Reklama

Więcej ambicji niż inspiracji

Robert Gawliński "Kalejdoskop", EMI

Pierwszy od 11 lat solowy album Roberta Gawlińskiego jest wypadkową ambitnych założeń i braku lekkości w tworzeniu. Męczyłem się, słuchając kilka razy płyty "Kalejdoskop" i mam podejrzenie, że męczył się również sam Gawliński, kiedy ją pisał.

Reklama

Na czym polegają ambitne założenia projektu? Mamy tu na przykład 12-minutowy utwór instrumentalny - kodę do "Grzeszników" - pełen psychodelicznych, gitarowych sprzężeń, impresji i innych dźwiękowych plam. Instrumentarium albumu, za sprawą Leszka Biolika, jest przebogate - oprócz popisów sekcji smyczkowej da się słyszeć gitary, banjo, akordeon, różnego rodzaju klawisze, syntezatory, sekcję dętą, perkusyjne zabawki towarzyszące perkusji właściwej. Uczciwie oddaję to Biolikowi, Gawlińskiemu i pozostałym muzykom, że mimo tego urodzaju, w większości piosenek udaje im się unikać kakofonii (poza nieudaną, moim zdaniem, kontynuacją singla "Grzesznicy", która o kakofonię się ociera).

Stylistycznie też dużo się dzieje. Utwory elektroniczne przeplatają się z akustycznymi, w "Tuaregu" mamy nutkę orientalizmu, chwilę później przenosimy się w rejony brzmień południowych ("W cieniu ciszy"), a to dopiero początek zabawy. Dalej jest trochę popowo ("Kalejdoskop bardo"), trochę na amerykańskiego barda ("Anioł Miriam") i wreszcie ciut psychodelii. Całość spaja charakterystyczny, z pewnością dojrzalszy wokal Gawlińskiego.

Na razie brzmi nieźle, prawda? Tylko cóż z tego, że ideę tytułowego kalejdoskopu udało się przenieść na płytę, skoro efektem jest album wymęczony, mniej błyskotliwy, niż oczekiwałem, sprawiający wrażenie, że tym razem przypływ kompozytorskiej weny nie nastąpił. Gawliński i Biolik nie potrafili przekuć rozmachu założeń w jakość poszczególnych utworów. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzisiejszy Robert Gawliński jest zmęczony i wypalony. Różnica między Robertem w formie ("Son Of The Blue Sky", "Nie stało się nic"), a Robertem bez formy ("Natura zła", "Księga zdarzeń") przypomina mi koncert, na którym Luciano Pavarotii i Dolores O'Riordan śpiewali "Ave Maria". Luciano bez wysiłku śmigał po nutach tego trudnego utworu, z wielką gracją, swobodą, luzem, natomiast Dolores ze zmarszczonymi brwiami mocowała się, by nie fałszować za bardzo, co jej czasem wychodziło, ale częściej jednak nie. "Kalejdoskop" przypomina mi właśnie zmarszczone brwi Dolores.

Wydaje mi się, że Gawliński nie budził się w środku nocy zlany potem, podekscytowany, że przyśnił mu się genialny pomysł na melodię czy tekst. Oczyma wyobraźni widzę raczej, jak lider Wilków siedzi na wakacjach w Grecji nad pustą kartką i tak mu mijają kolejne godziny. W końcu mobilizuje się, bo zaraz kolacja i pisze słowa do "Porywistego wiatru": "Boję się tylko deszczu / Deszczu i siwych chmur / Lecz życia pragnę jeszcze / Światłem zdumiony wśród gór". Co z tym zrobić? Wyrzucić i dalej mieć pustą kartkę? Zostawił. Podobnie musiało być z nutami (choć melodia do "Grey" czy "Porywistego wiatru" daje radę).

Na "Kalejdoskopie" nacisk położony został na bogactwo, na różnorodność, na odejście od radiowego grania, produkcja jest bardzo okay, ale zabrakło najważniejszego - utworów, które będą dla słuchacza niezapomnianą przygodą. Jest ambitna forma, treści natomiast mało.

6/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: ambicja | robert | Robert Gawliński | Kalejdoskop

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje