Reklama

Reklama

"Bardzo daleko wszędzie"

- Początkowe założenie było takie, żeby to były piosenki. Wprawdzie może nie do końca to się udało, ale rzeczywiście te dźwięki i warstwa tekstowa jest chyba lżejsza - tak o nagraniach z wydanej 13 listopada 2006 roku płyty "Integrated In The System Of Guilt" Pawłowi Amarowiczowi opowiada Maja Konarska, wokalistka grupy Moonlight. Ta pochodząca ze Szczecina formacja zaczynała jako jeden z czołowych przedstawicieli sceny gotyckiego rocka i metalu, ale z czasem w jej twórczości zaczęły pojawiać się nowe elementy - rocka, trip hopu i psychodelii. Obecnie swoją muzykę członkowie Moonlight opisują jako trip rock. Z rozmowy możecie się dowiedzieć co to jest "wełniany mamut", jak grupa świętowała swoje 15-lecie, o internetowych inspiracjach tekstów, a także kto muzycznie przykuł uwagę Majki Konarskiej.

Nowa płyta jak dla mnie jest nieco bardziej przystępna niż poprzednia "Downwords", co nie ukrywam, moim zdaniem wyszło jej na dobrze. Czy też macie takie wrażenie, że zagraliście nieco bardziej dla ludzi?

Jeżeli idzie o najnowszą płytę, to rzeczywiście podobno jest ona bardziej przystępna niż poprzednia. Płyta "Downwords" była taka ciężka, taki kamień, trudna bardzo i pod względem muzycznym i tekstowym.

A tym razem w ogóle początkowe założenie było takie, żeby to były piosenki. Wprawdzie może nie do końca to się udało, ale rzeczywiście te dźwięki i warstwa tekstowa jest chyba lżejsza.

Reklama

Nie powiem, żeby to było optymistyczne, uśmiechnięte i fajne, ale jednak jest rzeczywiście bardziej przystępne, niż płyta poprzednia. Póki co też taki mamy odzew od słuchaczy, mnie się też tak wydaje i chyba tak rzeczywiście jest.

Wyjaśnij znaczenie tytułu - skąd się wzięło to poczucie winy?

To tłumaczenie "Integrated In The System Of Guilt" to jest "wbudowane w system poczucie winy". I tak naprawdę my zawsze mamy problem z nazywaniem, tak samo piosenek, jak i tytułów płyt.

Tym razem ten tytuł powstał bodajże podczas jakiejś tam rozmowy w samochodzie. My ostatnio mamy swoje przemyślenia na temat swojej pracy, muzyki, którą robimy, na temat publiczności naszej polskiej, na temat rynku muzycznego w Polsce - to jest takie dziwne poczucie winy właśnie. Niby wszystko jest fajne, robimy fajną muzykę, staramy się robić ją jak najlepiej i tzw. robić swoje, a ja czuję się winna, że może powinniśmy robić coś bardziej dla ludzi i coś takiego, żeby to było słuchane bardziej...

Zresztą są słuchacze, którzy mają do nas pretensje, że nie gramy tak jak kiedyś, że gramy nowe rzeczy, że szukamy... Tu chodziło tak trochę, żeby przekazać też to odczucie.

A tak naprawdę chodziło o to, żeby pierwszy raz był długi tytuł płyty, bo zawsze był krótki, a ten tak ładnie brzmi po angielsku i stwierdziliśmy, że dlatego będzie taki tytuł <(śmiech).

Jeśli chodzi o teksty, to ponoć są nie z tej ziemi, bo szukałaś inspiracji w wielu dziwnych miejscach. Co to były za miejsca - wyjeżdżałaś za miasto w dziką głuszę, jeździłaś windą czy jeszcze coś innego?

Inspiracji do tekstów szukałam w takich - trudno powiedzieć, czy dziwnych miejscach - dla mnie codziennych, może dla niektórych dziwnych. Dużo czytałam tekstów, które znajdują się w internecie na przykład.

Ludzie zamieszczają bardzo dużo słów, dużo - można powiedzieć - wierszy, prozy w internecie. Nie podpisują się pod nią. Więc jak sobie to czytałam i myślałam nad tymi pomysłami, które tam są przekazane, to zastanawiałam się nawet - no kurczę, jak wykorzystam jakiś, no to co ja zrobię, przecież to nie jest podpisane.

I jedna piosenka jest rzeczywiście, nawet podpisane jest pod tekstem takie zdanie, że pomysł zaczerpnięty z internetu, gdyż jest tak bliski temu co było napisane, co znalazłam sobie, szukając, surfując. Jest to tak bliskie, że nie mogłabym o tym nie wspomnieć, że to jest z internetu. Ja tam do tej pory mówię, proszę, jeżeli ktoś się przyznaje do tego pomysłu, to żeby się do mnie zgłosił, ja bardzo chętnie go dopiszę jako współautora tekstu.

No i takim następnym miejscem gdzie szukałam inspiracji do tekstów były sekretne zeszyty naszego basisty Michała Podciechowskiego - on od wielu lat zbiera różne teksty piosenek, wyciąga kawałki z książek, również szuka w internecie różnych fajnych tekstów.

Są to wiersze, są to fragmenty, linijki i ma tych zeszytów kilka, chyba pięć dużego formatu A4, i przeglądając je znalazłam tam też dużo pomysłów na teksty. Bo jak już jest pomysł, to tekst sam się pisze. A bez pomysłu, to wiadomo. Powstają teksty o niczym. A ja bardzo nie chcę pisać o niczym.

W takim razie czy jest jakieś takie główne, nadrzędne przesłanie w twoich tekstach?

Ja bym nie powiedziała, że jest jakieś nadrzędne przesłanie w moich tekstach. W moich tekstach jest o uczuciach, odczuciach, o tym co mnie otacza, jakieś emocje które do mnie docierają, trochę o emocjach innych ludzi których obserwuję - no tak naprawdę nie ma nic nadrzędnego.

Może jak kiedyś już - bo tak naprawdę teksty piszę dopiero od 3 płyt, to jest trzecia płyta, na której ja napisałam teksty - jak będzie tych płyt 10, to wtedy może będzie można doszukać się czegoś takiego, co jest myślą przewodnią. Póki co nie widzę niczego takiego. Chociaż oczywiście jeżeli ktoś to widzi, to ja bardzo zapraszam, żeby się wypowiedział na naszym forum.

W studiu znów korzystaliście z "wełnianego mamuta". Możesz powiedzieć co to takiego?

"Wełniany mamut" to jest coś, co jest bardzo nieokreślone i tak naprawdę nie do mnie jest to pytanie. Autorem "wełnianego mamuta" jest nasz producent Marcin Bors. Już na poprzedniej płycie to się pojawiło i tak naprawdę teraz, we wkładce naszej nowej jest napisane, że Marcin znowu gra na "wełnianym mamucie".

Tak naprawdę pojawiło się to tylko dlatego, że przy poprzedniej płycie wiele osób o tego "wełnianego mamuta" pytało. I dlatego to się pojawiło.

To chodzi o brzmienie, o coś takie bliżej nieokreślonego, a że to się nazwało "wełniany mamut" to wynikło z jakiejś tam niezbyt mądrej przypuszczalnie rozmowy, i ja proponuję zrobić wywiad z Marcinem, który na pewno bardzo szeroko opowie co to jest "wełniany mamut".

Podobno praca nad "Integrated In The System Of Guilt" to była najspokojniejsza sesja, bo płakałaś tylko raz? Pamiętasz dlaczego? I czy wcześniej zdarzało się to tak często?

Rzeczywiście, praca nad ostatnią płytą była bardzo spokojna, bardzo komfortowa pod względem emocjonalnym i płakałam tylko raz. Z reguły było to przynajmniej kilka razy, bo ja jestem osobą dość emocjonalną, wrażliwą i jak coś mi nie wychodzi, bo to z reguły ja mam pretensje do siebie...

Na przykład inni reagują tym, że się wkurzają, krzyczą i klną, a ja mam coś takiego, że w pewnym momencie łzy mi same lecą. No i tym razem zdarzyło się to tylko raz, dlatego wspominam tę pracę jako bardzo spokojną.

A zdarzyło się to dlatego, że był taki dzień, że miałam nagrywać wokal, a przedłużyło się nagrywanie bodajże instrumentów klawiszowych, a ja już chciałam pracować - i taka niemoc, bo siedzę, siedzę i czekam i nie mogę pracować.

Nie mogę pracować, więc tak naprawdę żaden problem, ale jako że jestem babą to wiadomo, emocje wzięły górę, no i się popłakałam. Ale to trwało tylko chwilkę.

Tym razem wprowadziliście trochę nowości - pierwsza z nich pojawia się w otwierającym płytę "Plasterku", w którym po raz pierwszy w waszej historii słychać męski głos. Przyznam szczerze, że jak usłyszałem Adama Sypułę (PtakY, Ctrl-Alt-Del) to pomyślałem sobie, że ktoś w wytwórni pomylił płyty i podesłał nam album jakiegoś innego wykonawcy...

Na naszej płycie rzeczywiście w tym roku pojawił się gość. Gość śpiewający. Pierwszy raz w ogóle w 15-letniej naszej tzw. karierze pojawił się na płycie inny głos niż mój, w partii solowej, bo oczywiście w chórkach pojawiały się inne głosy.

Był taki pomysł, żeby zaśpiewał ze mną mężczyzna i jak zastanawialiśmy się nad tym, dosłownie chwilkę z Marcinem, to od razu było wiadomo, że to ma być Adam.

Rzeczywiście zamysł był taki, żeby pierwszym głosem jaki wchodzi na płycie, był głos męski i mieliśmy właśnie coś takiego, że "jak to, głos męski"? I wszyscy wtedy patrzą na płytę, patrzą na wkładkę czy to na pewno ta płyta. No i właśnie o to chodziło - fajnie, fajnie (śmiech).

Chyba mieliście sporo frajdy, skoro muzycy zamieniali się w studiu instrumentami?

Tym razem postanowiliśmy, w trakcie nagrania w studio, zrobić sobie tzw. happeningi, czyli w nocy już po nagraniu tych partii, które były ułożone, stwierdziliśmy, że siadamy sobie do różnych instrumentów, włączamy zapis i gramy na żywo.

I tym razem tak właśnie było, na przykład gitarzysta usiadł do klawiszy, basista grał na gitarze - zamieniali się instrumentami w trakcie tych happeningów. Tych happeningów było bodajże trzy i najlepsze fragmenty z tych nagrań (to było tak ok. pół godziny muzyki każdorazowo) wybraliśmy i są one na płycie jako np. wstęp do płyty, jako przerywniki pomiędzy utworami, jako końcówka utworu, końcówka płyty w ogóle.

Wybraliśmy te najładniejsze momenty, chociaż jak panowie przestawali grać np. po pół godzinie, to ja mówiłam: "Nie, panowie, tam nic nie ma". Ale jednak okazało się, że da się coś z tego wybrać. Będziemy to robić w przyszłości, bo bardzo nam się to podoba.

Na płycie pojawia się sporo ciszy, pauz, zmian tempa, że nagrania płynnie przechodzą w kolejne, często się łączą, przenikają. To był celowy zabieg?

Rzeczywiście, był taki zamysł - tej płyty trzeba słuchać od początku do końca. Wyrywanie poszczególnych utworów nie do końca ma sens. Jak się słucha tej płyty w domu, samodzielnie, ze słuchawkami na uszach najlepiej, można wysłyszeć różne fajne dźwięki.

Taki był zamysł, żeby to płynnie przechodziło jedno w drugie i myślę, że nam się udał ten zamysł. Do tegoż zamysłu posłużyły te fragmenty z nagrań zarejestrowanych na żywo, które tak spajają w całość tą płytę.

Wydaje się, że przez to nie ma takiego utworu, który by się jakoś wybijał, którego by można wykorzystać przy promocji, na singlu. Jak odbierasz zatem radiową wersję "Plasterka", znacznie krótszą od wersji płytowej?

Utwory na płycie są rzeczywiście różne. Każdy, można powiedzieć, jest z innej bajki. Są połączone, są długie poprzez te wstępy i końcówki.

Żeby móc cokolwiek puścić w radiu jako utwór promocyjny, to musieliśmy utwór skrócić i po iluś tam przesłuchaniach przez nas i ludzi z firmy, stwierdzili, że utwór "Plasterek" rozpoczynający płytę będzie dobrym utworem do promocji. I trzeba było go niestety skrócić do niezbędnego minimum, czyli bodajże do 3 minut 30 sekund. Po prostu do puszczania w radiu daliśmy samą piosenkę, samą tą kwintesencję, bo cały wstęp trwa ok. 4 minuty, potem końcówka również się dosyć mocno ciągnie, a tutaj jednak w radiu nie puszcza się za długich utworów, więc choćby dlatego zostało to skrócone.

Ja to odbieram tak, że jest to ta kwintesencja, od zwrotki, refren, zwrotka i to, co jest śpiewane, bo jednak w radiu puszcza się utwory, w których jak najwięcej jest wokalu.

Ponoć szykujecie też teledysk - możesz coś zdradzić na ten temat?

Na temat teledysku zdradzić mogę tylko tyle, że go szykujemy rzeczywiście. Powstał pewien pomysł, rozmawialiśmy już z człowiekiem, który najprawdopodobniej będzie to robił. Realizacja tego nastąpi najwcześniej na początku stycznia i będzie to teledysk do utworu "Plasterek".

Na 95 proc. będzie to ten utwór, bo po wstępnym przesłuchaniu płyty człowiek, który ma się tym zajmować np. wybrał zupełnie inne dwa utwory, które mu wpadły w ucho od razu. Ale to jeszcze posłucha sobie parę razy, przekona się do "Plasterka" pewnie.

Na pewno teledysk będzie prosty i jakby to powiedzieć, sterylny, czysty. Taki jest pomysł na razie, ale co będzie, to się okaże dopiero jak będzie gotowy obrazek.

Mnie najszybciej zapadł w pamięć ostatni "Redrum" z delikatnym, ale i w pewien sposób natrętnym fragmentem "zabij mnie szybko, zabij mnie szybko, jesteś tak silny / zabij mnie dziś, zabij mnie już, lekko jak piórkiem". O czym opowiada ten utwór, co oznacza ten tytuł?

Jest dla mnie trochę dziwne, że wiele osób uważa, że utwór "Redrum" tak wpada w ucho i jest taki charakterystyczny. Jak dla mnie to jest najtrudniejszy utwór na płycie do odbioru.

A jeżeli idzie o tekst w tamtym utworze, to w tym fragmencie "zabij mnie szybko, zabij mnie lekko..." chodzi o to, że jeżeli los już odbiera nam wszystko, czyli dajmy na to zostajemy sami po śmierci swoich najbliższych, to ja ze swojej strony - bo tutaj to są moje odczucia - wolałabym jednak również lekko zginąć, niż patrzeć na to wszystko i zostać z tym wszystkim sama.

A "Redrum" dlatego, że ten utwór w wersji roboczej miał tytuł "Morderca". Ale stwierdziliśmy, że nie może być taki tytuł, bo taki sobie by był. "Redrum" powstał już w studio. Ten tytuł nawiązuje do jednego z naszych ulubionych horrorów - "Lśnienie". I ten "Redrum" ładnie brzmi po prostu, dlatego jest taki tytuł. Poza tym jest to w pewnym sensie utwór o śmierci.

O nowej płyty mówicie, że jest "alternatywno-trip-hopowo-popowo", "psychodelicznie, dyskotekowo, smutno i transowo, depresyjnie i onirycznie". Co by nie mówić, to ciężko was już włożyć w szufladę rocka gotyckiego - macie z tym jakiś problem czy cieszycie się, że udało się wam uwolnić od pewnej łatki?

Cóż, zaczynaliśmy rzeczywiście od muzyki, która bardzo przypominała rock gotycki, metal, heavy metal, metal rycerski, te wszystkie określenia dość zabawne kiedyś do nas przypięli. Od jakiegoś czasu zmieniła się nasza muzyka, ale to nie jest tak, że się odcinamy, że nie szanujemy tych ludzi, którzy słuchali tamtych dawnych płyt i by chcieli żebyśmy grali tak jak kiedyś, stary Moonlight.

Po prostu tak teraz gramy, to nam się teraz podoba i tak, cieszymy się bardzo, że odpięto nam tę łatkę gotyku nareszcie. Odpięto nam łatkę, nalepkę "metal", to jest dla nas bardzo fajne. Ostatnio pojawiło się określenie na naszą muzykę - trip rock. I to określenie nam się bardzo podoba, nawet usłyszeliśmy od słuchacza, że jesteśmy prekursorami trip rocka w Polsce. Bardzo się z tego cieszymy i będziemy grali trip rock.

Coraz bardziej niegdyś szczeciński Moonlight stał się grupą wrocławską - czy te zmiany jakoś na was wpłynęły?

A skąd takie pytanie, że my jesteśmy grupą wrocławską albo byliśmy przez chwilę? To nigdy tak nie było. Rzeczywiście nagrywamy we Wrocławiu od samego początku, ale mieszkamy w Szczecinie. Ja przez jakiś czas mieszkałam we Wrocławiu, ale to nie znaczyło, że zespół jest wrocławski.

Zespół jest szczeciński, czyli bardzo daleko wszędzie (śmiech). Nic na to nie poradzimy, a nagrywamy we Wrocławiu i tam rzeczywiście są ludzie, którzy nam bardzo pomagają w tym takim wyrażeniu swoich emocji poprzez dźwięki.

W tym roku mija 15-lecie Moonlight - jak wygląda świętowanie?

Rzeczywiście tyle lat istnieje już zespół. 15-lecie już minęło, bo to było na początku września, wtedy była taka dokładna rocznica.

Świętowanie, ja wiem? Nie wyglądało za bardzo. Zagraliśmy koncert w Warszawie 9 września. Był to koncert inny - akustyczny, spokojny, delikatny. Niektórzy go nie zrozumieli, bo lubią jak Moonlight daje czadu, ale my żeśmy chcieli uczcić tę rocznicę w inny sposób.

Potem trochę, można powiedzieć, świętowaliśmy na trasie koncertowej z zespołem Riverside. To też była taka trochę można powiedzieć jubileuszowa trasa. Ale takiego jakiegoś świętowania poważnego to nie było.

Zaznaczyliśmy, że była ta rocznica, wyszła kolejna płyta trochę też może na rocznicę. Ona też jest jubileuszowa w pewien sposób, bo to jest 10. studyjny album.

W planach macie też angielską wersję płyty - w waszym przypadku to w pewnym sensie standard, ale tak naprawdę po co wam ta angielska wersja? Czy to ma jakiś efekt, przełożenie na działania zagraniczne?

Od dobrych paru lat nagrywamy dwie wersje płyty - polską i angielską. I tym razem również się tak stało. Z tego co wiem, to ta wersja angielska już jest dostępna.

No i ma to taki sens, że raz - mamy to zastrzeżone w kontrakcie, że mamy to zrobić, dwa - podobno wersje angielskie brzmią lepiej, bardziej światowo - jak to się mówi.

Moi koledzy z zespołu słuchają tylko wersji angielskich naszych płyt. I to nie dlatego, że nie lubią moich tekstów, tylko po prostu mają wrażenie, że to takie bardziej światowe jest wtedy.

A jeżeli idzie o to, czy ta płyta w ogóle trafia do innych krajów? Owszem trafia, mamy sygnały z wielu krajów na świecie. Ale niestety oprócz tego, że nie ma tam promocji tych płyt, to te płyty jakoś tam trafiają. Są jednak ludzie na świecie, którzy lubią sobie pogrzebać, szukać muzyki innej, z innych w ogóle rejonów świata, i mamy odzew z różnych krajów na temat naszych płyt, i z reguły jest to odzew bardzo pozytywny

Ludzie wtedy chcą - przyjedźcie do Japonii na koncert, przyjedźcie do Meksyku, przyjedźcie gdzieś tam... To jest bardzo miłe i bardzo byśmy chcieli przyjechać. Mam nadzieję, że się kiedyś uda chociaż w paru takich dalszych krajach zagrać koncert dla chociażby garstki ludzi, którzy nas chcą słuchać i to będzie wielki dla nas sukces, bo trafić do ludzi, którzy żyją w innej kulturze i w ogóle myślą inaczej niż my tutaj w Polsce, to jest wielka sztuka i bardzo się cieszymy, że mamy tak pozytywny odzew z innych krajów.

Jaki ten mijający rok był dla ciebie? Czy było coś takiego muzycznego na co zwróciłaś uwagę, co byś mogła polecić?

Od samego prawie początku zaczęliśmy komponować ten nowy materiał. Było trochę zawirowań z tym związanych, trochę stresów, bo my tak naprawdę najwięcej sprzeczek mamy podczas komponowania materiału.

Potem zaczęliśmy nagrywać, potem ona została wydała, było to 15-lecie - to jest też duża data. Jak się pomyśli, że gra się w zespole 15 lat, to to robi wrażenie jakieś. Tak nie do końca pozytywne, tak trochę negatywne, tak trochę dziwaczne - jak to możliwe, że minęło tyle czasu, przecież tak niedawno zaczynaliśmy grać w garażu próby?

A jeżeli idzie o nasz, o taki w ogóle rynek muzyczny, to czy jest coś godnego polecenia? Ja już sama nie wiem. Jeżeli idzie o nasz rodzimy rynek, to ja chyba nie jestem w stanie nic na ten temat powiedzieć.

Oczywiście słucham różnych piosenek, słucham radia, ale nic jakoś tak specjalnie nie przykuwa mojej uwagi. Tu może parę osób się na mnie obrazi, ale np. jest artystka, która robi na mnie wrażenie jakieś tam, a liczę na to, że im dalej to będzie lepiej.

To Ania Dąbrowska, która śpiewa pewnego rodzaju pop, który jest jakiś. On jeszcze nie jest jakiś taki strasznie idealny, tam jest dużo rzeczy, które mnie denerwują, ale jest to osoba, która myślę, że jak jeszcze nagra z 3 płyty, to wszystkim kapcie spadną. Ale to jeszcze nie teraz. Więc to jest osoba, która przykuwa moją uwagę w jakiś sposób. I mam ochotę posłuchać jej płyty. A nikt inny nie przychodzi mi do głowy, niestety.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy