Reklama

Reklama

Rock & Love 2022: "Oby więcej takich festiwali" [RELACJA]

Za nami kolejna edycja festiwalu Rock & Love. To wydarzenie, na które czekam zawsze, tupiąc niecierpliwie nogami. A że jestem z nim związana trzeci rok, to odpuszczę sobie kronikarski ton, tylko napiszę, jak bardzo się cieszę, że ten fest funkcjonuje na naszej scenie.

Za nami kolejna edycja festiwalu Rock & Love. To wydarzenie, na które czekam zawsze, tupiąc niecierpliwie nogami. A że jestem z nim związana trzeci rok, to odpuszczę sobie kronikarski ton, tylko napiszę, jak bardzo się cieszę, że ten fest funkcjonuje na naszej scenie.
Black Radio na scenie Rock & Love /Kinga Kukla /materiał zewnętrzny

Na Rock & Love, wtedy odbywający się w łódzkiej Wytwórni, trafiłam w zasadzie trochę przez przypadek. Poznałam mózg całego wydarzenia, Mariusza Zająca, który w krótkiej rozmowie przy barze opowiedział, że denerwuje go to, że "małe kapele" nie mają praktycznie miejsca do grania i zazwyczaj odbijają się od ściany, ustępując miejsca tym, którzy są już znani i, tym samym, zapewnią lepszą frekwencję. Więc postanowił zrobić swój festiwal. Kiedy spytał, czy pomogę przy kolejnych edycjach, pierwsza odpowiedź, która mi przyszła do głowy to: "Wiesz, pytasz dzika...", no. 

Reklama

Rok później spotkaliśmy się w krakowskim Kwadracie, gdzie na scenie zagrali m.in. Funky Tank, Filip MiziaThe Freedom Birds, Radio Slam i, w roli gwiazdy, Dziwna Wiosna. W tym roku historia zatoczyła koło i wróciliśmy do warszawskiego klubu VooDoo, gdzie odbyła się pierwsza edycja. Kilka miesięcy przed, przekopaliśmy się przez ponad 100 zgłoszeń, żeby wybrać z nich sześć kapel, które zagrają na festiwalowej scenie. 

I tak wieczór rozpoczął pochodzący z Kielc zespół Cool Cat. Przemek Kubajewski, który odpowiadał za konferansjerkę, powiedział, że "są z Kielc, ale grają, jakby nie byli z Kielc". Trochę się podśmiechiwaliśmy, ale co racja, to racja. Ani trochę nie brzmieli jak Liroy. Raczej grunge'owo. Po nich byli chłopaki z Batny, którzy sami siebie opisują, jako "zespół grający polskiego rocka z lekkim metalowym zadziorem". Zresztą, posłuchajcie na przykład "Krzycz kiedy trzeba". No i za chwilę, 29 października, mają premierę płyty, więc stay tuned. Sama na pewno dostawię ją do kolekcji. 

Nieco inny klimat wprowadził zespół Horta, zahaczający miejscami nawet gdzieś o new romantic. Następnie Klangor, który pierwszy raz usłyszałam przy okazji "Fristajla" i, ludzie, jak to wchodzi w głowę! Zapewniam, że na żywo brzmi jeszcze lepiej. Przedostatni zagrał zespół Black Radio, który możecie znać choćby z "Must Be The Music". Słuchając "Holy Mountain" albo "Seven Riders of the Sun", chciałoby się powiedzieć: "Jakie to jest amerykańskie!", ale właśnie najlepsze jest to, że to polskie. Trzeba tylko przestać szukać w mainstreamie. I last but not least - trójmiejscy piraci z aleph א. Pamiętam, jak usłyszałam ich pierwszy raz w krakowskiej Alchemii. Roznieśli tę scenę w pył. A potem widziałam ich jeszcze raz i jeszcze raz, no i cóż - robią to za każdym razem. 

Zaraz mi ktoś zarzuci, że "aaa, znasz ten festiwal, to będziesz mówić, że było fajne, nawet jeśli nie było". Dlatego nic nie powiem, tylko oddam głos uczestnikom. "Podoba mi się ta żywa reakcja ludzi i to, że rock'n'roll jest w renesansie. Taki festiwal to jest odpowiedź na potrzeby ludzi. Historia muzyki zatacza koło" - mówił Marcin Zmorzyński, wokalista zespołu Batna

"To był pierwszy nasz raz na Rock & Love i się nie zawiedliśmy. Była fajna energia pod sceną, ludzie się pobawili, my się pobawiliśmy, więc uważam imprezę za świetną. Oby więcej takich festiwali. To przede wszystkim promocja małych zespołów, tych, które są w undergroundzie, które wydają masę pieniędzy na to, żeby pojechać na drugi koniec Polski i zagrać, żeby dać o sobie znać. Dobrze, że są ludzie, którzy chcą promować nie mainstream, ale właśnie alternatywę" - komentował kolektywnie Klangor. "Takie imprezy są potrzebne, żeby nieduże zespoły mogły zdobyć doświadczenie sceniczne - szczególnie, że w obcym mieście mogą mieć problem z grupą odbiorców, a festiwal ma narzędzia promocyjne, żeby tę publiczność zgromadzić" - dodał Maciek Janus, basista aleph א

I co mogę do tego dodać? Że dumna byłam z tych zespołów, jakby moje własne dzieci występowały na tej scenie? Tak było. Że ten festiwal niedługo będzie kultowy jak Jarocin? No tak będzie. Zobaczycie. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy