Reklama

"Doceniamy każdą drobnostkę"

Pochodząca z Syracuse, southernrockowo-metalowa grupa Brand New Sin to doskonały przykład czysto amerykańskiego grania ciężkich dźwięków. Nie ma jednak w ich muzyce sztucznego blichtru gwiazd rocka rodem z USA. Jest za to szczerość w przekazywaniu emocji, mnóstwo doskonałych melodii i niegasnący szacunek dla ludzi z robotniczych dzielnic, z których sami się wywodzą. Amatorzy mocnych trunków o wyglądzie członków gangu, fani amerykańskich zapasów i wyścigów samochodowych. Nic nie jest tu udawane. Tej naturalności nie zabrakło też na ich trzeciej płycie "Tequila", która w barwach Century Media Records trafiła do sklepów 20 listopada 2006 roku. - Pewnie nigdy nie zostaniemy gwiazdami rocka. Nasza wspinaczka ku popularności przebiega raczej wolno i cieszymy oraz doceniamy każdą drobnostkę - mówi w rozmowie z Bartoszem Donarskim wokalista Joe Altier. Cieszą się również fani, dla których Brand New Sin jest czymś znacznie więcej niż gwiazdą rocka. Po prostu kumplami z sąsiedztwa.

Porównując z poprzednim waszym albumem "Recipe For Disaster", "Tequila" wydaje się być materiałem bardziej dojrzałym. Owszem, tamta płyta miała swój klasowy urok, jednak na nowym longplayu własny styl Brand New Sin jest bardziej namacalny.

Reklama

Trafiłeś w samo sedno, mój przyjacielu! O to właśnie nam chodziło i to osiągnęliśmy. Dzięki za czujność! (śmiech).

Poszczególne kompozycje łatwiej też chyba zapadają w pamięć. Racja, do tej pory mieliście w arsenale wiele utworów, które wciągały, niemniej tym razem numery wyraźnie się od siebie różnią. Pojawił się większy kontrast, co jest oczywiście plusem. Trudno się tym znudzić.

Znów czytasz w moich myślach. Chcieliśmy, żeby ten album był wyraźnie odmienny od dwóch poprzednich. Zupełnie inaczej podeszliśmy do komponowania i nagrywania, i to słychać. Nie chcieliśmy, żeby ta płyta była nudna w jakimś momencie. Muzyka i teksty są bardzo mroczne i wydaje mi się, że przełożyło się to na klimat "Tequilii".

Gdy rozmawialiśmy ostatnim razem, wspominałeś, że na "Recipe For Disaster" przygotowaliście aż 70 utworów, z których wybraliście te, które ostatecznie pojawiły się na tamtej płycie. Czy podobnie przebiegało to tym razem?

Nie, aż tyle tego teraz nie było. Na napisanie "Recipe For Disaster" mieliśmy półtora roku, a na "Tequilę" jedynie kilka miesięcy. Pod względem organizacyjnym nie byliśmy w stanie przygotować aż tak wielu numerów, choć napisaliśmy spory kawał muzy. Na tej płycie chodzi głównie o klimat. Wykorzystaliśmy jednak trzy kompozycje z sesji "Recipe..." ("Said And Done", "Old" i "See The Sun").

Ewoluujecie, ale nie wymiękacie brzmieniowo. To się ceni. Materiał jest wciąż ciężki i ma metalowy posmak. Pasuje fanom rocka, jak i zwolennikom metalu, młodym i starym. Niezły fart.

To jest najlepsze. Dzięki temu możemy iść z naszą muzyką w dowolnym kierunku. Oczywiście, jest też lżejsza strona Brand New Sin, która nam pasuje, ale nie ma tego zbyt wiele na "Tequilii". Nasza muzyka jest wystarczająco silnie zakorzeniona w klasycznym rocku, aby podobać się starszym fanom, oraz na tyle gniewna, żeby dotrzeć do młodszego pokolenia.

Mimo że gracie doskonałe melodie, "Tequila" jest albumem trochę bardziej złożonym, z kilkoma nowymi elementami. Macie świetne wyczucie w łączeniu chwytliwych melodii z bezpretensjonalnym sposobem gry. Słowem, nie ma tu banału.

Myślę, że "Tequila" to naturalny krok w muzycznej ewolucji Brand New Sin. To wyrażenie naszych nastrojów w tamtym czasie. Naszym celem było nagranie albumu, który brzmiałby inaczej niż to, co serwowane jest dziś w głównym nurcie, tak muzycznie, jak i brzmieniowo. Jest w tym Brand New Sin, choć poszliśmy nieco dalej w sferze pisania muzyki i naszych umiejętności.

Co jest zatem najważniejszym znakiem firmowym Brand New Sin?

To jasne jak słońce - bezpośredni, pozbawiony ozdobników rock'n'roll!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Po prostu | niedocenianie | wspinaczka | utwór | show | śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje