Reklama

Reklama

Recenzja Pablopavo "Tylko": Brudne misie dla wykąpanych dzieci

Choć słynął ze świetnego towarzystwa, Pablo podaje się teraz w sosie z Pavo, bez przystawek, dodatków, przybrania, z niewielką ilością przypraw. Dań jest mniej, poczucie głodu pozostaje, odbija się melancholią. Ale to i tak uczta.

Niezależnie od tego, czy mówimy o zespole Ludziki, czy o elektroniku Praczasie, przyznać trzeba, że Pablopavo dużo im zawdzięcza. Piosenki na jego płytach pęcznieją od muzycznej ogłady, świetnych pomysłów czerpanych swobodnie z wielu gatunków, zwrotów akcji. "Wielorazowość" tych kawałków bierze się z faktu istnienia w nich dwóch, oczywiście intensywnie ze sobą korespondujących narracji - jednej muzycznej, drugiej prowadzonej przez wokalistę/nawijacza/poetę. I wcale nie zawsze jest jasne, która ma więcej niuansów.

Dlatego zrozumiała wydaje się chęć nagrania czegoś bardziej oszczędnego, redukcji. Pablo ciążył ku takim prostszym formom, co było słychać po "Polorze". Na "Tylko" sprawdza się podwójnie - po pierwsze komponuje, po drugie wystawia na sprawdzian tekst i wokal, bo trzeba przecież wypełnić miejsce po instrumentach. To krążek niedosytu - utworów jest tylko osiem, do tego w paru z nich słuchacz usłyszałby jeszcze jedną zwrotkę, gdyż Pablo nie dopowiada, stroi od puenty, droczy się lapidarnym refrenem, wbija gwóźdź aluzji literackiej (Książę wypisujący się w noc i w powidok to na przykład ukłon do Marka Nowakowskiego, acz smaczków jest wiele więcej). Ten głód jest jednak odświeżający, nie pozwala odpłynąć krwi z mózgu do żołądka.

Reklama

Mimo wszystko proszę nie wierzyć, że to tylko zestaw koślawych, tupiąco-klaszcząco-gwiżdżących piosenek pod niekoniecznie wirtuozerską gitarę akustyczną, liryka serwowana na surowo z barowego stołka, bo choć ciężkawy, knajpiany blues rozpycha się łokciami, a echa Johnny'ego Casha rozbrzmiewają intensywnie, to tak nie jest. Partnerem, producentem i współkompozytorem jest bowiem Mothashipp, czyli Aleksander Molak. Owszem, zdobi go umiar - podświadomie czeka się aż "Generał" rozwinie skrzydło i wyleje się spod niego to zasygnalizowane, naszkicowane zaledwie reggae albo, że ornament flamenco z "Mistrza" napuchnie. Ale Molak jest zbyt kreatywny by na tym poprzestać. W sumie dobrze, że nie poprzestaje. "Czerw" nie byłby tym samym bez wiolonczeli i chrzęstu perkusjonaliów podkreślających galerniczy rytm, wspomniany "Generał" bez blipów, rewelacyjne "Toczenie" bez przestrzeni i ksylofonu, które wraz ze zdawkowym, brzmiącym jak skreczowane "sie, sie, sie, sie młody trzym / on pali / ja palę" przywołuje klimat jakichś niepokojących nu-beats.

To nie jest płyta ku pokrzepieniu serc. Tu czerwona sukienka ma czerwień "czereśni w formalinie", a święta pachną "zapiekanką z mikrofali" i potem, przybierając biel "brudnych misiów" wręczanych "wykąpanym dzieciom". Szanta powoduje, że twardo stajesz na ziemi, bezlitosna, pijana kołysanka wywołuje bezsenność, miejska ballada o wojowniku każe machać usmarkaną białą flagą. Serwowany smutek jest jednak takiej jakości, że zaszczytem jest możliwość oddania się mu we władanie.

Pablopavo cenić należy za uliczną wiarygodność, której wielu raperów mogłoby pozazdrościć i która chroni od popadnięcia w pretensjonalność; za dźwięczne "r" w "ruszaj s**rwysynu", "oczach rrrakietach" i "czerw pójdzie w zaparrrrte, czerrrrwona sukienko"; za bohaterów, którzy nigdzie już nie zagrają; za jednowersowe liryczne nokauty z "księżycem ostrzącym się o iglicę jak nóż" i "nie-żonę napiętą na pół struny". "Tylko" to wielka mała płyta.

Pablopavo "Tylko", Karrot Kommando

9/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach Interii!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy