Reklama

Sobel "Pułapka na motyle": Daleko posunięty allschool [RECENZJA]

Pełnoprawny fonograficzny debiut jednego z najmocniejszych streamingowo artystów w kraju jest taki jak jego okładka, czyli nieoczywisty, intrygujący i złożony z elementów, które normalnie niekoniecznie do siebie pasują. Jeśli rap ma w kolejnych latach jeszcze bardziej romansować z popem, niech - nawet mimo kilku wad - robi to właśnie tak.

Sobel na okładce płyty "Pułapka na motyle"

Mało jest bardziej irytujących rzeczy w internecie niż krótkie komentarze o treści "kto?", gdy ten czy inny portal wrzuca na swój fanpage artykuł o jakimś twórcy, sportowcu czy kimkolwiek innym. Stało się to tak wielką plagą, że człowiekowi już nawet nie chce się odpisać podobnie krótko, lecz dosadnie: jak nie wiesz, to się dowiedz, po to istnieje Google. Założę się, że niejeden czytelnik tego tekstu w mediach społecznościowych zada podobne pytanie, ale w tym jednym przypadku uznam je za uzasadnione.

Reklama

Sobel jest bowiem największym z najcichszych raperów w historii tego kraju. Dowód? Proszę bardzo: według jednego z ostatnich zestawień dotyczącego serwisu Spotify jest trzecim najpopularniejszym twórcą nad Wisłą z prawie 1,3 mln słuchaczami w zeszłym tygodniu. Ustępuje tylko sanah i Macie, wypchnął poza podium Quebonafide. Mimo to nie jest nie wiadomo jak znany nawet w środowisku rapowym, bo to jest coraz bardziej zatomizowane, a grupki mają coraz mniej punktów wspólnych.

Rookie, na fali hitu "Impreza" wspieranego mash-upem scen z "Ricka & Morty'ego", w niedługim czasie zbudował sobie dosyć niedookreślony dla postronnych fanbase z dala od rynku. Ten jednak sam się do niego uśmiechnął, jak do każdego, kto zaczyna robić liczby. W zeszłym roku na kontrakt skusiło go Def Jam Recordings Poland, po czym wydało jego EP-kę "Kontrast". Pierwszą poważną weryfikacją talentu nowo powstałego giganta miała być jednak debiutancki album "Pułapka na motyle". Po jej premierze zdecydowanie jest o czym mówić.

2020 rok miał "Hologram" Gverilli, 2021 ma wspomnianą wcześniej płytę. Obie płyty to chwalebne przykłady na to, że produkcja wykonawcza rozwija się u nas w szybkim tempie. Pomimo szerokiego zaadresowania nie ma mowy o bezkształtnej pulpie, jest za to przelot po silnych stylistykach, sumienne łapanie uwagi różnych grup odbiorców, no i przede wszystkim dopracowanie każdego elementu na igłę. To, co różni wydawnictwa, to na pewno fakt, że w drugim przypadku zostawiono pole na brzmieniowe szaleństwo, eksperyment. No i zadbano o interwałową kompozycję.

Otwieracz, czyli "Bandyta", jest rozwichrzony, buduje rytm ni to 8-bitowymi dźwiękami, ni to śmiesznymi synthami, ni to również krótkimi partiami fletu. Po chwili wjeżdża "Zaczarowany mózg", knajacki, ale przemyślanie skomponowany banger, a dzieła zniszczenia dopełnia "Alien" od Magiery - młodzieżowy, masywny, cykający, z blipami jak strzały z pistoletu i tłem, którego trzeba słuchać, a nie tylko je słyszeć, by w pełni docenić zamysł. Potem w warstwie muzycznej do głosu dochodzą subtelność i rozmycie, a gdy wjeżdża "Fiołkowe pole", to można wręcz pomyśleć o nim w kategoriach muzyki ogniskowej.

Za moment westernowy "Jeden mały problem" znów podkręca tempo, "To ja", z huczącą perką i posępnym pianinkiem, brzmi jak rzecz znaleziona na polskiej ulicy, blok wieńczy zaś "Kinol" z melodią jak french touch na ciężkiej masie, bogactwem aranżu i nieustannymi mutacjami. Haremowa "Pobudka" i spowolniony "Restart" wygaszają całość. I tylko dobrze, że robią to nie zrywem, tylko krok po kroku, bo jeszcze przyszłoby uczucie cofki.

Mało było dotąd o gospodarzu, więc zaraz to nadrobię. Muszę jednak od razu zaznaczyć, że mamy do czynienia z płytą producentów, w szczególności PSR-a i Magiery. Może i w tym barszczu pływa czasem nieco za dużo grzybów, ale całość jest smakowita, bo przyprawiona jak należy. Ale właśnie, Sobel. Długimi okresami brzmi jak nieco mocniej rozstrzelona muzycznie i trochę gorzej czująca melodie wersja Young Igiego (który zresztą pojawia się tu na featuringu, podobnie jak równie pasujący tu Oki i Gedz), ale summa summarum ma autorski sznyt, jest jakiś, budzi emocje.

Bycie naraz raperem i wokalistą nie sprawia, że jest sformatowany pod niskie rejestry mainstreamu. Po swojemu reguluje tempo, wie jak nawarstwić wokale, realizuje patenty z głową, kiedy trzeba zap***dala, kiedy nie - cedzi słowa. Problem jednak z tym, że gorzej u niego właśnie ze słowami. Owszem, wspomniany już "Bandyta" ma na siebie pomysł i chce odkłamywać utarte stwierdzenia, ale nie robi tego zbyt skutecznie, gdy mówi, że "chce pomóc babci przejść przez j**aną ulicę". Zbyt dużo jest tu chwastów takich jak "kubek słonych łez", za mało wersów, które wybrzmiewają, a nie tylko brzmią. Ciekawiej wypada w nielicznych wywiadach niż w trackach. Gdyby do tego almanachu pomysłów dołożył jeszcze sensowniej napisaną treść, to zgarnąłby pełną pulę.

Jeśli zależy wam na tym, by ostatni etap przemieniania rymów i bitów w nowy pop, którego nie da się zatrzymać, dokonał się bezboleśnie, to radzę trzymać kciuki za krążki podobne do tego. Bo tu jest nie tylko wizerunek - są też umiejętności i perspektywy na więcej. Kto wie, może nie zostaniemy aż tak bardzo upopieni?

Sobel "Pułapka na motyle", Def Jam Recordings Poland

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sobel (raper) | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje