Reklama

Reklama

Marek Torzewski szczerze o walce z rakiem: "Dawali mi 8-10 proc. szans na przeżycie"

Pamiętacie jeszcze Marka Torzewskiego? Przed mundialem w Korei w 2002 roku wszyscy Polacy śpiewali "Do przodu Polsko!". Jego przebój na zawsze wrył się w sportowo-muzyczny krajobraz naszego kraju. W szczerej rozmowie z Dariuszem Dobkiem w Onecie tenor opowiedział o swojej walce z nowotworem, a także zdradził, co sądzi o słynnym wykonaniu hymnu przez Edytę Górniak.

Pamiętacie jeszcze Marka Torzewskiego? Przed mundialem w Korei w 2002 roku wszyscy Polacy śpiewali "Do przodu Polsko!". Jego przebój na zawsze wrył się w sportowo-muzyczny krajobraz naszego kraju. W szczerej rozmowie z Dariuszem Dobkiem w Onecie tenor opowiedział o swojej walce z nowotworem, a także zdradził, co sądzi o słynnym wykonaniu hymnu przez Edytę Górniak.
Marek Torzewski /Krzysztof Jarosz / FORUM /Agencja FORUM

Jak doszło do powstania najsłynniejszego przeboju Marka Torzewskiego? Wszystko zaczęło się jeszcze w 2001 roku, gdy poproszono go o zaśpiewanie przed meczem specjalnie stworzonej na tę okazję kadry kontra urzędnicy Unii Europejskiej. Wokalista wspomina, że było to dla niego naprawdę duże wydarzenie.

Po tym porozmawiał z ówczesnym szefem PZPN, Michałem Listkiewiczem i spytał, czy mógłby wykonywać "Mazurek Dąbrowskiego" przed meczami. Na pomysł zareagowano bardzo pozytywnie, a 6 października 2001 roku po raz pierwszy zaśpiewał hymn Polski przed sportową imprezą. Wówczas Polska zagrała przeciwko Ukrainie. "To był mecz na zakończenie jakże udanych eliminacji mistrzostw świata. Po 16 latach awansowaliśmy na mundial" - wspomina Torzewski w Onecie.

Reklama

Tenor sądzi, że było to wyzwanie i wielkie przeżycie nie tylko jako dla Polaka, ale też pod względem zawodowym. "Byłem pod tym względem prekursorem. Do tamtej pory hymn był zawsze grany przez orkiestrę dętą albo puszczany z taśmy. (...) Położyłem na szali cały swój dorobek. Wiedziałem, że albo kibice mnie zaakceptują, albo nie. Pośredniego rozwiązania nie było. Wie pan, jak to wyglądało z ich perspektywy: na murawę wychodzi facet w muszce i smokingu, zaczyna śpiewać hymn, i to na dodatek dwie zwrotki" - opowiada.

"To było niesamowite przeżycie. Śpiewałem w bardzo wielu miejscach na całym świecie, ale tego, co przeżyłem wtedy na Stadionie Śląskim, nie można opisać słowami. Mój występ trwał 1 min 20 s, a byłem spocony, jakbym co najmniej przebiegł maraton albo śpiewał przez trzy godziny na scenie. Nawet teraz, wspominając to po ponad 20 latach, mam ciarki" - wspomina wokalista. 

Później stworzył oficjalny hymn reprezentacji Polski, "Do przodu Polsko!". Utwór ten stał się najbardziej znanym w jego dorobku i nadal jest śpiewany lub puszczany podczas wielkich wydarzeń sportowych - także poza piłkarskich. "Ta piosenka chwyta za serce. Słowa są bardzo proste, przejrzyste, komunikatywne. Przekaz jest jasny. Za każdym razem, gdy śpiewam tę piosenkę, uwalniają się wielkie emocje" - mówi.

Falstart w Korei

Dla Torzewskiego jasnym było, że jeśli był "etatowym" wykonawcą hymnu, to będzie mógł zaśpiewać go także przed meczem na mistrzostwach świata w Korei. Tak się jednak nie stało. Jak do tego doszło? Według wokalisty... nadal tego nie wiadomo!

"Pani Mirosława Kulesza z PZPN-u oświadczyła po mundialu, że gdyby to zależało od związku, w Korei hymn zaśpiewałby Marek Torzewski. Do dzisiaj nie wiadomo, w jaki sposób pani Edyta Górniak znalazła się i zaśpiewała na murawie podczas mistrzostw świata w Korei" - twierdzi tenor.

Performance Górniak odbił się szerokim echem w Polsce, komentowano także zachowanie piłkarzy, którzy wyglądali na zdezorientowanych jej wokalnymi popisami. Jak ocenia jej występ podczas słynnej imprezy? 

"Pani Górniak nie sprostała temu wyzwaniu. Mówię to jako osoba, która wykonywała ten hymn i która wie, z czym się to wiąże. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że źle się stało, że pani Górniak wystąpiła w Korei. To był niewypał, który zniweczył zwyczaj uroczystego śpiewania hymnu przed meczami kadry. Zbudowaliśmy solidne fundamenty, potem pierwsze i drugie piętro, aż pojawiła się pani Górniak i to zrujnowała. 

Czy występ pani Górniak wpłynął na piłkarzy? W internecie jest piękne, w pewnym sensie, nagranie tego hymnu, na którym pokazywane są twarze piłkarzy. Gdy ktoś pyta mnie, czy takie, a nie inne wykonanie 'Mazurka Dąbrowskiego' wpłynęło na zawodników, odsyłam do tego filmiku. Oni byli zszokowani. Nie wiedzieli, co się dzieje. To była totalna konsternacja" - sądzi Marek Torzewski.

Marek Torzewski stoczył bój z rakiem

W rozmowie z Dariuszem Dobkiem wokalista wyznał, że walczył z rakiem. Krótko po usłyszeniu diagnozy był załamany i chciał poddać się bez walki. Zmienił podejście po rozmowie ze swoją córką, która chciała, by poprowadził ją do ołtarza. 

"Ta choroba przyszła znienacka. Podstępnie. Bez żadnej zapowiedzi. Żeby się wyleczyć, musiałbym podjąć bardzo radykalne środki, które uniemożliwiłyby mi dalsze wykonywanie zawodu. Dlatego nie zgodziłem się na operację, tylko zastosowałem eksperymentalną metodę, która dawała mi 8-10 proc. szans na przeżycie. Po prostu nie wyobrażałem sobie, że mógłbym przestać śpiewać. Dla mnie to było nie do zaakceptowania" - wspomina w Onecie.

Spotkała go ogromna niemoc - nie chciał walczyć z chorobą, czuł obojętność i "było mu wszystko jedno". "To, że tak to wyglądało, wiem z opowieści żony. Bo ja tak naprawdę mało pamiętam z tego początkowego okresu. Byłem wtedy w jakiejś malignie. Nie byłem sobą. Basia opowiadała mi później, że byłem po prostu nieznośny. Zamknięty w sobie. Odizolowany. Po prostu zupełnie inny człowiek. To nie byłem ja" - sądzi piosenkarz.

Dziś Marek Torzewski jest wdzięczny żonie Basi oraz córce, że trwały przy nim i wspierały w trudnych chwilach, gdy sądził, że nie ma dla niego nadziei. "Po raz kolejny okazało się, że rodzina jest najważniejsza. Powtarzam to zresztą od lat. Pamiętam takie wydanie czasopisma 'Razem' z 1984 r. Trafiliśmy na jego okładkę z żoną, a tytuł brzmiał: 'Oboje z Basią jesteśmy młodzi i czego mamy się bać?'. To do dzisiaj jest nasza dewiza. Razem nic jest nam niestraszne. Kiedyś zadano mi pytanie, w co nie wierzę. Odpowiedziałem bez wahania, że nie wierzę w cuda. I proszę bardzo - myliłem się! Cuda się zdarzają. Teraz już w nie wierzę, bo moje wyzdrowienie można potraktować w tych kategoriach" - mówi pełen optymizmu.

Diagnozę usłyszał ponad trzy lata temu, ale odkąd się wyleczył, jak na razie nie chce o nim myśleć. "Rak będzie ze mną już zawsze. Już się go nie wyzbędę. Zdaję sobie sprawę, że może nastąpić nawrót choroby, ale staram się o tym nie myśleć. Na razie jest OK. Chcę iść dalej do przodu, bo mam dla kogo żyć i pracować. Mam swoich fanów i uczniów, którym mogę przekazywać swoją wiedzę" - mówi Torzewski.

Energię do życia czerpie też ze swojego 2,5-letniego wnuka, który każe puszczać sobie "Do przodu Polsko!". "Żyję teraźniejszością. Wczoraj już przeminęło, a jutro nie wiadomo, co będzie. Dlatego skupiam się na tym, co tu i teraz. Bo na to mamy wpływ. Cieszę się każdym dniem. Wiem jednak, że życie nie zostało dane mi na zawsze. I że kiedyś się skończy. Chciałbym móc u jego kresu powiedzieć, że było fajnie. I pamiętać tylko te dobre rzeczy" - kończy tenor.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL