Reklama

Reklama

"Nie lubię bycia gwiazdą"

George Michael, niekwestionowana gwiazda muzyki pop, powrócił w 2004 roku po 8 latach przerwy z nowym albumem zatytułowanym "Patience". Płytę pilotował przebojowy singel "Amazing", który gościł na listach przebojów na całym świecie. Artysta ma na koncie ponad 80 milionów egzemplarzy sprzedanych płyt, 6 jego singli znalazło się na pierwszym miejscu zestawień list przebojów w USA, a 11 w Wielkiej Brytanii. Przy okazji wydania nowego albumu George Michael opowiada m.in. o tęsknocie za starymi, dobrymi czasami, wadach i zaletach bycia gwiazdą, przywiązaniu do rodzinnych stron i odnalezionej wreszcie miłości.

Twoja nowa płyta nosi tytuł "Patience" (Cierpliwość). Po osobistych doświadczeniach z ostatnich lat, jakie znaczenie ma dla ciebie to słowo?

Przez bardzo długi czas nie mogłem wymyślić żadnego tytułu dla tej płyty. Często bywa tak, że tytuł pojawia się podczas nagrywania kilku ostatnich kawałków. Te utwory w moim przypadku są zawsze najlepsze, bo nie boję się już niczego, mogę tworzyć bez skrępowania. Tym razem nie mogłem wymyślić zupełnie nic. Teraz, kiedy patrzę na wyraz "cierpliwość", ma on nawet podwójne znaczenie. Jedno podkreśla to, ile czasu i energii psychicznej poświęciłem na angażowanie się w sprawy świata - sytuację w Iraku, sytuację na Bliskim i Dalekim Wschodzie, konflikt laicyzmu i religii itd. Stykamy się z tymi problemami na co dzień, prawie bez przerwy przez transmisje satelitarne. Wmawia się nam, że w tym wszystkim nie chodzi o ropę, w co i tak nikt nie wierzy. Wierzę, że jedyne co może nas ocalić od masowej zagłady, to właśnie cierpliwość. Zdjęcie na okładce płyty przedstawia dwóch chłopców. Mówi ono, że to dzieci zdecydują, czy dzisiejsze problemy zostaną kiedyś pokonane. I im należy się przedstawianie dziejów świata w sposób bardziej humanitarny. To więc było to jedno znaczenie wyrazu "cierpliwość" - odnoszące się do aktualnej kondycji świata. Druga sprawa to to, że moi fani są chyba najbardziej cierpliwymi fanami w historii popkultury. Od ostatniej porcji piosenek George'a Michaela minęło już 8 lat i żaden inny fan nie czekałby na nowe nagrania swojego idola aż tak długo. Ale tak po prostu wyszło.

Reklama

Singel promujący to wydawnictwo - "Amazing" - jest jednak wyjątkowo pozytywną piosenką o miłości. Czy możesz opowiedzieć coś o jej powstaniu?

Najdziwniejszą historią związaną z "Amazing" jest to, że była to piosenka od której zacząłem nagrywanie całej płyty i która w ostatecznej wersji powstała dopiero na 3 tygodnie przed końcem całego procesu nagrywania. Co daje w sumie prawie 5 lat procesu tworzenia! Pierwszą połowę napisałem bardzo szybko po tym, jak poznałem Kenny'ego [życiowy partner Michaela - red.] i chyba nigdy wcześniej nikt nie słyszał, żebym w swoich piosenkach śpiewał coś tak banalnie prostego. Zwykle bardziej pasują do mnie jakieś tragedie czy dramaty. Ale wydaje mi się, że w bardzo fajny sposób opisuje samo zakochiwanie się. Mam nadzieję, że tego lata wielu osobom przydarzy się to, o czym opowiadam w tej piosence - czyli po prostu spotkają swoją drugą połowę. I najlepsze w "Amazing" jest to, że wciąż czuję się tak samo zakochany! Dlatego kończyłem nagrywać ją z taką samą energią, jaką czułem do niej na początku.

Czego takiego nauczyła cię miłość?

Najwspanialsze w miłości jest to, czego doświadczył lub powinien doświadczyć każdy z nas - że osoba, którą właśnie spotykamy, może zmienić całe nasze życie. Wtedy dopiero otwieramy się na innych. Holly Hunter w "Living Out Loud" otwiera swoje serce właśnie wtedy, kiedy się zakochuje. Ten fakt potrafi zmienić punkt widzenia na cały świat, podejście do całej ludzkości.

Do singla "Amazing" powstało bardzo wiele tanecznych remiksów. Czym jest dla ciebie współczesna muzyka taneczna?

Zawsze słuchałem dużo muzyki tanecznej, może trochę mniej w ostatnim czasie, gdy większość kawałków robiona jest "na jedno kopyto". Moja ulubiona muzyka taneczna to funk, w każdej sytuacji mam ochotę tańczyć do "House Nation Under A Groove" czy którejkolwiek z płyt Prince'a. Po prostu funk wydaje mi się czymś bardziej sexy niż jednostajne rytmy współczesnej muzyki tanecznej. W funku najważniejsze są pauzy, przerwy między dźwiękami, a obecnie w tzw. dance music nie ma miejsca na żadne pauzy... Ale wciąż lubię słuchać przypadkowych nagrań dance - charakterystyczne w tej kulturze jest to, że nieraz wydaje na świat naprawdę genialne kawałki, które zwykle nie mają już swojej kontynuacji nawet w samej twórczości ich autora. Często jakieś nagrania są wynikiem przypadkowego połączenia w studio jakiś elementów, powstają jakby niezależnie od intencji swoich twórców. Mam wśród nich takie, które katuję na śmierć - choćby Toca's Miracle, które męczyłem prawie przez rok czy The Ones dwa lata temu. Tak więc jest wiele albumów dance, których słucham namiętnie, ale nie przywiązuję się do konkretnych artystów dance. Wydaje mi się, że gdyby w klubach puszczana była muzyka, którą ja uważam za dobrą, pewnie ciągle jeszcze bawiłbym się na tamtych parkietach. Kiedyś spędzałem tam 3-4 dni w tygodniu. Teraz już nie mam na to takiej ochoty.

Porozmawiamy o utworze "John And Elvis Are Dead". Kim dla ciebie są te ikony światowej muzyki?

W pewien sposób kawałek "John And Elvis Are Dead" powstał dla pokolenia żyjącego przede mną. Jest coś, czego ludzie nie do końca dostrzegają w mojej karierze - to kierowanie się zasadami gwiazdy rocka z lat 70., do których nikt już dzisiaj się nie stosuje. Mam na przykład bardzo staroświeckie poglądy na temat współczesnej muzyki - dlatego postanowiłem napisać taki lament o tamtej kulturze, o jej niesamowitej sile przebicia i tym, co po niej pozostało. A w zasadzie nie pozostało, bo to już obecnie tylko subkultura. Obecny "mainstream" wrzucił fascynacje dzisiejszych 30- i 40-latków do lamusa. Przemysł opiera się teraz choćby na założeniu, że wokalistki zwiększają sprzedaż gazet czy magazynów, w których się pojawiają, i wcale nie musi to iść w parze ze sprzedażą ich płyt. Weźmy na przykład casus Spice Girls - faceci chcieli je oglądać w telewizji, dzieciaki kupowały sobie ich plakaty, a mało kogo obchodziły w tym wszystkim ich płyty. Ojcowie ślinili się na widok ich zdjęć, małe dziewczynki ubierały się tak jak one i już mamy trzy kolejne rynki, na których sprzedaje się "towar zwany artystą". Wracając do piosenki - opowiada o moim koledze, który jeszcze jako nastolatek zapadł w śpiączkę w 1975 roku i budzi się jak gdyby nigdy nic po 20 latach. Nie chcąc brzmieć moralizatorsko, zastanawiałem się jak ująć w słowa requiem dla kultury, którą tak bardzo kochałem. Tak więc mój bohater budzi się w 2004 roku i po tygodniu dzwoni do mnie mówiąc: "O co, do cholery, w tym wszystkim chodzi?!". Znikły oczywiście uprzedzenia i ataki na mniejszości seksualne itd. itp., ale świat nie jest już tak wyidealizowany jak kiedyś. Nie wiem, może to wina przestawienia się młodych ludzi na kulturę konsumpcyjną, choć ciekawe, że obecne pokolenie ma przed sobą więcej perspektyw niż ktokolwiek wcześniej, a patrzy na świat bardziej cynicznie niż ich rodzice czy dziadkowie. Idealizm, który mam w sobie ja i ludzie w moim wieku, jest już czymś niemodnym i starałem się opisać go najładniej, jak tylko się da. Mój ulubiony fragment tej piosenki to: "Wszyscy, których kiedyś znaliśmy, poddali się wcześniej czy później. Widać to po ich twarzach albo po ubraniach, które na sobie noszą". Noszą na sobie po prostu wszystko mówiące etykiety, widoczne na wewnętrznych stronach ich ciuchów. Myślę o ludziach, którzy wyrośli na muzyce Joni Mitchell, Boba Dylana, The Beatles i całym tym idealizmie który był piękny, ale zniknął bezpowrotnie. Smutne jest to, że cała ta ideologia liczyła się tylko na początku, a potem została zamazana przez okrutną rzeczywistość życia codziennego.

Dzisiejsza kultura pop jest niesamowicie skomercjalizowana - przebojami stają się piosenki, które towarzyszą np. reklamom Pepsi czy Levi's. Aż trudno uwierzyć, że w Wham! po prostu śpiewał piosenki pop, które nie podchodziły pod żadną ideologię.

Rozumiem, że trudno jest zajmować się sztuką, jeżeli nie znajdzie się na nią odpowiedniego sponsora, ale z ręką na sercu mogę przyznać, że moje płyty wolne są od jakichkolwiek nacisków z zewnątrz czy pieniędzy sponsorów. I to wydaje się tak starodawne - wszystko, w co wierzyłem kiedyś, zdaje się być kompletnie bezużyteczne w odniesieniu do obecnego przemysłu muzycznego. Bo jeżeli z kultury młodzieżowej wyrwie się serce, które ją teraz napędza, to nie zostanie w niej już nic, na czym można by zarobić pieniądze. A dzieciaki, nawet dwunastoletnie, potrafią wyczuć ściemę.

Opowiedz proszę jakąś historię z tych dawnych, dobrych czasów, kiedy występowałeś w Wham! Podobno zdarzało się, że chodziliście po domach z kolędą...

Tak, w wigilię Bożego Narodzenia, zanim wszyscy w mieście byli już kompletnie nawaleni, chodziliśmy po domach w Hardishire, mając na sobie śmieszne tanie peruki. Mój kolega David brał ze sobą gitarę i maszerowaliśmy przez całe miasteczko z nadzieją, że skapnie nam trochę grosza. I średnio nam się to udawało, bo przez te trzy lata dostawaliśmy średnio po 7 funtów na głowę. Jeździliśmy i graliśmy też w autobusach. To był chyba ostatni raz w moim życiu kiedy jechałem autobusem... Pamiętam, że kierowca, który raz nas wiózł, był delikatnie mówiąc niepocieszony z tego powodu i specjalnie hamował tak gwałtownie, że co chwilę przelatywaliśmy z jednego końca autobusu na drugi. Zastanawiałem się wtedy, jak w nie-bożonarodzeniowym nastroju jest ten człowiek. Więc jest to prawda, chodziliśmy przez parę lat z kolędą, co dla jednego z nas skończyło się nawet na posterunku policji. Ale to było bardzo dawno temu.

Kawałek "Round Here" opowiada o twojej rodzinnej okolicy. Możesz powiedzieć na ten temat coś więcej?

Część utworów na płycie jest dla mnie bardzo osobista i to jest właśnie jeden z nich. Niewielu z nas mieszka całe życie w tym jednym miejscu, w którym się urodziliśmy. Dla jednych jest to ich własny wybór, dla innych konieczność. Ja sam przemierzyłem cały świat już pewnie kilkakrotnie, i też miałem możliwość zatrzymać się i zamieszkać w dowolnym miejscu na ziemi. Ale większość mojego życia skoncentrowana była na jednym kawałku ziemi, nie większym niż 5 mil kwadratowych. Tam znajdowała się moja szkoła, pierwsza praca, tam urodziła się moja matka, tam też teraz znajduje się moje obecne biuro i mam do tego miejsca ogromny sentyment. Wiele osób na pewno rozumie, co mam na myśli i odnajdzie w tej piosence ciepło rodzinnych okolic.

Czyli przechadzając się po swoim rodzinnym mieście myślisz sobie, że tu będą mieszkały także twoje dzieci? Jeżeli oczywiście będziesz je miał...

Od ponad 15 lat bardzo lubię chodzić do jednej restauracji położonej w tej okolicy. Może dlatego, że nie za bardzo lubię ten szok na twarzach ludzi, kiedy pojawiam się w jakimś nowym miejscu. Bardzo przyzwyczajam się do drobnych detali, jak choćby trzęsąca się ręka starego kelnera, który rozkłada talerze na stole. Mam swoje zwyczaje, a podróżując tak wiele czuję się bardziej przywiązany do swoich stron rodzinnych, niż ktokolwiek inny.

Jak radzisz sobie z byciem gwiazdą?

Bycie "gwiazdą", jak to nazywasz, przydaje mi się tylko nieraz, kiedy wykorzystuję to, by dokonać czegoś pozytywnego. Oczywiście, osiągnięcie pewnego statusu popularności jest czymś, co gwarantuje na przykład, że żadna moja płyta nie przejdzie bez echa. Ale nie lubię bycia "gwiazdą". To właśnie z tego powodu trudno mnie wypatrzyć w normalnych miejscach, do których udają się ludzie. Trzymam się z dala, w szczególności od tłumów. Popularność jest czymś, co imponowało mi kiedy miałem około dwudziestki i teraz widzę, że gdyby przydarzyła mi się ona kilkadziesiąt lat później, pewnie niektóre rzeczy zrobiłbym inaczej, niż miało to już miejsce. Ale nie mogę narzekać, bo jestem teraz szczęśliwszy, niż kiedykolwiek w życiu. I choć mój świat musiał się diametralnie ograniczyć, nie podróżuję już tak jak kiedyś i nie doświadczam życia tak intensywnie, to jestem szczęśliwy budząc się codziennie we własnej skórze.

No i znalazłeś swoją prawdziwą miłość...

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że - tak mi się przynajmniej teraz wydaje - będę z Kennym do końca życia i nasza miłość nigdy nie przeminie. Przede mną jeszcze cudowne 30 - 40 lat życia.

W trasie promocyjnej albumu "Patience" dotarłeś ponownie do Azji. Czy możesz opowiedzieć o jakiś historiach, które przydarzyły ci się na tym kontynencie?

Jest wiele niezłych historii, które przydarzyły mi się w trasie, szczególnie w Japonii, ale chyba nie mogę się nimi przy wszystkich podzielić, wybacz mi. Japonia - to chyba jedyny kraj azjatycki, w którym graliśmy. Japonia i Hong Kong. To co najbardziej zapamiętałem z tych wizyt, to młodziutkie uczennice, które podążały za nami dosłownie wszędzie. Poza tym wszystkie zasłaniały buzię, jak się śmiały. Zupełnie nie rozumiałem, czemu tak robią. Jest jeszcze jedna śmieszna historia, choć w tamtym czasie w ogóle nie wydawała mi się zabawna. Miałem w Japonii ochroniarza, który był bardziej wrażliwy, niż go o to podejrzewałem. Kiedyś postanowiliśmy się zmierzyć w grę, w której młotkiem trzeba wcelować w wyskakujące się ze stołu elementy - chodzi o to, kto ma lepszy refleks. Zwyciężyłem, a on był tak wściekły, że kiedy po chwili w tamtym centrum pojawił się jakiś malutki pijany Japończyk, który zaczął na wszystkich krzyczeć, mój ochroniarz podbiegł do niego, złapał za głowę i o mało nie udusił. Śmialiśmy się później, że poczuł się w obowiązku udowodnić swoją męskość po tak upokarzającej przegranej!

Wszyscy przebąkują już coś o twojej zbliżającej się trasie koncertowej. Możesz uchylić rąbka tajemnicy?

Szczerze ci powiem, że teraz jestem bardziej przekonany do tego pomysłu niż kiedykolwiek wcześniej. Czuję, że powinienem zagrać też w krajach, w których jeszcze nie występowałem. I byłoby to na pewno ciekawe przeżycie z różnych powodów - warto wreszcie powiedzieć "cześć" wszystkim ludziom, którzy nie wiedzieli mnie na żywo. Poza tym mam teraz przy sobie Kenny'ego - więc trasa nie będzie już tak okrutną rozłąką, jak kiedyś. Wszystko jednak zależy od tego, jaki będzie dla mnie ten rok. I nie mówię tu w kategoriach sprzedaży płyty, ale o tym, czy powrót w światła reflektorów okaże się dla mnie czymś interesującym, czy nie. Nigdy specjalnie nie odpowiadała mi rola gwiazdy, ale w dzisiejszych czasach bycie gwiazdą łączy w sobie jeszcze elementy reality-TV, zgorzknienia i dystansu, jaki dzieli ją od normalnych ludzi. Wystarczy dobrze zapłacić, żeby z byle kogo zrobić obiekt uwielbienia, a później wycofać pieniądze, żeby ten ktoś trafił na bruk. Jest to okrutne i poniżające, bo jako gwiazda muszę się temu w pewien sposób poddać. Jeśli mam być szczery - jeżeli znów wejdę w świat pełen negatywnych uczuć, homofobii, a mam w końcu powyżej czterdziestki i nie muszę robić niczego na siłę, to mało prawdopodobne jest żebym kiedykolwiek jeszcze wyruszył w trasę. Znam siebie i wiem, że spędziłem ostatnie 12-13 lat w bólu z obawy przed stratą kogoś albo w smutku po czyimś odejściu czy po każdym kolejnym upokorzeniu. Nie zamierzam do tego wracać i jeżeli kosztem będzie odwołanie trasy, to nie zawaham się tego zrobić. Ale miejmy nadzieję, że to tego nie dojdzie.

Dziękuję za rozmowę.

(Na podstawie materiałów promocyjnych Sony Music)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy