Recenzja Vader "The Empire": Po Ciemnej stronie Mocy

Choć od wydania "Tibi Et Igni" (2014 r.) Vader zasypał nas całą serią retrospektywnych materiałów oraz drugą częścią "Future Of The Past", nie jest to z pewnością zespół, który żyje przeszłością. Owszem, na "The Empire", 11. regularnej płycie, słynna grupa rodem z Olsztyna sięga do korzeni zachowując charakterystyczne cechy stylu, nie robi tego jednak wyłącznie dla umacniania własnej legendy, a że forma dopisała, dziedzictwo Vadera wzbogaciło się tym razem o kolejny ważny rozdział.

Okładkę płyty "The Empire" grupy Vader przygotował Joe Petagno

Podwoje "Imperium" otwierają się w iście hitchcockowskim stylu. Zgodnie z najsłynniejszym bon motem mistrza suspensu, po trzęsieniu ziemi w slayerowsko rozpędzonym "Angels Of Steel", niczym siłą fali sejsmicznej nadciąga "Tempest" - najszybszy i najbardziej gwałtowny numer na "The Empire", a i być może jeden z najbardziej wściekłych utworów w całej historii Vadera; burza z piorunującymi riffami i drapieżnym gradobiciem blastów, "An Act Of Darkness" XXI wieku.

Reklama

Napięcie nie opada także w trzecim z wyprowadzonych na początek ciosów, czyli "Prayer To The God Of War", w którym Vader wspina się na wyżyny firmowego thrash / death metalu. Motoryka i kapitalny drajw tej kompozycji sprawiają, że Vader nie tylko zostawia daleko w tyle formacje posługujące się niekiedy podobnymi środkami wyrazu, jak God Dethroned, Hypocrisy czy Kataklysm, ale i zaprzęga w podstępne działania ciemnej strony mocy najpilniej strzeżone arkana tajemnej wiedzy Exodus i Testament.

Fani spragnieni klasycznej chłosty Vadera z drugiej połowy lat 90. ("De Profundis", "Black To The Blind") nie powinni też przejść obojętnie obok zwieńczonego kroczącym, defiladowym radykalizmem "No Gravity" oraz "Genocidius", zakończonego nie znającą sprzeciwu odezwą Petera "Join the Empire / Enjoy the Dark Side", po której słyszymy krótką gitarową frazę nawiązująca do "Imperial March" Johna Williamsa. "Join us or die!" - jak mawiał Darth Vader. Ukrytemu w "Genocidius" wezwaniu nie oprze się żaden szturmowiec death metalu.

Nieco innym klimatem emanuje iście wystrzałowy "Parabellum" (speed metal na speedzie?!), a zwłaszcza najdłuższy na płycie, bo blisko pięciominutowy "Iron Raign". Na tym dystansie Vader ze swadą żongluje tempem, przechodząc heavymetalową marszrutą od ciężkiego brzmiącego początku do wręcz judasowej swawoli, by ostatecznie podsumować całość powtarzającym się z niebywałym jadem w głosie wersem "Only dead can see the end / Of this world".

Podobnie zmuszający do wspólnego śpiewu, bardzo koncertowy patent (z powtarzaniem tytułowej frazy) wykorzystano we wspomniany "Prayer To The God Of War"; świetnym, postrzępionym gitarowym staccato "Feel My Pain" oraz - na koniec - "Send Me Back To Hell". Ten ostatni to bez wątpienia najcięższy i najbardziej posępnie brzmiący numer na "The Empire", ze stutonowym riffem, galerniczym rytmem i mocarną, złowrogą aurą, tożsamą w swej podniosłości z tym, co na początku lat 90. z takim majestatem generowali Samael na "Ceremony Of Opposites" i Bolt Thrower na "The IVth Crusade".

Sprawdzony w boju arsenał "Imperium" uzupełniono także nieszablonowym orężem w postaci "The Army-Geddon", w którym - mimo początkowej swojskości - na czoło przypuszczanego ataku wybijają się zaskakująco nowocześnie rwany riff, złamana z przemieszczeniem, dysharmonijna sekcja rytmiczna w popisowym wydaniu Hala i perkusisty Jamesa Stewarda, oraz wybitnie nietuzinkowe solówki gitarzysty Pająka na miarę - nie przymierzając - Fredrika Thordendala. Co ciekawe, to właśnie Marek Pająk jest autorem zarówno najszybszego ("Tempest"), jak i najbardziej osobliwego utworu z tej płyty.

O ile ma to większe znacznie, dużo lepiej wypada tu także okładka Joe Petagno; zdecydowanie mniej w guście dwu pierwszych płyt zaginionego w pomroce dziejów Unlord (jak to było w przypadku "Tibi Et Igni", poprzedniej płyty Vadera), za to bardziej w stylu rozwiniętego pomysłu z koperty "Kiss Of Death" / plakatu "Under The Gun" Motörhead, z domieszką - jak mówi Peter - motywów z "Gry o tron" i mrocznej sadyby Imperatora z "Gwiezdnych wojen". Coś w tym jest.

Z łącznym czasem trwania 33 minut, "The Empire" to (obok "Black To The Blind" i "Litany") jedna z najkrótszych płyt w ponad 30-letniej karierze Vadera, w ramach której dobra płowa utworów nie przekracza trzech minut (co symptomatyczne, o ile się nie mylę, brak również gościnnego udziału i sampli Siegmara). Innymi słowy - dobrze dobrane proporcje w treści i formie. 

Być może także i w tym tkwi urok tego albumu, w jego ofensywnej naturze i bezpośredniości, wynikających z dobrze rozumianego konserwatyzmu popartego błyskiem geniuszu, latami ciężkiej pracy, okrzepłym w bojach składem, a przede wszystkim autentycznością w stachanowskim wręcz budowaniu (death)metalowego imperium Vadera; imperium, któremu chętnie dam się podporządkować.

Vader "The Empire", Mystic Production

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Vader | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje