckiem, a świat wydawał się mieć w sobie więcej sensu. Ta płyta opowiada też o specyficznym zdarzeniu z mojego dzieciństwa, kiedy mój tata zabrał mi wszystkie moje kulki - miałem ich prawie czterysta. Im więcej kulek wtedy miałeś, tym większy był twój szacunek do samego siebie, bo wszystkie musiałeś wygrać. Tata zabrał mi je i dał jakiemuś dzieciakowi z mojej ulicy. Zrobił to, żeby mnie ukarać, ponieważ pewnego dnia ja i mój przyjaciel odkryliśmy, że "jeśli uderzasz kulki rakietą tenisową, lecą wysoko, wysoko w powietrze" ["if you hit marbles with a tennis racket they go up a very long way into the air" - fragment utworu "Marbles" - przyp. red.]...

Piszesz o tym w swoich tekstach.

Tak, to wszystko tam jest. Nie pomyśleliśmy tylko, że kulki będą przecież spadać w dół. A spadały na dachy, wpadały przez okna do domów, zabijały koty. Na naszej ulicy zrobiła się wielka awantura. Właśnie wtedy zabrano mi moje kulki.

O tym był ten wiersz: "Did anyone see my last marble? Sometimes I think I should go see a shrink in case he can find me some more" ["Czy ktoś widział moją ostatnią kulkę? Czasem myślę, że powinienem odwiedzić psychiatrę, żeby znalazł mi jakieś kulki (wyleczył mnie z szaleństwa) - fragment tekstu "Marbles I" - przyp. red]. Pracowaliśmy nad nim razem z Davem Meeganem, naszym producentem. To on podsunął pomysł, żeby utwór podzielić "Marbles" na cztery oddzielne części, które będą się pojawiać w różnych miejscach albumu. Myślę, że to nadało tej płycie swego rodzaju jedność. Ale to nie jest koncepcyjny album w większym stopniu niż chociażby "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band".

Pete Trewavas [basista Marillion - przyp. red.] porównał "Marbles" właśnie do "Sgt. Pepper's...".

Naprawdę? To ciekawe. Nie mieliśmy okazji o tym porozmawiać.

Wiem, że jesteś fanem Beatlesów.

Tak, wielkim.

Widzisz podstawy do takiej analogii?

Tylko takie, że na "Sgt. Pepper's..." jest podobna rzecz - płyta zaczyna się tym motywem o Sierżancie Pieprzu, który pojawia się do samego końca. Wszyscy twierdzą, że to był koncepcyjny album, ale ja twierdzę, że nie. To był po prostu zbiór świetnych piosenek. Myślę, że "Marbles" może tylko w niewielkim stopniu jest bardziej koncepcyjnym albumem niż "Sgt. Pepper's...", ale to nie jest prawdziwy tego rodzaju album. To nie było tak, że przystępowaliśmy do pracy nad materiałem z myślą, że ma to być jedna długa historia. Koncept albumem było już bardziej "Brave" niż "Marbles". Czy to jest odpowiedź na twoje pytanie?

Tak. Pete mówił, że "Marbles" zajmuje szczególne miejsce w waszych umysłach. Mniej więcej takie, jakie kiedyś zajmowała płyta "Brave". Jak ty to widzisz?

Szczerze mówiąc, dla mnie jest jeszcze trochę za wcześniej, bym mógł to ocenić. Póki co czerpię szczególną radość z wykonywania "Fantastic Place" - jestem bardzo dumny z tego utworu. Jest w pewien sposób bardzo podobny do "Beyond You" z "Afraid of Sunlight". Ma w sobie tę emocjonalną głębię i naprawdę cieszę się wykonując ten utwór na żywo - z powodu jego struktury i aranżacji Marka [Kelly'ego, klawiszowiec Marillion - przyp. red.], która świetnie tutaj pasuje.

Ale żeby ocenić ten album jako całość... Wiesz, bardzo łatwo jest mi siedzieć tutaj i mówić ci: "Oh, to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaką zrobiłem od dawna, jestem bardzo podekscytowany". Ale prawda jest taka, że wciąż jestem zbyt blisko tego wszystkiego. Spędziłem nad tym materiałem dwa i pół roku - pisząc go i nagrywając.

Nie masz dystansu...

Tak. Po tak długim czasie pracy nad czymś naprawdę nie jestem w stanie tego jeszcze ocenić. Ale myślę, że teksty, które napisałem, są dobre. "The Invisible Man" to najgłębszy, najsilniejszy emocjonalnie utwór, jaki kiedykolwiek stworzyłem. Przyznam, że podczas jego nagrywania bardzo obawiałem się, że to może być trochę zbyt dużo dla naszych fanów. Że ten utwór może być zbyt ciężki pod względem spraw, o jakich opowiada - o byciu świadkiem okrucieństwa wobec innych ludzi i tego, jak dwoje ludzi zakochuje się w sobie.

Zacząłem się zastanawiać, czy to po prostu nie będzie zbyt wiele dla współczesnej publiczności, ale odzew fanów na album był niezwykły. I to jest fakt, niezależnie od tego, co ja o tym myślę. Nawet reakcja krytyków ("Boże dopomóż" - rzuca Steve, kierując oczy ku niebu), była pozytywna.

"Ultra lounge and acid kitsch", "Mad Bad Kitsch Hits" - to cytaty z "Angeliny". Czy to wasz "protest song" przeciwko kulturze masowej?

Taaaaa... Nie, nie - "Angelina" nie jest krytyką, ani nawet komentarzem do kultury masowej. To była po prostu dobra zabawa. Widziałem kiedyś billboard reklamujący stację radiową w Londynie. Napis głosił: "Margherita takes requests" ("Margherita przyjmuje życzenia"). Brzmiało to jakby mieli jakiegoś DJ'a zwanego Margherita. Utkwiło mi to w głowie - ten slogan ma niezły rytm, podobało mi się, że brzmiało to raczej jak reklama prostytutki niż DJ'a. Zmieniłem Margheritę na Angelinę - rytm musiał być zachowany. Napisałem tekst o kobiecie-didżeju, do której możesz zadzwonić w środku nocy, gdy jesteś pijany lub samotny, a ona cię pocieszy. To coś jak pielęgniarka dla samotnych na falach krótkich.

Ale ten tekst jest odrobinę dwuznaczny - może tak naprawdę ona nie jest DJ'em, ale po prostu dziwką. Natomiast uwagi typu "ultra lounge and acid kitsch" i tak dalej, to po prostu spostrzeżenia na temat muzyki, jaką może grać ta dziewczyna. Być może jest też "coś dla twoich rodziców" ["something for your mum and dad"], może jakieś stare kawałki.

Czy "Angelina" to jednoczesny atak na rozgłośnie radiowe, które zabraniają didżejom grania utworów Marillion?

Nie, to nie jest atak. Nie jest to też komentarz do całej tej sytuacji, chociaż jest ona dla nas bardzo frustrująca. Ale utwór nie ma z tym nic wspólnego.

Czy w kontekście bieżących wydarzeń na świecie, takich jak wojna w Iraku, nie miałeś pokusy napisania tekstu o wydźwięku politycznym? Nagraliście przecież kilka tego typu utworów, choćby "Berlin" czy "The King Of Sunset Town".

Powiedziałem już kiedyś, że "Living with the Big Lie" [z albumu "Brave" - przyp. red.], który napisałem w 1992 roku, mówił właśnie o tym - zderzeniu religii, mediach, którym nikt nie ufa, przywódcach, których nikt nie słucha. O tym, że żyjemy w ogromnym zakłamaniu. Bo byliśmy oszukiwani na temat tego, co się tam działo, wiesz o tym, prawda?

Wszystko co działo się w Iraku było jednym wielkim kłamstwem - od początku do końca. Oni wiedzieli, że tam nie było żadnej broni masowego rażenia w chwili, kiedy wkraczali do Iraku. Ponieważ są takimi tchórzami, że gdyby ta broń tam była - nigdy nie odważyliby się tam pojechać. Nie twierdzę, że Saddam Husain to dobry człowiek, ani że reżim partii Baas był dobry czy coś w tym rodzaju, ale myślę, że żaden kraj nie ma prawa tak po prostu zrzucać bomb na innych ludzi. Tylko dlatego, że uważa, że państwo, w którym żyją ci ludzie jest złe. Oni mają już inteligentne bomby, ale nadal nie wymyślili bomb, które zabijałyby tylko złych facetów. Bo bomby tego nie robią - one niszczą wszystko, na cokolwiek spadną.

Jest wiele innych państw na świecie, gdzie są dyktatorzy, gdzie ludzie nie są wolni, a każdy, kto występuje przeciwko systemowi nagle znika, zostaje zamordowany. Dobrym przykładem jest Korea Północna. Nie możesz tak po prostu wkraczać tam i zaczynać nalotów tylko dlatego, że się z nimi nie zgadzasz - to nielegalne, niemoralne i złe. Wynikiem tego fałszu będą następcy Osamy Bin Ladena - dotychczas był on jeden, teraz będą ich setki. To takie głupie. Nie wiem czy powinienem coś o tym napisać...

Wielu artystów komentuje bieżące wydarzenia.

Myślę, że nasza muzyka też jest odbiciem bieżących spraw. Napięcie na tym albumie odzwierciedla to, co się działo, gdy powstawał. Właśnie dlatego rozpoczynają go słowa "Ten świat oszalał" ["The world has gone mad"]. Nie myślałem o tym, żeby napisać prawdziwy "prostest song". Być może to zrobię, ale ja nie pracuję w ten sposób, że siadam i myślę "OK, teraz napiszę piosenkę. O czym ona będzie... Dobra, będzie o tym, albo tamtym...". Nie potrafię pracować w ten sposób, ponieważ mój umysł tak nie pracuje. Nie mogę pisać o prawdziwych rzeczach, które są we mnie - one wychodzą dopiero w odpowiednim dla nich miejscu i czasie.

Nie wiem, czy powinniśmy napisać utwór o tym, że interwencja w Iraku była błędem. Zrobiliśmy wokół tego dużo szumu, umieściliśmy informację o ataku na Irak na naszej stronie internetowej, która głosiła, że jesteśmy całkowicie przeciwni. Napisałem list do premiera Wielkiej Brytanii. Do dzisiaj mi nie odpowiedział. Zrobiliśmy wszystko co mogliśmy - głośno krzyczeliśmy, że to było złe, staraliśmy się wpłynąć na naszych fanów tak bardzo jak to było możliwe.

Każdy z członków Marillion ma na swoim koncie poboczne projekty - ty nagrywałeś jako H, Steve Rothery [gitarzysta] i Pete byli zaangażowani w Wishing Tree, Ian [Mosley, perkusista] w Iris i Postmankind. Pete grał ponadto w grupie Transatlantic. Czy doświadczenia, które wynieśliście z tych projektów wpłynęły w jakiś sposób na muzykę Marillion? Zyskaliście dystans do tego, co robicie wspólnie?

Faktycznie, grałem w grupie H, w której bardzo wyczuwalne są "wschodnie" wpływy - w składzie jest bowiem dwóch Azjatów: Aziz Ibrahim, gitarzysta ze Stone Roses, oraz Dalbir Singh grający na tabli. Muzyczne korzenie Aziza to klasyczna muzyka indyjska, bardzo interesują go także skale chińskie, orientalne, arabskie...

Właśnie, mówiłeś kiedyś, że Aziz zna je wszystkie.

Zgadza się. Bardzo dużo pracuje z tego typu rzeczami. Myślę, że wszystkie te wpływy przechodzą także do muzyki Marillion. Gramy czasem jam-sessions ze Stevem Rotherym, on gra jakieś indyjskie skale, eksploruje tamte obszary.

Melodia otwierająca "The Invisible Man" jest oparta na arabskim motywie.

Moje pierwsze wrażenie podczas słuchania początku tego utworu to... Radiohead.

Poważnie?

Tak. Późniejsze skojarzenie to "Wish You Were Here" Pink Floyd. Zgodziłbyś się z tym?

Nie mogę się nie zgodzić, bo to twoje wrażenie. Ale u mnie się nie pojawiło. Wiesz, to dobre miejsce na takie skojarzenia. Lepiej niż gdybyśmy mieli znów być porównani do cholernego Genesis.(śmiech)

Spodziewałeś się kiedyś, że będziesz w Księdze Rekordów Guinessa? Marillion trafił do niej za rekordowy czas [63 godziny i 29 minut] wyprodukowania DVD z zapisem koncertu "Before First Light: Afraid Of Sunlight" w 2003 roku.

(śmiech) Moglibyśmy trafić do Księgi Guinessa za najdłuższy czas bez snu. Nie, nigdy nie przypuszczałem, że będę w Księdze Rekordów. To naprawdę zabawne.

Pobijecie ten rekord z "Marbles"?

(śmiech) Moglibyśmy spróbować. Kamerzysta, który stoi teraz obok nas, był zaangażowany w to wszystko. Pewnie gdybyśmy tylko wspomnieli o tym, zaraz by się przewrócił. To była naprawdę ciężka i stresująca praca. Jeśli ludzie, którzy byli w to zaangażowani, chcieliby spróbować pobić ten rekord, nie mam nic przeciwko. Muszę ich tylko zapytać.

Mówiłeś kiedyś, przy okazji płyty "Ice Cream Genius", że twoje teksty można odczytywać na kilka różnych sposobów Na ile sposobów można zatem odczytywać teksty na "Marbles"?

Czekaj, muszę im się przyjrzeć... A więc prawdopodobnie na dwa. Do trzech (śmiech).

Jaki jest wasz stosunek do muzyki ściąganej z Internetu? Zgadzasz się z opinią, że wpływa to niekorzystnie na sprzedaż płyt? To zjawisko zwiastuje chyba rychłą śmierć nawet bootlegerom, których zresztą wielu artystów nie lubi.

Oto co myślę. W ciągu pięciu, dziesięciu lat, każdy mieszkaniec rozsądnie rozwiniętego kraju będzie miał dostęp do Internetu. To znaczy, że jeśli usłyszysz jakąś piosenkę, która ci się spodoba, będziesz w stanie pobrać ją z Internetu za pomocą e-maila i przesłać do swoich przyjaciół...

Za darmo?

Oczywiście.

A co z waszymi honorariami?

Pozwól mi dokończyć. Kiedy to się stanie, będzie prawie niemożliwe, by przemysł muzyczny nadal kazał sobie płacić za muzykę, tak jak jest teraz. To oznacza, że przemysł umrze. Już teraz umiera. Ma przed sobą co najwyżej kilka lat i to wszystko. Wszystkie wielkie koncerny płytowe upadną. Stanie się to już niedługo. Tak więc w przyszłości muzyka stanie się całkowicie darmowa. ludzie będą mogli jej słuchać nie płacąc nic. Myślę, że podobny proces dotknie radia, telewizji i filmu.

Kiedy już nie będzie przemysłu muzycznego, nikt nie będzie miał ogromnych pieniędzy na kampanie reklamowe dla Mariah Carey czy Britney Spears, nikt nie będzie umieszczał ich zdjęć na billboardach. Jedynym sposobem, żeby artyści mogli się utrzymywać, będzie bezpośredni kontakt z fanami. My już coś takiego zapoczątkowaliśmy - jakieś sześć czy siedem lat temu. Teraz nasza baza danych zawiera ponad 50 tysięcy nazwisk naszych fanów.

Mogę napisać do nich maila: "Cześć, zamierzamy zrobić to i to, myślimy nad tym i owym". Dzięki temu artyści staną się tak bogaci, jak jeszcze nigdy nie byli, ponieważ to przemysł muzyczny zabiera lwią część pieniędzy. Zawsze. Nawet teraz wielcy artyści są szczęśliwcami, jeśli uda im się wynegocjować od firm płytowych dwa, trzy procent zysku z każdego egzemplarza płyty, który mija czytnik sklepowy.

Dlatego to przemysł muzyczny będzie cierpiał na tym, że muzyka będzie darmowa - nie artyści. A z czego oni będą żyć? Załóżmy, że jesteś Stingiem, a muzyka jest za darmo, OK? Masz swoją stronę internetową, Piszesz e-maila do 5 mln swoich fanów na całym świecie: "Cześć, mam materiał na nową płytę. Mam nowy świetny zespół, najlepszego perkusistę na świecie, najlepszego basistę. Jestem bardzo dumny z tego materiału, to są naprawdę fajne piosenki, najlepsza rzecz jaką napisałem od dłuższego czasu. Jeśli chcesz, bym to nagrał, wyślij mi jakąś kwotę. Wpłać funta, 10 funtów, 50 pensów, jeśli uważasz, że jestem tego wart. Nie wpłacaj nic, jeśli jesteś spłukany i nie masz pieniędzy. Możesz zajrzeć na moją stronę i sprawdzać ile pieniędzy uzbierałem. Gdy będzie to 5 mln funtów - wejdę do studia".

Jeśli Sting by to zrobił, następnego dnia miałby 5 mln funtów. Mocno w to wierzę. Bo przecież ma pięć milionów fanów na całym świecie. Jeśli każdy z nich wpłaciłby mu funta, uzbierałby te pieniądze od razu. To byłaby najniższa cena za album Stinga, jaką bym kiedykolwiek zapłacił!

Zmierzam do tego, że jeśli masz fanów - oni cię wesprą. Nie ma problemu. Absolutnie żadnego problemu. Jedyna różnica jest taka, że w przyszłości artyści będą dostawać pieniądze za muzykę, której jeszcze nie nagrali, a nie za tą, która już powstała.

Wy już zrobiliście coś podobnego - zebraliście w ten sposób pieniądze na akcję promocyjną "Marbles".

Zgadza się. W przyszłości tak to właśnie będzie wyglądać. Muzycy będą bogatsi niż teraz, bo będą dostawać całość pieniędzy, a nie tylko ułamek kwoty, która trafia do koncernów muzycznych. Sting dostanie swoje pięć milionów, dziesięć czy ile sobie tylko zażyczy. I to jeszcze przed rozpoczęciem nagrań. Natomiast po nagraniu płyty udostępni ją w Internecie za darmo - na zawsze.

Można zapytać, po co w takim razie ktoś ma płacić za muzykę, jeśli wie, że po jakimś czasie będzie ona darmowa?. Chodzi o to, że jeśli ludzie uważają, że to, co robisz jest wartościowe - zapłacą za tę muzykę. Jest w Szkocji taki zespół Blue Nile, jestem jego wielkim fanem. Grupa pracuje nieprawdopodobnie wolno, nie sprzedaje zbyt wielu płyt, ale za to na ich koncertach możesz spotkać Annie Lennox, Petera Gabriela, Chrissie Hynde z The Pretenders. Połowa artystów z Anglii chodzi na ich koncerty, bo są prawdziwi, szczerzy, po prostu wspaniali. Robią interesującą eksperymentalną muzykę.

Jeśli pewnego dnia dostałbym od nich e-maila: "Słuchaj, chcemy nagrać nową płytę. Mógłbyś nam wysłać jaką kwotę, żebyśmy mogli wejść do studia?", od ręki wysłałbym im 50 funtów, bo wierzę w nich. Natomiast gdybym dostał podobnego maila od Britney Spears, odpowiedziałbym "Pieprz się, nic ci nie wyślę" (śmiech). Dlaczego ktokolwiek miałby tego słuchać? Czemu to służy? (śmiech)

A co z zespołami progresywnymi? Dosyć ostro rozprawiasz się ostatnio w wywiadach z rockiem progresywnym.

Pytając mnie ogólnie o konkretny rodzaj muzyki, kompletnie mijasz się z tym, o co tak naprawdę w niej chodzi. Bo co czyni muzykę dobrą lub złą? Bynajmniej nie to, czy to jest jazz, rock progresywny, dub, reggae, cholerne westernowe country czy co tam jeszcze. Jeśli ktoś pisze świetną piosenkę - to jest to świetna piosenka, niezależnie od tego, czy to jest progresyw, blue grass czy szkocka muzyka ludowa. Nie o to tu chodzi. Liczy się to, czy jest dobra.

Trochę dobija mnie, kiedy ludzie nazywają naszą muzykę progresywną, bo nie widzę żadnego porządnego zespołu progresywnego. Dlatego odczytuję to jako obelgę, ponieważ większość muzyki progresywnej, którą słyszałem, brzmi dla mnie okropnie wtórnie.

Lubisz w ogóle jakieś zespoły progresywne?

Nie lubię żadnego. Lubię za to Radiohead, jeśli nazwiesz ich zespołem progresywnym. Lubię też Muse, ale nie mam świra na ich punkcie. Miałem natomiast całkowitego świra na punkcie Radiohead, aż do czasu "Kid A". Szanuję to, że chcieli zrobić tego typu eksperyment, ale nie uważam, żeby efekt nadawał się do słuchania. Ta płyta po prostu mnie irytuje. (śmiech)

W Radiohead uwielbiam melodie Thoma Yorke'a - kiedy jest w nastroju pisze świetne rzeczy. Poza tym to znakomity zespół, byłem na ich koncercie. Więc jeśli nazwiesz ich muzykę rockiem progresywnym, powiem: "Tak, uwielbiam ich".

Wciąż mam wielki szacunek dla Yes, ale wynika on chyba raczej z nostalgii, ponieważ album "Yes" był zadziwiający, ale to było tak dawno... Absolutnie uwielbiam "Moving Waves" grupy Focus, ale miałem wrażenie, że później stracili moc.

Tak naprawdę, nie jestem zbytnio zainteresowany rockiem neoprogresywnym. Ale tylko dlatego, że nie słyszałem niczego, co wprawiłoby mnie w zachwyt. Jeśli usłyszę coś takiego, z pewnością będę bardzo podekscytowany. Po prostu na razie mi się to nie zdarzyło.

Wiesz, to wygląda tak - "Hej, napiszmy jakiś dwudziestominutowy kawałek na dziewięć ósmych - to będzie progresywne". To mija się z celem. To znaczy - dziewięć ósmych to wspaniała rzecz, ale tylko jeśli pasuje do całości. Jeśli celem jest zrobienie utworu tylko przypominającego dziewięć ósmych, lub cholerne jedenaście ósmych - każdy może to zrobić..

Nadal zbieracie bootlegi? Podczas pierwszej wizyty Marillion w Polsce Mark mówił, że ma wszystkie bootlegi Marillion. Wtedy było ich ok. 120, teraz pewnie dużo, dużo więcej.

Nie wiem. Ja ich nie zbieram, nie widziałem bootlegów Marka. Czasami ludzie przysyłają nam płyty z Korei Północnej, Tajlandii czy innych miejsc, gdzie znajdują je na bazarach. Wyglądają jak prawdziwe, bardzo trudno stwierdzić, że są podróbkami.

Według mnie bootlegi mogą tobie, jako artyście, tylko się przysłużyć. Naprawdę. Osobiście nie marzę o byciu milionerem, pieniądze nie mają dla mnie tak dużego znaczenia, jak np. dla kogoś w Korei Północnej, Tajlandii, Moskwie, kogoś kto nie ma nic, ale jest wielkim fanem tego, co robimy. Potrafię sobie wyobrazić, że ten ktoś chciałby dostać naszą płytę za darmo lub prawie za darmo. W takim przypadku nie mam nic przeciwko. Nie chcę pieniędzy od ludzi, których na to nie stać

Poza tym, jeśli bootleg znaczy, że ktoś może usłyszeć twoją muzykę, a inaczej nie będzie mu to dane, to nie widzę przeszkód. Kiedy ktoś słucha takiej płyty, emocjonuje się, być może postanawia w jakiś sposób zmienić swoje życie - to kolejna osoba, która wie, co siedzi w twojej głowie. Jeśli więc trzymasz tam dobre rzeczy, to one rozchodzą się po całym świecie. To musi być dobre.

Tak naprawdę nie dbam o to, czy ludzie płacą za to, czy nie. Jeśli mam wystarczającą ilość pieniędzy potrzebną do życia, do tego aby mój zespół nadal trzymał się razem, to mi wystarczy. Myślę, że przyszłość jawi się w jasnych barwach. Przemysł muzyczny umrze, odpustowi artyści odejdą i jedyna muzyka, która przetrwa i będzie się rozwijać, będzie dobra. Ludzie zaczną opowiadać sobie o tym, co słyszeli, będą sobie przesyłać tą muzykę. Kiedy to się stanie, każdy kto będzie dobry - będzie mógł stać się popularny na całym świecie.

Kilka lat temu rozmawiałem z gościem z Grateful Dead. Oto co mi powiedział: był w zespole, który uważał za niespecjalnie dobry, tak samo jak płyty, które nagrali. Sprzedaż albumów sięgała od kilku do kilkuset tysięcy egzemplarzy w Stanach. Pewnego dnia zdecydowali, że zamiast zabraniać ludziom nagrywać ich koncerty i robić zdjęcia, zrobią coś zupełnie odwrotnego - będą ich do tego zachęcać. Tak też zrobili - wydzielili nawet specjalne miejsce pod sceną, gdzie był najlepszy dźwięk i gdzie ludzie mogli ustawiać swój sprzęt do nagrywania. Niektórzy przychodzili z naprawdę dobrym sprzętem - z mikrofonami itd., inni z kolei przynosili zwykłe walkmany.

Każdego wieczoru wszyscy nagrywali koncert. Facet, z którym rozmawiałem, powiedział mi, że od tamtego czasu zaczęli zarabiać. Rosła sprzedaż biletów na koncerty, stali się znanym zespołem. Odkryli też, że ich poprzednie albumy zaczęły pokrywać się złotem, a potem platyną. To wszystko stało się dzięki bootlegom, które rozeszły się po świecie i przyczyniły się do wzrostu popularności zespołu. Myślę, że to jest właśnie przyszłość muzyki.

Chcecie zrobić to samo?

Nie mamy powodów, by tego nie zrobić.

A więc nie zabraniacie swoim fanom nagrywania i fotografowania podczas swoich koncertów?

Nie, mówiliśmy kiedyś, że nie dbamy o to. Nie sądzę, aby to mogło wyrządzić jakąś krzywdę.

Teraz jedno z najtrudniejszych pytań. Jak wyglądają obecnie wasze kontakty z Fishem?

Nie ma żadnych kontaktów. Następne pytanie.

OK, ale słyszałem, że przez 10 lat nie rozmawialiście z nim, a ostatnio coś drgnęło...

Nie. Ja z nim nie rozmawiałem.

Nikt inny z zespołu również?

Mark mógł z nim rozmawiać, ale chyba kilka lat temu. Teraz nie ma żadnych kontaktów. Dobrze mu życzę, ale... Wiesz, załóżmy że spotykasz wspaniałą kobietę, zakochujesz się w niej i po pewnym czasie ona zostaje twoją żoną. Wtedy, za każdym razem kiedy wychodzisz z domu, facet z mikrofonem pyta cię: "Jak żyjesz z poprzednim mężem twojej żony?". Ty na to: "W ogóle go nie znam". No bo dlaczego miałbyś dzwonić do niego żeby pogadać? Nie ma żadnego powodu.

Dlatego pytanie mnie o to, jak żyję z Fishem, jest najbardziej bezcelowym pytaniem, jakie ktokolwiek mógłby mi zadać.

Nie ma żadnych relacji. Jestem pewien, że to fajny gość, ale w ogóle go nie znam, więc cóż mogę ci powiedzieć.

Co sądzisz o powrotach dawnych gwiazd, choćby The Doors? Czy tego typu przedsięwzięcia mają w ogóle szansę odnieść sukces stricte artystyczny, czy wszystko sprowadza się tylko do pieniędzy?

To zależy wyłącznie od artystów, którzy są w nie zaangażowani i powodów, dla których to robią. Nie widzę nic złego w tym, że czterech czy pięciu starszych facetów zbiera się z powrotem i chcą stworzyć coś nowego. Jeśli zbierają się, żeby coś nagrać, zrobić coś, to jest to eksperyment, taki jaki my zrobiliśmy, kiedy dołączyłem do Marillion. Chłopaki powiedzieli wtedy "My robimy swoje, ty swoje i zobaczymy co nam z tego wyjdzie".

Zgoda, ale to nie był powrót.

Nie, ale to podobna sytuacja, ponieważ jeśli grupka facetów w dowolnym wieku decyduje się coś nagrać, poeksperymentować, to jest to zdecydowanie dobra rzecz, niekoniecznie zła. Problem pojawia się, gdy goście zbierają się i mówią: "Ta nazwa to nadal jest dobra marka, moglibyśmy zarobić na niej trochę pieniędzy. Dajmy im to, czego chcą i nagrajmy album, który będzie brzmiał tak, jak brzmieliśmy kiedy byliśmy dzieciakami".

Używając starej nazwy...

... używając starej nazwy, tworząc podobne dźwięki. "Posłuchajmy najpierw naszych starych płyt, żeby przypomnieć sobie, jak to kiedyś brzmiało". Ale nawet wtedy oni mogą napisać świetny utwór - choćby przez przypadek. Mogą stworzyć coś świetnego, magicznego. Dlatego nie możesz wysuwać pochopnych wniosków, chociaż większość zespołów, które się reaktywowały, grają na koncertach tylko stare przeboje. Ale jeśli to odpowiada ludziom, jeśli kupują bilet na koncert, żeby posłuchać bandy dziadków grających stare hity, to myślę, że to jest OK.

Jednak sam bym tego nie zrobił. Nie mógłbym się pogodzić z myślą, że za dziesięć lat miałbym grać "Living with the Big Lie", "Kayleigh", "You're Gone" czy jakikolwiek z naszych przebojów. Nie o to chodzi. Myślę, że to wstyd - za każdym razem gdy jakiś zespół robi coś takiego. Ale jeśli ludzie za to płacą...

Nie jestem dyktatorem, który mówi ludziom co powinno im się podobać, a co nie. Każdy ma prawo lubić to, co lubi. Mimo to, to trochę smutne kiedy kilku starych facetów zbiera się z powrotem tylko po to, żeby zarobić pieniądze.Pewnie słyszałeś o którejś z tych grup, które się reaktywowały - jak Kiss na przykład. Jezu Chryste! Dlaczego ktoś miałby tego słuchać? To wygląda raczej jak pantomima...

Chyba jeszcze Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków powinni się reaktywować (śmiech). I nagrać płytę (śmiech). W sumie - to niezła nazwa. Nazwę tak następną płytę H.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Zdjęcia: Wojtek Bojanowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL