Reklama

Reklama

Gene Simmons (KISS) przyznaje, że nie ma przyjaciół

Współzałożyciel grupy Kiss przez ponad 40 lat kariery scenicznej zaskarbił sobie sympatię milionów fanów. Poza sceną muzyk wiedzie jednak raczej samotne życie, co bynajmniej mu nie przeszkadza. W najnowszym wywiadzie dla magazynu "Goldmine" zdradził, że nie ma przyjaciół.

Współzałożyciel grupy Kiss przez ponad 40 lat kariery scenicznej zaskarbił sobie sympatię milionów fanów. Poza sceną muzyk wiedzie jednak raczej samotne życie, co bynajmniej mu nie przeszkadza. W najnowszym wywiadzie dla magazynu "Goldmine" zdradził, że nie ma przyjaciół.
Gene Simmons to jeden zliderów grupy Kiss /Beata Zawrzel /INTERIA.PL

W wywiadach Gene Simmons nie raz zaskakiwał szczerą, a wręcz arogancką postawą i filozofią życia. Jest wielkim zwolennikiem egoizmu i jeszcze większym fanem siebie samego. 

"Jestem zafascynowany sobą i uwielbiam słuchać dźwięku własnego głosu. Wiele osób nie lubi samotności, ponieważ tak naprawdę nie lubią siebie, ale ja siebie kocham" - to jedna z jego słynnych wypowiedzi, która na stałe zapisała się na liście bon motów muzyka. Jako dziecko żydowskich powojennych emigrantów z Węgier, Gene długo borykał się z brakiem akceptacji rówieśników i najwyraźniej miał wiele czasu, aby tę samotność oswoić i zaakceptować.

Reklama

Gene Simmons (KISS) przyznaje, że nie ma przyjaciół

Ta zdaje się towarzyszy mu do dziś, bowiem jak wyznał w ostatnim wywiadzie dla magazynu "Goldmine", w jego życiu nie ma przyjaciół. "Nawet dziś, siedząc tutaj, poza Paulem Stanleyem, z którym zwykle spotykam się w sprawach dotyczących zespołu... Jak to powiedzieć, aby nie zabrzmiało to nieludzko? Cóż, powiem wprost, nie mam przyjaciół" - stwierdził 73-letni basista.

Wyjaśnił też, dlaczego feruje taki, wydawałoby się smutny osąd. "Jeśli przyjaźń jest tożsama z czymś na kształt: hej nie mam żadnych planów na popołudnie, chcesz się spotkać? Śmiało mogę powiedzieć, że bardziej interesuje mnie to, co ja będę robił, i nie zamierzam udawać, że interesuje mnie to, co ty będziesz robić. Bo, powiem wprost, nie obchodzi mnie to" - wytłumaczył swoją postawę względem quasi przyjaźni, sugerując, że w relacjach na pierwszym miejscu stawia siebie.

Choć takie wyznanie w ustach 73-letniego rockmana może wydawać się smutne, on bynajmniej nie roni łez z tego powodu. Już dawno podjął decyzję, aby nie zawiązywać zbyt bliskich, przyjacielskich relacji. Jak przyznał w jednym z wywiadów w 2006 roku, od tych woli raczej niezobowiązujące znajomości.

"Nie oczekuję niczego od nikogo i nie chcę, żeby ktokolwiek przychodził do mnie ze swoimi problemami. Jesteśmy dorośli" - wytłumaczył, dodając, że wyjątkiem jest jego kolega z zespołu Paul, którego nieraz nazwał bratem z innej matki.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL