Reklama

Przewodnik rockowy: Jimi Hendrix debiutuje

"Przewodnik rockowy" - ktoś pewnie jęknął: cóż za banalny tytuł! Tak, wiem że brzmi banalnie, ale mam nadzieję, że gdy - biorąc pod uwagę kontekst, w jakim chcę go używać - nadam mu konkretną treść, to czytelnicy go zaaprobują. Ale po kolei....

Choć słucham i zbieram płyty z rockiem od 45 lat, to dzięki specyfice swojej pracy (od początku lat 70., tj. kilkanaście razy w miesiącu, spotykam się z rock-fanami w czasie prowadzonych przez siebie spotkań muzycznych), jakimś cudem - jak przynajmniej mi się zdaje - nie "zdziadziałem" i wciąż pozostaję otwarty na wszystko, co nowe. I nie myślę tu jedynie o nowych albumach, nowych wykonawcach, nowych trendach, ale także o nowych sposobach udostępniania odbiorcom sztuki. Rzecz jasna - bo jak wiadomo, koszula najbliższa ciału - najbardziej interesują mnie metody rozpowszechniania rock'n'rolla. A wśród nich najważniejsze (bo najbardziej masowe), jest oczywiście, wykorzystywanie do tego sieci.

Reklama

No tak, już czuję, że wielu z tych którzy doczytali do tego miejsca, spodziewa się teraz wywodu na temat piractwa, krzywdzenia artystów i ich menedżerów itp. Od razu więc uspokajam - chcę zająć się czymś zupełnie innym. Teraz już prawie konkretnie...

Dzięki zasobom internetu każdy, kto interesuje się rockiem, może dość szybko dotrzeć do niemal każdego utworu, a nawet całego albumu. I to jest wspaniałe, bo sprawia, że nie trzeba (jak musiało to robić moje pokolenie) czekać na dobre audycje radiowe, a potem, z modlitwą, żeby nie było zakłóceń w eterze, nagrywać sobie ukochane tematy na magnetofonie szpulowym lub kaseciaku. Owa wielka zaleta natychmiastowej dostępności do wszystkiego ma jednak pewną, nie przez wszystkich dostrzeganą, wadę. Chodzi o to, że można przez nią utonąć w morzu rzeczy mało udanych lub mało znaczących.

O co mi chodzi, najłatwiej wyjaśnić na prostym przykładzie. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś wpuszcza was do Luwru, ale pozbawia pomocy profesjonalnego przewodnika i jednocześnie odbiera wszelkie mogące go zastąpić wydawnictwa. Mało tego, eksponaty są jedynie podpisane tytułami dzieł, nazwiskami ich autorów i ewentualnie datami powstania. Oczywiście na początku staralibyście się czytać owe karteczki, ale po pewnym czasie - jestem o tym przekonany - zaczęlibyście coraz bardziej chaotycznie i obojętnie przechodzić koło kolejnych płócien czy rzeźb. A to może oznaczać, że zagubieni i zmęczeni, nigdy nie odnaleźlibyście Mony Lisy czy Nike z Samotraki, ewentualnie przeszlibyście obok nich, nie zdając sobie sprawy z ich wyjątkowości. To tyle.

Pora na puentę - mam nadzieję, że po tym, co wystukałem, jest ona już na tyle czytelna, iż mogę sobie teraz przypiąć (do kształtnej i owłosionej) piersi, tabliczkę z napisem - przewodnik rockowy.

-----

The Jimi Hendrix Experience "Are You Experienced?"

Dawno, dawno temu, ale nie tak dawno, by najstarsi rock-fani tego nie pamiętali, 12 maja 1967 r., na rynku brytyjskim (w Stanach Zjednoczonych nastąpiło to dopiero 1 września tegoż roku) pojawił się pierwszy album Jimiego Hendrixa, wówczas już dość popularnego gitarzysty z USA. Ktoś, kto jest nieco bardziej dociekliwy, może po przeczytaniu tego zdania zadać dwa całkiem zasadne pytania: Dlaczego Amerykanin zadebiutował w Anglii i drugie, jak to możliwe, że zanim wydał pierwszy album, był, jak napisałem, już dość popularny. No to po kolei...

Jimi Hendrix pojawił się na tym łez padole 25 lat wcześniej w Seattle, w stanie Waszyngton. W dzieciństwie chłopiec błąkał się między domami rodziców, babci i ciotki, borykał ze szkołą. Swoją drogę ku artystycznej nieśmiertelności zaczął od grania na harmonijce, którą po jakimś czasie zmienił na (kosztowała pięć dolarów) gitarę akustyczną. Tata Jimiego - widząc, że chłopakowi dobrze idzie - w 1959 r. kupił mu instrument elektryczny, co sprawiło, że młody muzyk zaczął chałturzyć na najróżniejszych imprezach. Zarabiał jednak na tyle marnie, że - jak twierdził - musiał sobie dorabiać... Kradł samochody!

Gdy w końcu wpadł, zajmujący się jego sprawą sędzia postawił mu ultimatum: albo paka, albo wojsko. Hendrix dość rozsądnie wybrał to drugie i trafił do spadochroniarzy. Miał szczęście w nieszczęściu, bo po niezbyt udanym skoku uszkodził sobie kręgosłup, co sprawiło, że został odesłany do domu. W cywilu, jak łatwo się domyślić, wrócił do gitarowania. Z tygodnia na tydzień robił się coraz bardziej znany i dostawał coraz ciekawsze fuchy. Gdy w 1966 r. pojechał do Nowego Jorku, zauważyła go ówczesna dziewczyna Keith Richardsa (Rolling Stonesa oczywiście) - Linda Keith. Najpierw spróbowała zwrócić na niego uwagę menedżera Rolling Stonesów, a gdy ten nie objawił szczególnego nim zainteresowania, poleciła gitarzystę Chasowi Chandlerowi, przebywającemu w Stanach basiście angielskiej grupy The Animals (tej od "Domu wschodzącego słońca"). Po obejrzeniu koncertu Hendrixa natychmiast zorientował się, że ma do czynienia z geniuszem i zabrał go do siebie, czyli do Londynu.

Tam załatwił mu pierwsze występy i zorganizował zespół - The Jimi Hendrix Experience. Co bardzo ważne, Chandler zdecydował, że z czarnoskórym wirtuozem grać będzie sekcja rytmiczna złożona z białych muzyków: Noel Redding - bas i Mitch Mitchell - bębny. Chodziło o to, by trio (jak to zwykle grupy murzyńskie) nie brzmiało nazbyt soulowo i co istotniejsze, aby nie było traktowane jako formacja stricte murzyńska. Dlaczego? Bo w tamtych latach działało jeszcze sporo stacji radiowych, który nastawione były na nadawanie jedynie muzyki białej (dla białych).

Jimi Hendrix Experience w klasyku "Hey Joe":


W grudniu 1966 roku wydano pierwszy singel zespołu Jimiego Hendrixa - "Hey Joe", a potem kolejne: "Purple Haze" i "The Wind Cries Mary". Jimi błyskawicznie stał się na tyle popularny, że na jego występy zaczęły przychodzić największe gwiazdy, z Beatlesami i Stonesami na czele. Zachwytom nie było końca. Stąd łatwo zrozumieć, że wszyscy, którzy już wtedy zetknęli się z gitarzystą, z wielką ciekawością czekali na jego pierwszy album.

No i doczekali się, 12 maja 1967 roku.

Jerzy Skarżyński

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje